Było dzisiaj koło 6-ej rano jak wyszłam na balkon. Chciałam sprawdzić jak mają się posadzone wczoraj rośliny, tym razem te, które nie kwitną ale rozrastając się zwisają ze skrzynek zielonym gąszczem, co bardzo lubię. Kupuję je co roku, mają dziwną, trudną do zapamiętania dla mnie nazwę przypominającą brzmieniem jakiegoś prehistorycznego stwora.
Niebo było zachmurzone, rzeźkie powietrze pachniało świeżością... i wtedy go usłyszałam. Kto tego nigdy nie słyszał niech żałuje... Rozejrzałam się i no właśnie, znów tam był... Znów, bo opisałam go już kiedyś na tym blogu. Czyżby to był ten sam...? Wcale bym się nie zdziwiła, skoro siedział na tym samym kominie, co wtedy.
Jego śpiew to prawdziwa, wyrafinowana sztuka i nie bójmy się tego powiedzieć...;-) Natura obdarzjąc skromnie wyglądającego, niepozornego ptaszka takim talentem miała w tym jakiś cel. Myślę, że jednym z nich był mój szczery niezmiennie zachwyt. ;-)
No więc jak sobie tak wyśpiewywał wzięłam aparat i uchwyciłam jak, niczym solista w operze, ciągnął swoją arię na najwyższe rejestry. Gdy po chwili wróciłam słyszałam go lecz już nie widziałam skąd. Mam nadzieję, że wróci, przecież dzisiaj dopiero pierwszy dzień maja, a wiadomo, że w maju śpiewają najwięcej i najpiękniej...

Przed chwilą (o godz. 15.05) znów go widzialam, na skraju komina...


Przepraszam za dość kiepską jakość zdjęć, ale robione przy maksymalnym zoomie...


Komentarze
Pokaż komentarze (10)