Regulacje prawne wprowadzone po roku 1989 oraz ich kolejne zmiany drastycznie ograniczały finansowanie klubów sportowych przez przedsiębiorstwa państwowe oraz samorządy.
Przedsiębiorstwa mogły finansować generalnie kluby sportowe tylko wtedy, gdy osiągały spory zysk, samorządy w skromnym zakresie mogły wspierać tylko sport młodzieżowy.
Takie kluby jak piłkarskie Zagłębie Lubin czy GKS Bełchatów przetrwały, bo górnicze i energetyczne kombinaty związane ze skarbem państwa dawały im pieniądze na funkcjonowanie. Teraz dofinansowanie sięga 70 proc. kosztów utrzymania klubów, a nawet więcej.
Na garnuszku spółek skarbu państwa - Polskiej Grupy Energetycznej, Jastrzębskiej Spółki Węglowej - są też najlepsze drużyny siatkarskie, np. Skra Bełchatów z budżetem 8 mln chce być nawet najlepsza w Europie. Z kolei za 10 mln zł PGE utrzymuje wicemistrzów w koszykówce - Turów Zgorzelec.
Tak więc piłka nożna od początku lat dziewięćdziesiątych w tych oto uwarunkowaniach rozpoczęła walkę o przetrwanie.
Do niedomagających klubów przychodzili różni ludzie z „biznesu”, tworząc spółki sportowe.
Doskonale pamiętamy wszyscy różne przydomki dodawane do nazw klubów, związane z nowymi właścicielami.
Działania były podobne jak w wielu dziedzinach gospodarki przechodzącej bardziej lub mniej udaną prywatyzację. Na ogół jednak mniej udaną. Ludziom tym nie zależało na rozwoju piłki nożnej. Ich działania ukierunkowane były na wyszarpanie z takiego klubu czego się tylko dało, a pózniej „prysk”.
Nierzadko w atmosferze skandalu i korupcji.
W takich to właśnie warunkach przyszło działać PZPN. Nastąpiła reorientacja sporej grupy działaczy i sędziów. Pojawiły się nowe możliwości na styku biznes – sport. Polityka zeszła na dalszy plan, aczkolwiek nie została całkowicie zmarginalizowana.
Doszło do największej w historii naszej piłki nożnej patologii, która miała na imię korupcja.
Lata 1989 – 2005 były czymś, co powinniśmy szczególnie zapamiętać i wyciągnąć z tego prawidłowe wnioski.
C.D.N.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)