Dla Hiszpanów najważniejsza była Barcelona, corrida i Real. Tak samo jak dla Donka najważniejszym jest stanowisko w unii i gała.
Hiszpanom corridę wybiła z głowy unia, zabraniając im walki byków jako niehumanitarnego widowiska. Tuskowi wkrótce Bruksela wybije z głowy teorię, że jakiś polski pajac może zająć miejsce Portugalczyka na czele organizacji, która ustala kwestie tak ważne, jak między innymi krzywizna banana. Donek do tej roli byłby się nadawał idealnie. Ale los obejdzie się z nim okrutnie.
Po klęsce czołowych drużyn hiszpańskich w europejskich pucharach, media w Madrycie postanowiły zająć się finansami Realu i Barcelony. Okazuje się, że oba kluby zadłużone są względem fiskusa do wysokości około 600 milionów euro. Dwa kluby to miliard 200 tysięcy długu.
Nie lepiej jest w Valencii, czy Atletico Madryt. Są one zadłużone do wysokości 382 i 514 milionów euro. To daje kolejny, niemal okrągły miliard. Obecnie sześć z dwudziestu klubów ligi hiszpańskiej znajduje się w stanie upadłości. Oblicza się, że wszystkie kluby Hiszpanii zadłużone są na astronomiczną sumę ponad 5 miliardów euro.
Nie zważając na to, kluby wypłacają swoim gwiazdom gigantyczne kwoty za transfer, wieloletnie kontrakty, czy pomeczowe premie. Suma transferowa w wysokości 20 milionów za kopacza uważana jest za standard. Suma 60 – 80 milionów uchodzi za dużą. Tegoroczne negocjacje obracają się już jednak wokół sum do 100 milionów.
Najmniejsze kluby hiszpańskiej ligi uważają za swój punkt honoru budowanie supernowoczesnych boisk. Przed kilku laty Valencia zaciągnęła gigantyczną pożyczkę na budowę swojej areny „Noueva Mestalla”. W 2008 roku prace przy budowie kolosa zostały wstrzymane. Zadłużony po uszy klub, mimo sprzedaży znacznej części aktywów, w tym dwóch znakomitych piłkarzy: Dawida Villi i Dawida Silvy, nie jest w stanie dalej finansować przedsięwzięcia.
Nawet najbardziej fanatyczna publiczność piłkarska w Hiszpanii podnosi w czasie protestów, które zalewają dziś kraj z powodu restrykcji budżetowych uważa, że w hiszpańskiej piłce dochodzi do nadużyć. Kibice domagają się ukrócenia piłkarskich igrzysk, gdyż to odbija się na poziomie życia najuboższych. Hiszpanie, oprócz igrzysk chcą pracy i chleba.
Inspiracją do napisania tej notki była wczorajsza informacja francuskiego dziennika TV, który ku mojemu zaskoczeniu podał te dane o których nie wiedziałem. Próżno jednak szukałem ich potwierdzenia w polskich doniesieniach. Owszem, serwisy internetowe proponują dane na ten temat w tłumaczeniu z angielskiego. Przypuszczam, że magicy od Tuska boją się ujawniać te informacje przed wiekopomnym wydarzeniem przed jakim od pięciu lat stoi rząd największego piłkarza wśród premierów. Polskie doniesienia relatywizują, żeby nie powiedzieć bagatelizują także niebezpieczeństwo terroryzmu w trakcie Euro2012, które przyszło w ubiegłym tygodniu zza wschodniej granicy. Oby ta propaganda spokoju nie uśpiła całkiem naszych służb i nie obudziła złych demonów u tych, którzy Polsce nie życzą najlepiej.
Wracając jednak do wymiarów finansowych naszego Euro2012. Jan Tomaszewski powoływał się wczoraj w telewizji na obliczenia które mówią, że aby stadion narodowy w Warszawie mógł zapracować na siebie, należałoby organizować na nim 50 razy w ciągu roku występy Madonny gwarantujące 50.000 – 60.000 publiczności. Taka intensywność działań w polskich warunkach jest oczywiście niemożliwa. Dlatego od lata tego roku do stadionu w Warszawie będziemy już dopłacać.
Tusk może myśleć, że po fiasku organizacyjnym Euro2012, znajdzie cichą przystań w strukturach unii. Ale jak wspomniałem, tu może się okazać, że w Brukseli nie ma już dla niego miejsca. Za autostrady, drogi, koleje, dworce, porty lotnicze i wykorzystane, a zwłaszcza niewykorzystane stadiony trzeba się będzie rozliczyć Donka w Warszawie.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)