To u mnie od kilku lat taka nowa, świecka tradycja... ;-)

Dzisiaj przypomniałam sobie o czymś przykrym i wstydliwym, dotąd skrzętnie skrywanym w najdalszym zakamarku mojej pamięci, wydarzeniu związanym z Wielkanocą...
Otóż, gdy byłam małą dziewczynką (nie pamiętam jednak ile dokładnie miałam wtedy lat, ale nie więcej niż 5-6) jak to nieraz czynią dzieci niosłam koszyczek ze święconką. Wracaliśmy już do domu z kościoła Św.Augustyna na ul. Nowolipki, dzień był piękny i słoneczny, a ja pełna radości i dobrego humoru właściwego szczęśliwemu dziecku. W pewnym momencie na skrzyżowaniu Nowolipek i ul. Marchlewskiego (obecnie ul. Jana Pawła II) potknęłam się o nierówną płytę chodnikową i wyłożyłam się jak długa razem z koszyczkem... Pamiętam ten ból mocno otartych i krwawiących kolan, ale jeszcze bardziej ten wstyd z powodu upuszczenia koszyczka, z którego dopiero co poświecone jajka potoczyły się po chodniku... Nigdy chyba wcześniej tak podle się nie poczułam, więc pewnie dlatego na tak wiele lat o tym "zapomniałam"...
Zastanawiam się, dlaczego właśnie teraz mi się o tym przypomniało...? Może to z powodu wspomnienia Bazaru Różyckiego i swojego pierwszego na nim zakupu? Ale łapię się na tym, że różne wspomnienia z dzieciństwa i młodości przychodzą mi do głowy częściej niż to było wcześniej. No cóż, każdego to z czasem dopada... ;-)


Komentarze
Pokaż komentarze (17)