Próbowałam po dobroci: odstraszając, zniechęcając, utrudniając… ale to nic nie dało, a skoro tak, to wypowiadam swoją prywatną wojnę...!
Wczesnym rankiem obudził mnie niepokojący hałas dobiegający z balkonu. Oho, pomyślałam, chyba się zaczyna..., więc zerwałam się z łóżka i podbiegłam do salonu, gdzie jest balkon. To co zobaczyłam zatrząsło mną z oburzenia i złości. Jedna sroka siedziała na poręczy balkonu i głośno skrzeczała zagrzewając do ataku drugą, która uczepiła się karmnika i rwała na kawałki tackę, na której wysypuję ziarna dla sikorek. Spore kawałki połamanej tacki leżały na dole, tak jak wszystko, co na niej było, ale ona nie ustępowała i kontynuowała swój niszczycielski atak.
Tego dla mnie było za wiele, z rozmachem otworzyłam drzwi balkonu, co chyba o mało nie przyprawiło jej o zawał, bo była tyłem do mnie i niczego się nie spodziewała. Uciekły obie w popłochu a ja, tak jak stałam boso i w piżamie, podeszłam do karmnika i usunęłam żałosne reszki tacki.
Na nowej tacce wysypałam świeżą karmę, dodając jeszcze trochę orzechów i wszystko jak trzeba zostało przygotowane na przylot sikorek. Nie czekałam długo, wnet przyleciały wdzięcznie pozując do kolejnych zdjęć…
Jak wojna to wojna - więc obmyślam jak się zabezpieczyć przed kolejnym atakiem szabrowników. Wiem, że nie będzie to łatwe, bo przeciwnik jest wyjątkowo bezczelny i brutalny, ale nie dam się. Nie będzie mi się przecież ktoś rządził na moim balkonie…







Komentarze
Pokaż komentarze (1)