Zaraz jak tylko wstałam z samego rana, przeżyłam głęboki szok... Na czerwonym pasku serwisu informacyjnego porażająca wprost wiadomość: Prezydent uziemiony w Mongolii...
Serce mi na moment stanęło, po czym zaczęło bić w przyspieszonym rytmie bo nerwy zrobiły swoje... Jak to tak, nasz Prezydent, nasza głowa Państwa gdzieś tam, w dalekich stepach obcej naszemu sercu i lodowatej Mongolii wbrew swojej, jakże nie znoszącej sprzeciwu, woli nie może zgodnie z planem kontynuować swojej podróży życia do Mongolii, Japonii i Korei Płd. ?
Oczami wyobraźni widziałam Prezydenta z panią Prezydentową w mongolskiej jurcie grzejącego swe drobne dłonie przy ogniu pośrodku... Już widziałam, jak pociąga dla rozgrzania kolejny łyk kumysu z mleka klaczy... Już wyobrażałam sobie łzę bezgłośnie spływającą na prezydenckim policzku i te zaszklone łzami oczy tęsknie przywołujące widok naszych rodzimych, najpiękniejszych w świecie bo polskich, mazowieckich przydrożnych wierzb rosochatych... I to wszystko z powodu tak błahego jak 17-stopniowy mróz? Jakby to było coś dziwnego w okresie zimowym.
Wytrącona zupełnie z równowagi, do czego dołożyły się zapodziane nie wiadomo gdzie kluczyki od samochodu, udałam się z zapasowymi do garażu, aby natychmiast włączyć radio i śledzić dalsze losy naszego Prezydenta na dalekiej obczyźnie. Pochłonięta tym jakże ważnym dla Narodu tematem i śledząc każdą o tym wzmiankę z ulubionej stacji radiowej, nie wiem jak znalazłam się w garażu budynku firmy. A tu, zanim wydostałam się z wind, odcięta byłam przez długie aż 3 minuty od tych wstrząsających i mrożących krew w żyłach wiadomości...
Z biegiem godzin sytuacja się zaczęła się coraz bardziej komplikować, bowiem okazało się, że samolot nie tylko jest zamrożony, ale i uszkodzony, więc nie będzie mógł zabrać pary prezydenckiej wraz ze świtą na kolejny etap podróży. Trwoga zajrzała mi do serca... Czyżby sprawdził się najbardziej okrutny scenariusz i pan Prezydent nie dostąpi niewątpliwego zaszczytu audiencji u Cesarza Japonii? Tyle przygotowań, tyle wysiłków i zachodu, by nie być w określonym czasie w kraju, a w Gdańsku w szczególności, a tu najważniejszy powód wyjazdu nie doszedłby wskutek niesprzyjających okoliczności przyrody i złego losu do skutku? Tragedia wisiała na włosku...
Na szczęście dzielni prezydenccy urzędnicy ogromnym wysiłkiem swojego intelektu, sprytu i zaradności w cudowny sposób zaradzili historycznemu nieszczęściu, jakie mogło dotknąć pana Prezydenta, a tym samym nas, wszystkich szarych, zwykłych obywateli. Po wyczarterowaniu mongolskiego samolotu, Prezydent z 8-godzinnym opóźnieniem przybył do Japonii.
Jak się dowiedziałem, co się dzieje, to chwalę Boga, ponieważ państwo i ja możemy dalej rozmawiać- te słowa wypowiedział pan Prezydent po wylądowaniu w Osace.
Kamień z serca mi spadł, przygniatając nieco duży palec u nogi, lecz nic to, przecież nasza głowa Państwa cała i zdrowa mam nadzieję bez dalszych już przeszkód swoją podróż życia będzie mogła kontynuować, a nie w mongolskiej jurcie obcy nam kulturowo kumys smakować...
W niedzielę Prezydent uda się w drogę powrotną do jakże drogiego jego sercu kraju, a tym samym ja osiągnę spokój ducha i pozwolę swym starganym nerwom nieco odpocząć...;)


Komentarze
Pokaż komentarze (49)