Wojsko zabrało mnie do siebie 30 kwietnia 1981 roku na roczny pobyt. Mijał właśnie rok od ukończenia studiów. Pozostawiłem w domu żonę z 8 miesięcznym synem na państwowym zasiłku.
Dostałem się do szkoły łączności podchorążych rezerwy. Po trzech miesiącach, czyli po tzw. okresie unitarnym większość kolegów rozjechała się do innych jednostek w całej Polsce. Ja i jeszcze dwóch kolegów zostaliśmy w jednostce w Strzegomiu, w szkole podchorążych jako zastępcy dowódców plutonów. Plutony były trzy. W dwóch dowódcami byli nasi koledzy z poprzedniego naboru, a dowódcą trzeciego był młody, świeżo upieczony podporucznik służby zawodowej. W grudniu mieliśmy przejąć dowodzenie plutonami.
Ta cała nasza szkoła była oczkiem w głowie dowódcy pułku oraz cierniem w oku wyższej kadry oficerskiej jednostki. Oni nas nie lubili. Intrygi wokół szkoły, to była normalka.
Cóż z tego, jak dowódca jednostki uważał nas za swoisty dar od Boga. Zawiść części kadry brała się stąd, że we wszystkich klasyfikacjach pułkowych nasza szkoła zajmowała pierwsze miejsca kosztem innych plutonów złożonych z żołnierzy służby zasadniczej. Statystyki szły do Okręgu, podnosząc ranking jednostki. Oczywiście wyciągano nas za uszy w niektórych „konkurencjach”. Małpi Gaj był jednak nie do przejścia i tam byliśmy dopiero trzeci. Nie dało się tego nagiąć. No ale złote odznaki sprawności fizycznej miało sporo z nas.
To już były inne czasy. Były z nami „problemy”, bo byliśmy stanowczo upolitycznieni. Z drugiej strony dylemat Dowódcy Pułku polegał na tym, że nie mógł się poskarżyć. Nie dało się nas spacyfikować przy pomocy „fali”, bo jej u nas nie było. Trudno też było dyskutować i naginać Regulamin, bo byli wśród nas ludzie po prawie i zajmowali się tymi regulaminami i petycjami do Dowódcy, które siały w Sztabie spore zamieszanie. Mieli z tym problem, ale nie bardzo mogli się nam „odwinąć”. Szli więc na kompromis lub też próbowali się - w jakimś sensie - przypodobać.
Dowódcą szkoły był Major. Major miał 35 lat, a wyglądał na 50. Major był alkoholikiem. Był też kłębkiem nerwów. Miał żonę, która go chętnie zdradzała z żołnierzami, których wysyłał do swojego domu, na jej prośbę, pod pretekstem wszelakich napraw. Żona też nie wylewała za kołnierz.
Prawą ręką Majora był Sierżant „Kurka wodna”. Był młodszy od Majora o kilka lat. Był surowy, ale też i sprawiedliwy. Nie było u nas takiego, który nie zaliczyłby powtórki z „dyżurnego”.
Trzecim był Kapitan. Kapitan od polityki. Oczytany, elokwentny, o aksamitnym głosie, co czyniło pozory łagodności. Nie upierał się przy dogmatach. Zajęcia były ciekawe, bo toczyła się dyskusja bez niechęci oraz szykan . Kapitan zniknął z naszych oczu na zawsze 13 grudnia. No i był Chorąży. Taki od spraw technicznych, któremu podlegał „Sobol”, żołnierz służby zasadniczej, który opiekował się sprzętem będącym na wyposażeniu szkoły.
Po 15-tej w szkole zostawaliśmy my, czyli podchorąży rezerwy. To był czas na „bibułę”, gazety, dyskusje i „Wolną Europę „ przez nasz lokalny radiowęzeł. Schody wejściowe na piętro w którym szkoła się mieściła były zabezpieczone fotokomórką, którą tam zabudowaliśmy. Major udawał, że o tym nie wie, ale było mu to na rękę.
Każdego dnia Major - po powrocie z odprawy u Dowódcy - zwoływał odprawę dowódców plutonów i ich zastępców.
Och, jak on potrafił opierdalać ! Jak potrafił rzucać raportami i ołówkami o ściany ! Robił się czerwony jak burak i za każdym razem kazał nam „spierdalać” do zajęć no i żywił nadzieję, że przez resztę dnia nas nie zobaczy.
Miałem 2 godziny zajęć z kolegami każdego dnia w bloku wykładowym oraz dwa razy w tygodniu zajęcia w terenie, takie półdniowe. „Wykładałem” obronę przeciwlotniczą, o której nie miałem zielonego pojęcia. Skrypty, którymi się posługiwałem miałem były „ściśle tajne” i nie wolno ich było zabierać „na szkołę”. Skrypty te opisywały w zasadzie posługiwanie się saperką oraz rozróżnienie rodzaju chmur. Szczegóły zaś uzbrojenia samolotów wisiały w gablotach na korytarzach i były ogólnie dostępne. Taki paradoks jak wiele innych rzeczy w wojsku.
Chwile bez „żołnierzy” trzeba było spędzać tak, aby nie być widocznym, ale w każdej chwili dostępnym. Po prostu nie należało się rzucać w oczy, bo to zawsze wróżyło nie najlepiej.
Gdzieś na początku grudnia wprowadzono najwyższy stopień gotowości bojowej. W nocy z 12/13 zaczęto odpalać pojazdy. Wyjazd z jednostki trwał dobre 4-5 godzin, bo duża część tego szmelcu nie chciała w ogóle zapalić.
Wyjechała większość jednostki, by jak się okazało, przejąć obowiązki łączności telefonicznej pomiędzy Legnicą, a Krakowem. Zostaliśmy my, szkoła podchorążych rezerwy. Przejęliśmy wszystkie obowiązki wartownicze oraz kuchnię.
Kadra zawodowa szkoły została „spacyfikowana” w naszej siedzibie (szkole).
Oj się działo, po 2-3 dniach puszki latały po korytarzach, a Major z kompanami, nie tylko ze szkoły, prawie nie trzeźwiał. Po tygodniu mogli wrócić do domów. Gdyby nie to, to chyba Major by nie przeżył.
My, dowódcy na szkole, dostaliśmy „gaziki” z kierowcami do dyspozycji i jeździliśmy bez sensu po mieście w dzień i w nocy. Naoglądałem się: splunięć pod nogi, zaciśnięte pięści, zły wzrok. Nie byłem uzbrojony. Miałem pistolet ze ślepakami. Rozmawiałem z ludźmi. Była nieufność, ale i chyba zdziwienie, gdy w rozmowach okazywało się, że też czekam na wyjście do cywila za trzy miesiące.
Była otucha i zrozumienie. Jeden człowiek przyniósł 2 butelki bimbru i prosił, żeby kolegom zawieźć, bo on też ma syna w wojsku. Przymykaliśmy oczy w nocy, jak jakieś postacie przemykały między domami. Wszystko to trwało tydzień. Tydzień spania z pistoletem pod koszulą oraz 18 godzin na dobę w butach.
Przyszła Wigilia Świąt Bożego Narodzenia. Zebraliśmy się w piątkę w naszej świetlicy na kolacji wigilijnej. Był barszcz czerwony - taki cienki i przezroczysty - z ziemniakiem oraz ryba (mintaj ?) z ziemniakami i czerwonymi burakami.
Wstaliśmy i pomodliliśmy się. Zaczęliśmy śpiewać „Boże coś Polskę”…
W tym momencie drzwi się otworzyły i wszedł Dowódca pułku. Był sam. Głos się nam załamał, ale po chwili zaczęliśmy dalej śpiewać. Skończyliśmy i nastała chwila ciszy. Odezwał się Dowódca: „chciałem wam złożyć osobiście życzenia z okazji świąt… proszę ciszej”. Odwrócił się ,wyszedł i zamknął za sobą drzwi. My staliśmy chwilę jeszcze w milczeniu…
Po nowym roku rozpoczęły się przesłuchania w kontrwywiadzie. To jednak temat na inną opowieść. Do cywila wyszliśmy zgodnie z planem w pierwszych dniach kwietnia 1982 roku.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)