Patrzę przez okno… Znów sypie gęsty śnieg, tym razem takie duże płatki i jak w zwolnionym tempie, nie tak jak poprzednio, gdy mocno wiało…
Jest tak pięknie, więc patrzę sobie przez to okno pijąc herbatę z rumem i cytryną i zaraz przypomina mi się wierszyk o śniegu, jaki napisałam w zeszłym roku… A co tam, umieszczę go raz jeszcze, bo taki przecież aktualny…
ŚNIEG...
Okrył białym puchem,
Puszystym miękkością,
Jak ciałem i duchem,
tętniących miłością…
Zawirował w głowie,
Omamił płatkami,
Oślepił swym blaskiem,
I urósł zaspami…
Potem poniebieściał,
Stężał mrozem w nocy,
Potępieńczo skrzypiąc,
Jakby w diabła mocy…
Pokraśniał o brzasku,
Skorupą na wierzchu,
Skrzył odblaskiem słońca,
Do samego zmierzchu…
Nocą gdy z sił opadł,
Dopadli go… Z rana
Ukazał się wszystkim,
W postaci bałwana…
Dopadli go… Z rana
Ukazał się wszystkim,
W postaci bałwana…
Potem przyszła odwilż...
Deszcz wodą go skropił,
Marniał w oczach, a w nocy,
Do reszty się stopił...
Deszcz wodą go skropił,
Marniał w oczach, a w nocy,
Do reszty się stopił...
2009


Komentarze
Pokaż komentarze