Dramat zwierząt w schronisku w Sobolewie trwał latami, mimo sygnałów od wolontariuszy i społeczników. Dopiero oddolna mobilizacja obywateli, nagłośnienie sprawy w mediach i presja opinii publicznej doprowadziły do zamknięcia placówki. Dziś politycy rządu ogłaszają sukces i przypisują sobie zasługi, choć jeszcze kilka dni wcześniej wojewoda mazowiecki zapewniał, że wszystkie schroniska w regionie – w tym to w Sobolewie – spełniają normy. Sprawa obnaża nie tylko dramat zwierząt, ale też nieudolność państwowego nadzoru i mechanizm, w którym władza pojawia się dopiero wtedy, gdy obywatele wykonają całą pracę za nią.
Czy to był „układ”? Kontrowersje wokół lokalnych władz
Schronisko „Happy Dog” w Sobolewie nie pojawiło się w przestrzeni publicznej dopiero teraz. Zarzuty dotyczące warunków, w jakich przetrzymywane były psy, pojawiały się już około siedmiu lat temu. Byli wolontariusze i osoby współpracujące ze schroniskiem alarmowały o zaniedbaniach, złym traktowaniu zwierząt i braku realnego nadzoru.
Przez lata sprawa miała jednak nie wychodzić poza lokalny poziom. Skargi były kierowane do samorządu i instytucji odpowiedzialnych za nadzór, ale – jak wynika z relacji aktywistów – nie skutkowały realnymi działaniami. Dopiero nagłośnienie sprawy w mediach ogólnopolskich, w tym zaangażowanie znanych osób publicznych, przełamało wieloletnią ciszę.
To rodzi pytania o odpowiedzialność lokalnych władz. W przestrzeni publicznej pojawiają się spekulacje o możliwym „układzie” między właścicielem schroniska Marianem Drewnikiem a wójtem gminy. Nie ma dowodów potwierdzających istnienie takiego porozumienia, ale fakt wieloletniego braku reakcji sprawia, że wątpliwości nie znikają. Dodatkowo dochodzi kwestia działki, jak informował poseł Łukasz Litewka, wójt gminy Maciej Błachnio wynajmował teren, na którym działało schronisko, obecnemu zarządcy za 500 zł.
Kontrole, które „nic nie wykazały”
Szczególnie kontrowersyjny jest wątek ostatnich kontroli. Zaledwie kilka dni przed zamknięciem schroniska przedstawiciel administracji rządowej w terenie przekazywał, że nie stwierdzono poważnych nieprawidłowości. Wicewojewoda mazowiecki Robert Sitnik mówił wprost, że protokoły nie potwierdzają zarzutów pojawiających się w mediach i w relacjach aktywistów.
Również wojewoda mazowiecki Mariusz Frankowski pisał w mediach społecznościowych, że wszystkie schroniska w regionie spełniają wymagane normy. W tym samym czasie w internecie krążyły zdjęcia i nagrania pokazujące skrajnie złe warunki, wychudzone psy i chaos organizacyjny w Sobolewie. Poniżej cały wpis wojewody, który pisał, że "kontrole nie wykazały naruszenia dobrostanu zwierząt w żadnym ze schronisk", nawet w Sobolewie:
Ten dysonans między oficjalnymi komunikatami administracji a tym, co widzieli wolontariusze i dziennikarze, stał się jednym z kluczowych punktów krytyki. Zamknięcie schroniska przez Powiatowego Lekarza Weterynarii nastąpiło dopiero po eksplozji zainteresowania medialnego, a nie w wyniku rutynowych kontroli.
Akcja obywateli i dramatyczna ewakuacja zwierząt
Przełom nastąpił w minioną sobotę, kiedy to protestujący ruszyli tłumnie pod schronisko. Presja poskutkowała decyzją o zamknięciu tego miejsca i uruchomiła chaotyczną, ale skuteczną akcję ratowania zwierząt. Na miejscu pojawili się wolontariusze, fundacje i osoby prywatne, które zaczęły organizować transport psów do innych placówek i domów tymczasowych.
Relacje z Sobolewa mówiły o zwierzętach przerażonych, zaniedbanych, często w złym stanie zdrowia. To właśnie presja społeczna, a nie wcześniejsze działania państwa, doprowadziła do realnej zmiany. Bez nagłośnienia sprawy i zaangażowania obywateli schronisko prawdopodobnie funkcjonowałoby dalej.
W tym sensie zamknięcie „Happy Dog” jest przykładem skuteczności oddolnych działań, ale jednocześnie aktem oskarżenia wobec systemu nadzoru, który przez lata zawiódł.
Rząd się podpina, ale fakty są brutalne
Nie mogło być inaczej. Kilka godzina po obywatelskiej akcji, do gry weszli politycy, ale tylko w mediach społecznościowych. Szef MSWiA ze stanowczością pisał o „interwencyjnych kontrolach” i „braku przyzwolenia na barbarzyństwo”. Z kolei premier Donald Tusk publikował refleksyjny wpis o tym, że ludziom brakuje cech, których mogliby uczyć się od psów, jednocześnie podkreślając stanowczość państwa. Obie publikacje spotkały się z odpowiednimi wyjaśnieniami...
Problem w tym, że te komunikaty pojawiły się dopiero po fakcie – po obywatelskiej presji i medialnym skandalu. Wcześniejsze zapewnienia administracji rządowej i wojewody stały w jawnej sprzeczności z rzeczywistością ujawnioną w Sobolewie.
Na koniec zostawiamy materiał, który ma edukować wszystkich, którzy taką pomoc dla zwierząt chcą nieść.
Mateusz Pacak
na zdjęciu: Akcja zabierania psów ze schroniska dla zwierząt "Happy Dog" w miejscowości Sobolew, fot. PAP/Paweł Supernak
Inne tematy w dziale Rozmaitości