Żył kiedyś w Krakowie, mieście tak drogim ministrowi sprawiedliwości Gowinowi, pan Wacław Osuchowski. Studenci nazywali go pretorem. Takie miano nosił bowiem zwierzchnik władzy sądowniczej w starożytnym Rzymie. A profesor Osuchowski, był na wydziale prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego wykładowcą rzymskiego prawa prywatnego.
Jego wykłady gromadziły komplet studentów II roku wydziału w największej sali Collegium Novum nie dlatego, że profesor Osuchowski, uczony Rzymu, Monachium i Paryża mówił rzeczy nad wyraz ciekawe. Nie, prawo rzymskie było zmorą, trzeba je było nauczyć się na pamięć (600 stron w języku polsko – łacińskim), a frekwencję na swoich wykładach pretor zawdzięczał tylko swojemu legendarnemu formalizmowi.
Zaczynał on bowiem wykład od…sprawdzania listy obecności. Po hekatombie z I roku zostawało na II roku 160, może 200 studentów. Czytanie takiej listy zajmowało więc profesorowi wieki. Bo trzeba było wstać, powiedzieć sakramentalne „obecny”. Profesor zakładał wtedy okulary, przyglądał się delikwentowi, a gdy miał kaprys, wzywał go wprost przed swoje oblicze. Jakakolwiek „podmiana” studentów była więc niemożliwa. Profesor Osuchowski rozmieszczał bowiem dla pewności na sali swoich asystentów: magistra Sondla i magistra Litewskiego. Mieli oni za zadanie wyśledzić studentów gotowych zgłosić jako obecnego kolegę, czy koleżankę nie będących na sali. Ale po godzinie czytania listy pretora, koleżanki zajmowały się plotkami, czy poprawianiem makijażu, zaś prawdziwi studenci nurkowali pomiędzy ławkami i rozpoczynali partie pokera lub nie daj Boże, rozpoczynali coś jeszcze gorszego, dyskredytującego żaków w każdej epoce…. Więc gdy wreszcie rozpoczął się wykład, asystenci profesora biegali nadal bez przerwy pomiędzy katedrą i salą, aby donieść profesorowi o tym, co dzieje się w ławach i na parkiecie. Profesor Osuchowski miał bowiem zwyczaj przerywać wykład. Brał wtedy niedawno odczytaną listę, wyczytywał nazwisko i usiłował z delikwentem oderwanym od kart lub innych zajęć nie licujących z godnością studenta, prowadzić dialog na temat wygłoszonej przed chwilą tezy. Oczywiście formuła wypowiadana była przez profesora po łacinie. Dotyczyła ona najczęściej jakieś niezwykle skomplikowanej sprawy Tytusa, który skarżył Marcusa o naruszenie posiadania. Asystenci profesora notowali wynik tej beznadziejnej konfrontacji, która była formą zaliczenia. Nie muszę chyba przekonywać, jaki był wynik tej konfrontacji…
Jednym z pierwszych wykładów prawa rzymskiego było ustawodawstwo XII tablic . Było ono jak mówił profesor Osuchowski fons omnis publici privatique iuris.
Zbiór przygotowała komisja dziesięciu Rzymian wysłana do Grecji, aby stamtąd zasięgnąć wiadomości o ustroju miast - państw. Prawa spisano na XII drewnianych tablicach i wystawiono na rynku w Rzymie zaraz po założeniu miasta, a więc w VI wieku przed naszą erą. Pierwszy kodeks prawa rzymskiego przetrwał w takim stanie niemal II wieki. Tablice spłonęły w jakiejś zawierusze wojennej. Przetrwały jednak w licznych odpisach i w pamięci ludzkiej ponad dwa tysiące lat.
Wspominam o tym, bo wpadł mi właśnie w ręce tekst, tłumaczenie i objaśnienie „Ustawy XII tablic” w opracowaniu Marii i Jana Zabłockich, profesorów prawa rzymskiego z Warszawy. Pani profesor Maria Zabłocka dziękuje profesorowi Sondlowi (temu samemu, który biegał z takim zapałem po audytorium Collegium Novum w trakcie wykładów profesora Osuchowskiego…) za „Jego bezcenne uwagi i wskazówki”.
Wydanie „Tablic” jest stare, bo sprzed 9 lat, ale jakże cenne, skoro zdaniem autorów, trzy fundamentalne pojęcia: własność prywatna, testament oraz rozgraniczenie praw rzeczowych i zobowiązań/…/XII Tablic, stanowią podstawę prawa cywilnego po dzień dzisiejszy”.
Przewlekłość postępowania – zmora polskich sądów – nie mogła mieć miejsca w Rzymie 2.500 lat temu. Strony musiały zjawić się przed sądem. O to, aby oporny stawił się na rozprawę mógł zadbać skutecznie sam zainteresowany. Tablice dawały mu możliwość pochwycenia grającego na zwłokę pozwanego. Jeśli to się nie udało, po południu sędzia rozstrzygał spór na korzyść obecnej na rozprawie strony. Sędzia musiał bowiem wydać wyrok przed zachodem słońca.
Zabezpieczeniem procesu były początkowo zwierzęta. Obie strony deponowały je przed rozprawą w sądzie. Ten który wygrywał proces zabierał swój dobytek do domu. Woły i owce tego który mówił nieprawdę oddawano w ofierze bogom.
W przeciwieństwie do polskich praktyk, Rzymianie stosowali przed dwoma tysiącami lat proste sposoby, aby skłonić świadków do składania zeznań. Jeśli świadek odmawiał stawienia się w sądzie, zainteresowana strona napiętnowała go wykrzykując przed jego domem, że nie dochowuje pokładanego w nim zaufania. Gdyby jednak świadka przyłapano na fałszywym świadectwie, skazywano go na śmierć przez strącenie ze Skały Tarpejskiej.
Bywa, że sądy w Polsce wydają wyrok, który żadną miarą nie może być egzekwowany, bo przegrywający pozbył się majątku, przepisując go np. na członka rodziny i wykazuje, że nie jest w stanie zapłacić zasądzonej kwoty. W Rzymie sprzed XXV wieków temu było nieprawdopodobieństwem stosowanie takich sztuczek. 30 dni po uzyskaniu wyroku zasądzającego, niezaspokojony powód miał prawo uwięzić skazanego we własnym domu zapewniając mu tylko codzienną miarkę zboża (327 gramów). Po takiej „kuracji” delikwent szybko szukał sposobu, aby jak najszybciej wykonać wyrok. Bardziej upartych, po 60 dniach wystawiano na sprzedaż. Ceną wywoławczą była za niego kwota zasądzona przez sąd. Po trzech bezskutecznych licytacjach nierzetelny dłużnik mógł być skazany na karę śmierci.
Treści Tablicy IV o władzy ojca nad dzieckiem oraz Tablicy V o władzy męża nad żoną, ze względu na znaną wrażliwość ministra Gowina nie zacytuję, odwołując się do znanej teorii socjalizmu, iż obowiązujące prawo jest zawsze odbiciem istniejących stosunków społecznych.
Minister Gowin mógłby natomiast śmiało zaproponować swojemu koledze Sławkowi Nowakowi Tablicę Siódmą. Wprowadza ona odległości konieczne do zachowania bezpieczeństwa przeciwpożarowego, jak również minimalną szerokość dróg zarówno na odcinkach prostych, jak i na łukach (osiem stóp przy jeździe na wprost, 16 stóp na zakręcie). Jeśli ktoś miał prawo przejazdu przez cudzy grunt, a właściciel nie utrzymywał tego przejazdu we właściwym stanie (przejazd musiał być brukowany), to korzystający ze służebności przejeżdżać mógł w dowolnym miejscu i nie ponosił odpowiedzialności za wyrządzoną w ten sposób szkodę.
Podpalaczy Prawo XII Tablic karało bezwzględną karą śmierci. Podobnie jak złodzieja, który odważył się kraść nocą.
Srogo była karana 2.5000 lat temu fałszywa propaganda uprawiana prze patrona, a więc również przez szefa ministra Gowiana:
patronus si clienti fraudem fecerit, sacer esto.
Kłamstwo szefa sprowadzało na niego drugą co do dolegliwości karę. Była to sankcja wyjęcia spod prawa. Osoba nią dotknięta musiała się liczyć z tym, że każdy mógł z nią zrobić to, co chciał, nawet zabić. Historia Rzymu dostarcza mnóstwa przykładów urzędników, którzy zostali zgładzeni, bo sprzeniewierzyli się prawu. Nie znaczy to, że ustrój imperium był idealny. Rzym upadł między innymi z tego powodu, że namiestnicy w prowincjach byli skończonymi łajdakami. Ale to było dawno, ponad tysiąc lat temu…
Za to kiedyś, choć też dawno, dawno temu, znakomity znawca starożytności Aleksander Krawczuk z Krakowa (bo skądby indziej…) wyraził żal, że u swego zarania Polska nie była podbita przez Rzym. O ileż prostsze byłoby dziś życie Polaków.


Komentarze
Pokaż komentarze