To już nie jest bramkostrzelny premier ekstraklasy, ale czwartoligowy oldboy, który udaje młodzieniaszka.
Donald Tusk nie może spać snem sprawiedliwego od 10 kwietnia 2010 roku. I obojętne, jaki był w tej tragedii jego osobisty udział, to jako premier miał on wtedy jedno wyjście z którego nie skorzystał.
I obojętne, co wtedy w „szlachetnym uścisku” powiedziane zostało na skraju smoleńskiego lotniska, to życie w świadomości, że padało się w ramiona rosyjskiego niedźwiedzia nad zwłokami najwyższych polskich elit jest plamą, którą rodzina Tuska zmywać będzie przez pokolenia.
Nawet gdy nic ani tam, w Smoleńsku, ani wcześniej na Westerplatte nie zostało powiedziane, to rosyjskie archiwa będą mu przypominać niepopularne w Polsce czułości.
To już nie smukła sylwetka dbającego o wygląd pięćdziesięciopięciolatka.
Tusk zawarł przed pięciu laty koalicyjny układ z przebiegłym Pawlakiem. Ci chłopcy znają się jeszcze z „Nocnej zmiany” i wiedzą o sobie wszystko. Dla swojej ferajny zrobią więc wszystko. Co powiedzieli sobie na tej nocnej warcie ci dwaj panowie i jakie zależności sprawiają, że tak usilnie trzymają się w szachu? Dlatego Donek musi pozwalać Waldkowi na wiele? To przecież nie z miłości, to nie za parę procent poparcia, Donald oddał Pawlakowi w zarząd całą tę wiochę, blisko 30 procent ludności Polski. A także obsypał chłopów polskich zaszczytami stołków premierów, ministrów, prezesów, dyrektorów generalnych, ambasadorów, wojewodów.
Premier Najjaśniejszej Rzeczypospolitej to coraz bardziej wystraszony Donald z kreskówki rodem z Dzikiego Zachodu.
Tusk słyszał strzały z przyłożenia, niemal w swoim gabinecie. Wiedział że strzelano w domach jego generałów, gdy syn zabijał ojca, że strzelano w garażach, na parkingach, że wieszano się na oczach strażników w więzieniach…
O, jakżesz on musi się bać o to, aby jakaś zabłąkana kula nie rykoszetowała zbyt blisko jego głowy, jego bliskich...
Tusk to dziś wychudzony ze zgryzoty człowiek.
Zdradził go przecież i syn, 27-letni młodzian, rozpoznawalny ze względu na ojca dziennikarz, a przy tym karierowicz i ryzykant dla którego szemrane towarzystwo miało być wykładnikiem osobistej pozycji.
Zdradzony Donald odejdzie więc dziś lub jutro w niesławie.
Nie przyjmą go już nigdzie europejskie salony.
Będzie żył w Polsce, ze strachem, że przyjdą kiedyś po niego Miro, Zbycho lub inni...
A gdy dobrze pójdzie, gdy już nikt napewno nie przyjdzie, za 10 lat, na emeryturze, w krótkich majtkach będzie kopał piłkę na osiedlowym "orliku", przy zgaszonym świetle i bez publiczności.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)