Najpierw było pół roku polskiej prezydencji w Unii, do grudnia 2011 roku. Gabinet Tuska miał akurat na zbyciu nieco szmalu, więc jak w piosence, organizował „kolorowe jarmarki, blaszane zegarki, pierzaste koguciki, baloniki na druciku”.
„Ile diabli wzięli” za te ludyczne rozrywki dla europejskich nierobów? Jakieś pół miliarda złotych.
Dobiegające końca igrzyska Euro2012 to już poważniejsze wydatki. Wstępne szacunki mówią blisko o 100 miliardach złotych rozproszonych inwestycji. Niestety, nie wykorzystano szansy, aby przy tej okazji połączyć Polskę ciągiem autostrad ze wschodu na zachód, nie wybudowano jednej porządnej, szybkiej linii kolejowej.
Obserwowaliśmy za to, Chińczyków, którzy w popłochu uciekali znad Wisły, szemrane interesy byłego premiera, który rekomendował dogorywającego bankruta. W następstwie mieliśmy dalsze spektakularne bankructwa i upadłości naiwnych, który uwierzyli w rządowe gwarancje Tuska.
Gdyby ktoś myślał, że to koniec tuskowych igrzysk, to jest w błędzie. Za miesiąc balansująca na skraju bankructwa Europa będzie się emocjonować olimpiadą w Londynie. Pojedziemy tam cieszyć się z kolejnych medali i śledzić punktowane miejsca naszych sportowców.
Pierwszy kibic kraju i jego gabinet wyjedzie zapewne do Anglii lub zasiądzie na miesiąc przed telewizorem.
Należy się spodziewać, że po trudach prezydencji, mistrzostw Europy i olimpiadzie, Donald Tusk i jego rada ministrów udadzą się wreszcie na zasłużony urlop.
Ale jesienią się zacznie…


Komentarze
Pokaż komentarze (4)