Tak się złożyło, że wczoraj z bratem i jego córeczką ( zdolnym fotografem amatorem) wybraliśmy się na mecz. II liga to brzmi dumnie. No i ta cała ceremonia. Kolejka do kasy, okazanie DO, wciągnięcie na listę, potem bilecik w łapę po opłaceniu niewygórowanej kwoty. Następnie bileter „uszkodził” bilecik i prostą drogą w szpaler ochroniarzy. Młodzi to już łapy sami podnosili do góry. Niektórzy zakładali ręce na szyję i stawali w rozkroku. Wyglądało to groteskowo, ale cóż, takie czasy…
Córuchnę brata wzięły w obroty dwie panie w uniformach. Całe to obmacywanie lekko mnie wzburzyło, a już oglądanie aparatu fotograficznego ze wszystkich stron, uzmysłowiło mi, że owe panie z niejednym terrorysta miały do czynienia, a i zapewne na szkoleniach nie zasypiają. Pełne „profi” !
No to teraz ja. Idę wprost w objęcia osiłka w czarnym uniformie, śmiało patrzę mu w oczy gotowy na heroiczny akt protestu, bo wnerwiony zdźdiebko już byłem, a tu nic. Facet się odsuwa i ponagla łapą bym szybciej przechodził. Totalny zawód. Ja nie wyglądam na potencjalnego terrorystę ! Przyjrzałem się przez krótką chwilę temu co mi zaufał, próbując znaleźć w jego rysach twarzy te szlachetne, a w oczach przebłysk geniuszu. Może nawet nie na skalę Holmesa, ale chociażby takiego księdza Mateusza.
No i wpadam w objęcia dwóch młodzianów, którzy wyciągają do mnie ręce z jakąś gazetką. Wysocy, szczupli, dobrze ubrani w kurteczki jesienne, bez szalików, bez czapeczek…
Biorę do rąk i czytam: „Kibol”, Niezależny Dwutygodnik Kibiców numer 2. Poczytam w domu, pomyślałem.
No i teraz już prosto na trybuny, chociaż po lewej grillują się kiełbaski roztaczając boski zapach dookoła. Zwalczyłem pokusę.
No to zajęliśmy miejsca. Tak raczej po środku. Po lewej ci w klatce, czyli ci z Częstochowy, „medalikorze” jak my ich tu w Rybniku nazywamy, a po prawej „nasi” z młyna. Mają duży bęben, tuby i stoją grzecznie w rzędach i szeregach.
Mecz jak mecz. Poczytacie w gazetach jeżeli Was to interesuje. Nasi znów przegrali, ale ja nie o tym w końcu chciałem.
Otóż ci kibice są autentycznie połączeni ze sobą prawdziwą nicią sympatii i poczucia wspólnej tożsamości. Wystarczyło, że jedni zaintonowali kultowe już „Donald matole”, to drudzy bili brawo i odpowiadali podobną przyśpiewką. No i tak na przemian. Nieważny był wynik. Ważna była ta wspólnota myśli i zachowań. Nie było gwizdów. Nie lżono piłkarzy. Boisko opuszczali żegnani brawami, może ci nasi z młyna byli zawiedzeni, ale nie byli sfrustrowani. To był mecz nie pierwszy przegrany.
Zaskoczyła mnie także reakcja „pikników”, czyli nas, takich, którzy to przychodzą na mecz, by sobie pooglądać kopaczy i „popsioczyć” na nich.
Dało się zaobserwować coś, co nazwę nawet sympatią dla tych dwóch grup zdeklarowanych kibiców. Niektórzy nawet zaintonowali to „Tusku matole”.
Myślę, że ktoś, kto bagatelizuje rolę polskich kibiców w najbliższych wyborach, może się w dniu wyborów zdziwić.
Kibice prowadzą prawdziwą, zorganizowaną akcję. Nie wiem, która partia na tym najwięcej zyska. Wiem natomiast która straci. Zapewne sporo.
A mnie, to widocznie dobrze z oczu patrzy. Ostatecznie pozdrawiam ochroniarza.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)