5 obserwujących
15 notek
9799 odsłon
  340   0

SMOLEŃSK 2010 – „Dopaść Generała”

Jako że nauki ścisłe z polityką nie idą w parze – to podawanych faktów na ogół staram się nie odnosić do konkretnych opcji politycznych, przez co z moich tez nie może być zadowolona żadna ze stron tego sporu. Tym niemniej są tematy, które obu stronom sprzyjają nierówno, a poniższy właśnie do takich należy.
I dlatego z jego podjęciem nawet się ociągałem. Ale gdy pod moją poprzednią notką „Podłoże” pewni komentatorzy znowu rozpętali brutalną nagonkę na jedną z Ofiar – to dłużej już nie mogę milczeć.
Po katastrofie odpowiedzialni za liczne zaniedbania rządzący wtedy politycy mieli ogromne zapotrzebowanie na znalezienie odpowiedniej rangi kozła ofiarnego. Mimo że hyr o winie pilotów poszedł już w pierwszej godzinie, to sami piloci wystarczyć nie mogli. Ktoś musiał jeszcze odpowiadać za ich „niedouczenie”. Zatem kto?
Śp. Generał Andrzej Błasik okazał się do tej roli pasować idealnie. Przede wszystkim miał bardzo istotną zaletę – nie mógł się już bronić. A poza tym jako Dowódca Sił Powietrznych doskonale przykrywał wszystkie złe decyzje Premiera D. Tuska oraz ówczesnego Ministra ON – B. Klicha.
Pierwszy z nich – w trybie poszukiwania „oszczędności” znacznie przykroił budżet MON w roku 2009 i w początku roku 2010. I te właśnie „oszczędności” stały się przyczyną ograniczenia szkoleń pilotów i przyczyną niezamówienia liderów, jacy w locie na takie lotnisko winni towarzyszyć załogom samolotów.
A drugi w roku 2008 podpisał rezygnację z moskiewskich szkoleń na symulatorze Tu-154. Tak, podpisał się pod nią właśnie min. B. Klich, a nie, jak kłamliwie twierdzono po katastrofie, że rezygnację z tych szkoleń spowodowała „Pisowska awersja do Ruskich”.
Tu przestrzegam przed wiarą w informacje ówczesnych mediów (na przykład TVP), jak też podawane przez Szefa Szkolenia SP – gen. A. Czabana. Ja opieram się protokółach NIK z lat 2010-12, których w tym zakresie ówczesny szef MON – min. T. Siemoniak nawet nie próbował podważyć. Mimo zgłoszenia szeregu innych zastrzeżeń – akurat do tego ustalenia sprzeciwu nie zgłosił. A więc te protokóły mają wiarygodność wyższą, niż media.
Proponuję też nie przeoczyć, że w ostatnim „roku PiS” takie szkolenie odbyło się jeszcze w maju 2007r., ale w czasie 2.5 roku rządów PO-PSL już ani razu.
MON nie dopilnowało też swego własnego przepisu nakazującego, aby wyżsi dowódcy korzystali ze zdywersyfikowanych środków transportu. A choć min. B. Klich dwóm wysokim rangą oficerom zlecił „koordynację udziału dowódców w ceremonii”, to nie dopilnowano ich rozdzielenia choćby pomiędzy te dwa samoloty, jakie wtedy leciały do Smoleńska.
Co istotne, to ten przepis wprowadził nie kto inny, jak właśnie Gen. A. Błasik, w grupie 42-u innych zarządzeń po słynnej katastrofie CASA’y, o czym przypomniał śp. Gen. Sł. Petelicki. Gdyż nawet jedna z polskich prokuratur uważała, że takiego przepisu nie było, choć w istocie, dzięki Gen. Błasikowi – był.
Tu moi przeciwnicy szermują zarzutem, że Generał nie zapobiegł wspólnemu lotowi, gdy się o nim dowiedział gdy przybył na lotnisko. Tymczasem Jak-40 już wyleciał, a Generał nie miał żadnych uprawnień do segregacji pasażerów na mogących lub niemogących polecieć. Jedyne, co mógł zrobić, to sam odmówić wejścia na pokład samolotu.
Ale nawet najlepsze przepisy nie były w stanie Siłom Powietrznym zastąpić drastycznie okrojonych im środków. Lecz nawet jeszcze teraz na tym forum jeden z zagorzałych siewców fałszywek próbował zarzucić Generałowi: „dlaczego więc nie protestował?”. Otóż protestował, i to bardzo głośno. Niemal tuż przed katastrofą, w lutym 2010 roku, Rzeczypospolita i Wprost doniosły o jego dramatycznym apelu do min. B. Klicha o pilny przydział 220 milionów złotych na niezbędne remonty samolotów i o 11 tysięcy ton paliwa, by te w ogóle mogły latać!
W tym miejscu niech się wespół z komisją Millera zastanowią ci, którzy 36. Pułkowi zarzucili ograniczenie lotów treningowych. A zwłaszcza niech podpowiedzą, jak można było je wykonywać bez paliwa do silników i na sypiących się samolotach. Bo nawet w dniu wylotu 10 kwietnia nagle okazało się, że podstawiony dziennikarzom Jak-40 „nie chce zapalić” i w ostatniej chwili zastąpiono go drugim, który był przewidziany jako rezerwowy dla głównego Tu-154.
Bo apel Generała, poza mglistymi obietnicami, nie przyniósł skutku. Tym bardziej, że MON właśnie realizował zadanie postawione mu przez Premiera D. Tuska, by co roku „oszczędzić” aż 2 mld złotych. Co poskutkowało tym, że poziom wykonania szkoleń w 36. Pułku, który w roku 2006 (PiS) osiągnął 99.7% – w kolejnych latach stopniowo spadł do 66% w roku 2009, a na typie Tu-154, uwaga, aż do 42% (!!!). I to przy znacznie zmniejszonej liczbie pilotów, którzy zniechęceni takimi warunkami masowo odchodzili do cywilnych linii lotniczych.
Tu znowu zauważmy, że braki kadrowe w załogach latających w 36. Pułku osiągnęły 30%, a konkretnie dla Tu-154 36. Pułk w dniu katastrofy dysponował tylko trzema dowódcami, ustanowionymi do zajmowania fotela 1-go pilota. Wśród nich był śp. Kpt. A. Protasiuk, a wszyscy trzej mieli (lub, jak wolą niektórzy, nie mieli) takie same uprawnienia.
W ten sposób w roku 2009 MON „zaoszczędził” 1 miliard 743 miliony złotych. Zaś w roku 2010 Premier D. Tusk zdołał wojsku wyrwać już tylko 473 miliony, bo po 10 kwietnia w 36. Pułku zafundowano m. in. jedno szkolenie na trenażerze Tu-154 w Moskwie. Choć właściwie było już zbyteczne, bo po jednym jedynym (tak!) przewozie ViP-a 36. Pułk ostatecznie zlikwidowano.
Ale na Generała, jako na niemego „kozła ofiarnego”, usiłowano złożyć dużo, dużo więcej. Wkrótce po katastrofie pojawił się zarzut nawet tak absurdalny, że w locie do Smoleńska Generał wygonił z kabiny jednego z pilotów, sam zajął jego miejsce, po czym osobiście wykonał katastrofę. Tę tezę lansowali autorzy mało rzetelnej książki „Ostatni lot” – J. Osiecki, T. Białoszewski i R. Latkowski. Jeszcze przed jej wydaniem głosili z dużą pewnością, na podstawie swej „analizy” ujawnionych wtedy stenogramów, że Generał zajął miejsce za sterami 2-go Pilota. Tymczasem MAK stwierdził, że ciała całej załogi nosiły ślady przypięcia pasami. Ich własnymi pasami.
Po takim ciosie fałszywka o „generale za sterami” poległa, jak się zdaje, już na zawsze.
Choć autorzy wspomnianej książki swego rozczarowania nawet nie ukrywali. I w niej napisali: „Przez długi czas naszego dziennikarskiego śledztwa teza, że również podczas tego lotu generał Andrzej Błasik postanowił posiedzieć za sterami TU154M, wydała się nam bardzo prawdopodobna. Dowodem na poparcie tej hipotezy mogłoby być choćby milczenie drugiego pilota w czasie czytania checklisty”.
No proszę, mieli nawet „dowód, że postanowił posiedzieć”, tylko że nie postanowił i nie posiedział. Szkoda.
Ale rosyjski MAK też okazał się paszkwilantem, wobec Generała aż dwukrotnym. Na konferencji w styczniu 2011 r. szefowa MAK – gen. T. Anodina ogłosiła dwie tezy; że jego ciało odnaleziono w kokpicie, a w jego organizmie stwierdzono alkohol w stężeniu 0.6 promila.
Co do „znalezienia ciała Generała w kokpicie” – to jest znaczące, że kokpit niemal w ogóle się nie zachował, zaś MAK wyznaczył na wrakowisku umowną powierzchnię 20 x 20 metrów, którą określił jako „strefę kokpitu”. Lecz w tej strefie było trzynaście ciał, w tym Generała, ale nie było ciał… obu Pilotów, ani Technika Pokładowego. A przecież wszyscy członkowie załogi byli na swych miejscach, co MAK w raporcie również zaznaczył.
Odnośnie alkoholu, to mimo żądań strony polskiej MAK nie ujawnił dokumentacji z tego badania. Więc polska Prokuratura Wojskowa oficjalnie odniosła się do tego dopiero 20 marca 2014r., po przebadaniu przez kryminologów z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych próbek pochodzących od 21 ofiar katastrofy; od personelu pokładowego, od funkcjonariuszy BOR oraz od Gen. A. Błasika. U żadnej z tych ofiar nie wykryto alkoholu.
Tu uprzedzam częsty zarzut ignorantów, jak można to stwierdzić po kilku latach. A można, bo po śmierci przemiany metaboliczne w komórkach ciała ustają.
Jednocześnie Prokuratura stwierdziła, że z powodu nieotrzymania rosyjskiej dokumentacji nie może odnieść się do jej tez. W związku z tym nie można określić, czy stwierdzony przez Rosjan alkohol miał pochodzenie endogenne, czyli wynikające z samoistnych reakcji pośmiertnych w organizmie (w ich wyniku może powstać stężenie nawet 1.0 promila), czy też pochodził na przykład ze skażenia próbek paliwem lotniczym.
Niestety, tej konferencji Prokuratury „słuszne media” nie nagłośniły i na forach internetowych to oszczerstwo nawraca do dziś. Choć niektórzy je uzasadniają wręcz rozbrajająco: „ja wierzę MAKowi, bo wiadomo, że wojskowi lubią wypić”. Więc stawiam na to, że i pod tą notką to łgarstwo też jeszcze powróci.
Po roku od komunikatu Prokuratury te napaści na nowo odżyły, gdy akustyk inż. A. Artymowicz ogłosił swoją, a czwartą z kolei, wersję odczytu rozmów w kokpicie. W niej nierozpoznana osoba proponuje innej nierozpoznanej osobie „piwko”. Medialni oskarżyciele nie mieli wątpliwości – jedną z tych osób był Generał. Tylko którą?
Że alkoholu nie pił ani Generał, ani załoga, ani żadna osoba funkcyjna – to już wiemy. Gdyby zaś o „piwku” rzeczywiście rozmawiały jakieś osoby zaglądające do kabiny, to zauważyłyby też właśnie powstałe w niej zaskoczenie. A wtedy załoga nie miałaby już co się zastanawiać, czy informację o mgle wypuścić na zewnątrz.
Jeśli więc „piwko” zostało usłyszane prawidłowo, to ktoś z załogi mógł tak nazwać jakiś napój. Tym bardziej, że niedługo po tym również Stewardessa pyta: „Wypijesz?”.
Ten też stenogram, według niektórych, miał być koronnym dowodem na obecność Gen. Błasika w kabinie pilotów. Ale zawiera wręcz absurdalne rzekome rozpoznania głosu Generała, a dobitne przykłady takich błędów, gdzie Generałowi przypisano wypowiedzi nawet nie pasujące barwą głosu, za to wynikające z procedur lotu i ewidentnie należące do załogi – podałem już w notce „Katalog fake newsów – cz. 5”, więc tu nie będę ich powtarzał. Kto chce – niech tam się z nimi zapozna.
Ale w innych zasłyszanych frazach jest możliwe, że przez otwarte drzwi i korytarzyk prowadzący do saloniku Prezydenta do kabiny Pilotów docierał nie sam Generał, ale głos jego i innych osób. Jest wysoce prawdopodobne, że u Prezydenta naradzano się nad wyborem jednego spośród zaproponowanych przez Pilotów lotnisk zapasowych. To, że ten wybór Piloci zostawili decyzyjnym pasażerom – jest bezsporne, jak też bezsporne jest to, że Piloci ich decyzję chcieli poznać po podejściu, które już wcześniej postanowili wykonać. Wtedy któryś z uczestników tej narady rzucił pozostałym ponaglenie: „Po-my-sły !”.
To ponaglenie bezrozumni trolle uznali za skierowane do Pilotów. Choć dotąd żaden z nich nie wyjaśnił, jakich to pomysłów miano by oczekiwać od Pilotów, skoro akurat wtedy zniżali się ku lotnisku, zgodnie z rzekomym żądaniem „naciskających”?
A w notce „Katalog fake newsów – cz. 3” wyjaśniłem, na czym w saloniku Prezydenta można było „śmiało się zmieścić” i „usiąść”, więc tu do tego także nie będę wracał.
Mamy zaś do wyboru, czy uwierzyć akustykom z zespołu A. Artymowicza, że frazy „230 metrów”„100 metrów” należały do Generała, czy uwierzyć biegłym specjalistom z IES, że do 2-go Pilota. A gdyby nawet do Generała – to nie były to zachęty do lądowania, a wręcz przeciwnie, co uznał nawet jeden z głośnych jego oskarżycieli. Ale zanim się w tym poprawił – to przedtem wyraził się o Generale wyjątkowo ordynarnie.
 „Obecność Generała w kokpicie”, na którą w istocie nie ma ŻADNEGO pewnego dowodu, skwapliwie lansowała też komisja Millera. W listopadzie 2017 roku do przestrzeni publicznej wydostał się zapis foniczny z posiedzenia komisji sprzed sześciu lat, na którym ktoś forsujący tę tezę przekonywał innych jej członków, mających wątpliwości, czy wskazane im frazy z taśmy CVR  można przypisać Generałowi. Cytuję: „Zdaniem komisji generał Błasik był w kokpicie, tak? Nie mówimy, że mamy poważne wątpliwości czy coś. (...) Zdaniem komisji generał Błasik był tam. I to tak należy przedstawiać!”.
Politycznym przewodnikiem komisji i takich w niej postaw był oczywiście sam jej przewodniczący – min. Jerzy Miller. Który osobiście jej wydał taką instrukcję kierunkową, tu znowu zacytuję fragment ujawnionego zapisu: „My nie jesteśmy równoważnymi dwiema komisjami. Komisja rosyjska jest komisją wspólną. Myśmy uznali funkcjonowanie komisji rosyjskiej jako zgodną z prawem międzynarodowym”.
Tę wypowiedź można by jeszcze uznać jako określenie sytuacji formalnej, gdyby nie dodał: „(…) albo zadbamy o jednolity przekaz (z komisją MAK – przypis mój), który nie sprzyja budowaniu mitów i podejrzeń albo sami sobie ukręcimy bat na własne plecy”.
Tu można zadać pytanie, po cóż było polskich podatników obciążać kosztami dodatkowej komisji-wydmuszki, skoro MAK miał być „komisją wspólną”, a ewentualny polski przekaz musiał być z nim „jednolity”. Chyba tylko dla pozorów.
Choć uczciwym członkom komisji Millera udało się w raporcie zamieścić i taką konkluzję: „Dowódca Sił Powietrznych w żaden bezpośredni sposób nie ingerował w proces pilotowania. Ze sporządzonej na potrzeby niniejszej analizy jego charakterystyki psychologicznej wynika, że >przejmowanie inicjatywy w sytuacji, w której kompetencje szczegółowe innych oceniał wysoko, jest mało prawdopodobne<. Nie był więc nastawiony na jakąkolwiek aktywną interwencję, był raczej obserwatorem wydarzeń. W tym kontekście w żaden sposób nie można mówić o bezpośrednim nacisku Dowódcy Sił Powietrznych na dowódcę statku powietrznego, a szerzej na załogę” – to ta do mediów jakoś się nie przebiła. Jak też „słuszne media” nie nagłośniły broniących Generała wypowiedzi jego podwładnych. Na przykład pilota mjra G. Pietruczuka, tego samego, który w 2008 roku sprzeciwił się Prezydentowi w słynnym locie do Azerbejdżanu (wtedy Generał opowiedział się po stronie pilota): „Gen. A. Błasik był to zarówno bardzo dobry lotnik, jak i dowódca dbający o bezpieczeństwo oraz przestrzeganie przepisów. (…) Kiedy wchodził do kabiny pilotów ‘zapominał’, że dowodzi całym lotnictwem – stawał się członkiem załogi wykonującym polecenia kapitana”.
Tu spieszę wyprzedzić i przeciąć drogę trollom, wciąż jeszcze podchwytującym okazje do oskarżenia Generała – mjr G. Pietruczuk mówił o lotach szkoleniowych, a nie o locie do Smoleńska.
Niechlubną rolę w ukształtowaniu fałszywego mitu o Generale odegrał ówczesny Szef MON – min. Bogdan Klich. Choć początkowo starał się zachować przyzwoicie, przywołam tu daleko idącą i emfatyczną deklarację, jaką minister złożył na pogrzebie Generała: „Bo Ty wiedziałeś już wtedy (po wypadku CASA-y – przyp. mój), co spotkało Twoich najbliższych, kolegów, i współpracowników, ale wtedy, kiedy zakończyliśmy pracę nad raportem przyszedłeś i powiedziałeś do tych kilkudziesięciu, 25 jeśli dobrze pamiętam zaleceń komisji, dodam jeszcze 42 własne zadania, aby się to już nigdy nie powtórzyło! I na końcu zeszłego roku zameldowałeś mi, że wszystkie one zostały wykonane, tak się stało. Dlatego też, chcę Ci obiecać drogi Andrzeju, że jeśli ktokolwiek i kiedykolwiek podniesie rękę na Twój dorobek, jako Dowódcy Sił Powietrznych, ja, i Twoi najbliżsi, BĘDZIEMY TEGO DOROBKU BRONIĆ !”.
Gdyby ktoś mówił, że na pogrzebach zwykle używa się takich okrągłych słów – temu odpowiem, że liczba 42-u zarządzeń, które Gen. A. Błasik wydał i wdrożył wcale nie była „okrągła”. I było też tam osobiste zobowiązanie min. Klicha: „… będziemy bronić !”.
Niestety, nie obronił Generała nawet przed sobą samym. Gdy zaczęto się zastanawiać nad przyczynami dwóch tak znacznych katastrof lotniczych – postanowił odpowiedzialność przerzucić na niemogącego się już bronić Generała. I zaczął twierdzić, że po wypadku CASA-y próbował go odwołać ze stanowiska Dowódcy Sił Powietrznych, ale Prezydent się na to nie zgodził. A na świadka przywołał… już nieżyjącego śp. Pawła Wypycha.
Kompetencje do odwołania Dowódcy Rodzaju Sił Zbrojnych przed upływem jego kadencji są w polskim prawie niezbyt wyraziste. Art. 134 Konstytucji ten przypadek odsyła do ustawy, a obowiązujący wtedy (a może i nadal) art. 43 ustawy z 11 września 2003r. dawał Prezydentowi możliwość tego odwołania, ale wyłącznie w porozumieniu z Ministrem ON lub na jego wniosek. Czyli min. Klich miał tu więcej do powiedzenia, niż Prezydent.
Zatem doprowadziłby do odwołania Generała, gdyby rzeczywiście do tego dążył. A przynajmniej składając taki wniosek – okazałby, że ma wolę i podstawy, a piłka zostałaby po stronie Prezydenta. Tak więc min. B. Klich, przez wykrętne tłumaczenie się poniewczasie, popisał się nieudolnością i hipokryzją naraz.
A po zapoznaniu się z powyższymi faktami chyba już nikt rozsądny nie uwierzy, że polskim Siłom Powietrznym pomogłoby odwołanie ich bezpośredniego Dowódcy, zamiast tych, którzy najwidoczniej uznali, że „polski lotnik poleci nawet na drzwiach stodoły”. I że Generał A. Błasik był winien temu, że nie wykroił ze swej pensji 220 mln zł na remonty samolotów i na szkolenia pilotów oraz że nie wykombinował sobie skądś 11 tysięcy ton paliwa lotniczego.

Lubię to! Skomentuj24 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale