191 obserwujących
228 notek
834k odsłony
227 odsłon

Nuda polityki

Wykop Skomentuj64

 

Donaldowi Tuskowi
i
Jarosławowi Kaczyńskiemu
 
W grudniu 2008 roku ankieterzy CBOS zapytali Polaków, komu byliby skłonni przyznać miano Polityka roku 2008. Wyniki nie były specjalnie zaskakujące i potwierdzały, że większość naszych rodaków po prostu nie lubi polityki, uznając ją za równie brudny, co nudny obszar życia publicznego.
Aż 48 proc. badanych nie wymieniło bowiem nikogo, przy czym połowa z tej grupy uznała, że żaden z polityków nie wyróżnił się pozytywnie na tle pozostałych, reszta zaś zadeklarowała całkowity brak zainteresowania tą sferą życia. Pozostali, czyli 52 proc. z tysiącosobowej reprezentatywnej próby, wymienili za to aż 39 nazwisk, wśród których wyraźnym liderem został Donald Tusk, uzyskując jednak zaledwie 18 proc. Drugi na tej liście Radek Sikorski miał już tylko 9 proc. wskazań, a Lech Kaczyński 6 proc., co w przypadku urzędującego prezydenta wypada uznać za wynik katastrofalny.
Kryzys przywództwa
Powyższe dane ilustrują bodaj najważniejszą z przyczyn znużenia Polaków polityką, czyli kryzys przywództwa. Nie jest to zjawisko występujące wyłącznie w naszym kraju, co skłoniło niektórych politologów oraz publicystów do głoszenia tezy o zjawisku postpolityczności, która jakoby cechuje demokracje XXI wieku. W świecie postpolityki pierwsze skrzypce mają grać postpolitycy, czyli sformatowane przez spin-doktorów i rozmaitych doradców od PR marionetki, recytujące przed kamerami wyuczone wcześniej formułki i dbające głównie o dobór właściwej koszuli, krawata, a zwłaszcza sposobu gestykulacji. Oczywiście byłoby dowodem całkowitego oderwania od rzeczywistości twierdzenie, że tego rodzaju zjawisko nie ma miejsca, rzecz jednak w tym, że heroldzi postpolityki przeceniają znaczenie supremacji marketingu jako przyczyny zniechęcenia obywateli. Rzeczywista przyczyna tkwi bowiem w tym, że promowany towar, czyli w tym przypadku polska klasa polityczna, jest już tak wyjałowiona, zblazowana i cyniczna, że nawet najwybitniejsi spin-doktorzy mają problem z wmówieniem nam, że mamy do czynienia z gronem ludzi kompetentnych, uczciwych i oddanych pracy dla dobra Polski.
Nie jest sprawą przypadku, że gdy z kolei w maju 2009 r. spytano Polaków o największe porażki minionego dwudziestolecia, to tuż za bezrobociem i stanem służby zdrowia wymienili oni poziom moralny elit politycznych. Od lat zawodowy polityk i utożsamiany z nim działacz partyjny okupują ostatnie miejsca w rankingach społecznego prestiżu, sąsiadując tam z robotnikiem niewykwalifikowanym. Można wprawdzie argumentować, że sami jesteśmy sobie winni, skoro co kilka lat wybieramy do parlamentu w wolnych przecież wyborach dość podobny zestaw ludzi, ale prawda o współczesnej polskiej demokracji coraz bardziej przypomina słynną formułę Henry Forda, głoszącą, że klient może kupić dowolny kolor produkowanego przez niego samochodu, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny. Cechą wspólną wszystkich obecnych dziś w parlamencie ugrupowań, pozostaje bowiem nie tylko to, że albo już były u władzy, albo też właśnie ją sprawują, ale nade wszystko fakt, że nie potrafiły podnieść zarówno standardów moralnych, jak i jakościowych polskiej polityki.
Selekcja negatywna
Kiedy ogląda się filmy nakręcone w Sejmie na początku lat dziewięćdziesiątych, widać tam zaskakująco dużo postaci, które można do dziś obejrzeć w wieczornych programach informacyjnych. Wprawdzie jedni z nich wyłysieli, inni posiwieli, a większość przybrała na wadze, ale ludzie z pokolenia ’89 wciąż dominują w polskiej polityce. Przez pokolenie ’89 rozumiem pokaźną grupę polityków o korzeniach zarówno PRL-owskich, jak i wywodzących się z opozycji antykomunistycznej, którzy w okresie przełomu ustrojowego wkroczyli na główną scenę polityczną i pozostają na niej w roli liderów po dzień dzisiejszy.
Pokolenie ’89 ma swoje niezaprzeczalne zasługi w zbudowaniu w Polsce gospodarki rynkowej, a zwłaszcza w zbliżeniu Polski do Zachodu, czego symbolem stało się nasze wejście do NATO i UE, trudno jednak nie zauważyć, że zwłaszcza od początku obecnej dekady coraz gorzej radzi sobie z rozwiązywaniem różnych wyzwań, które albo odziedziczyliśmy po PRL (np. służba zdrowia, szkolnictwo wyższe czy infrastruktura komunikacyjna), albo też – jak wykorzystywanie funduszy unijnych – pojawiły się w ostatnich latach. Równocześnie zaś, do czego walnie przyczynił się wprowadzony w 2001 r. system hojnego finansowania partii politycznych z budżetu, przywódcy ugrupowań zasiadających w parlamencie potrafili skutecznie zablokować dostęp do systemu politycznego dla konkurentów. Powstała sytuacja, w której Polacy są coraz bardziej znużeni starymi liderami, a równocześnie mają niewielkie szanse by zobaczyć nowych.
Jest tak wszakże nie tylko z uwagi na wspomnianą blokadę, ale i trwający od dawna proces negatywnej selekcji do zawodu polityka. To on powoduje, że partyjne młodzieżówki zaludniają w sporej części ludzie będący karykaturalną kopią swoich liderów. Są często od nich jeszcze mniej kompetentni, za to bardziej aroganccy i nieostrożni do tego stopnia, że bez trudu można już po chwili rozmowy rozpoznać fałszywość ich deklaracji o przyczynach dla których zdecydowali się na działalność publiczną. Za taki stan sporą część odpowiedzialności ponoszą partyjni przywódcy, wolący topić budżetowe miliony w kolejnych spotach telewizyjnych i kampaniach billboardowych, które zresztą – skutecznie ośmieszane przez konkurentów – obciążają hipotekę całej klasy politycznej, aniżeli inwestować w think-tanki i profesjonalne szkoły dla młodych działaczy, dzięki którym wyrosłaby kolejna generacja polskich polityków. Polityków, którzy przynajmniej stwarzaliby nadzieje, że będą bardziej kompetentni i skuteczniejsi od swych mentorów.
Jednak nawet najlepsze think-tanki nie doprowadzą do zmiany pokoleniowej w polskiej polityce, jeśli nie będą jej chcieli sami obywatele. A dokładniej ich najmłodsza część, która dziś wydaje się mieć głęboko w nosie politykę. To młodzież była przez cały miniony wiek kołem napędowym zmian politycznych. Zarówno tych dobrych, jak i złych. Pokolenie dwudziesto- i trzydziestolatków, głównie z pozbawionej przed wojną perspektyw i przeraźliwie biednej polskiej wsi, stało się bazą społeczną, na której komuniści oparli w drugiej połowie lat czterdziestych swoją dyktaturę. Kto nie wierzy, niech sięgnie do książek historycznych i przyjrzy się ile lat mieli wtedy rządzący wówczas Polską sekretarze, bezpieczniacy, prokuratorzy i rozmaici dyrektorzy z błyskawicznego awansu. Po trzydziestu kilku latach spora część ich dzieci i wnuków zaangażowała się z kolei w „Solidarność” i po kilkuletniej walce, korzystając z dobrej koniunktury międzynarodowej, przejęła władzę.
Dzieci Internetu
Czy czeka nas to samo? Na razie najambitniejsi młodzi Polacy z wyżu demograficznego lat 80. skorzystali z wejścia do UE i na masową skalę opuścili kraj. Część z nich już nie wróci, bo zasmakował im komfort życia w bogatszych i lepiej rządzonych krajach Zachodu. Innych jednak już zmusił, bądź też dopiero zmusi do powrotu trwający kryzys. Będą też i tacy, którzy mają ambicje odgrywania jakiejś roli w życiu publicznym, czy wręcz politycznym. Na to zaś będą mieli na Zachodzie znikome szanse, bowiem tamtejsze elity są często wbrew pozorom bardziej zamknięte od naszych. Do powracających dołączą też nowe roczniki, wkraczające właśnie w dorosłe życie. Wszyscy zderzą się z sytuacją na rynku pracy, który właśnie dla młodych jest obecnie najtrudniejszy. W maju 2009 r. bez pracy było już 360 tys. Polaków do 25 roku życia, a jesienią dołączyła do nich spora część z kolejnych 600 tys. absolwentów różnego typu szkół. Na Zachodzie, gdzie to zjawisko pojawiło się już wcześniej, młodzi bezrobotni przez lata pozostają na utrzymaniu rodziców. Jednak tamte społeczeństwa są dużo zamożniejsze. W Polsce rodzicielski amortyzator może się okazać niewystarczający. Jeśli tak, to pokolenie wyżu demograficznego lat 80., które nazywam dziećmi Internetu, bo często w sieci spędziły więcej czasu niż ze swoimi zapracowanymi rodzicami, może stworzyć masę krytyczną, która przewietrzy naszą scenę polityczną.
Dzieci Internetu mogą oczywiście tkwić w wirtualnym świecie także i po trzydziestce, udając, że skorumpowana i nieudolna administracja, dziurawe drogi, wadliwy ustrój polityczny czy też niemrawe sądy nie są ich problemem. Tkwić sobie w sieci i oglądać w telewizji autorytety, za jakie podobno uznają Kubę Wojewódzkiego i Szymona Majewskiego, którzy swoją karierę medialną oparli na podobnym wizerunku wyluzowanego, wiecznie młodego jajcarza. A polityczne nudziarstwa pozostawić starszym, którzy znów poprą Tuska przeciwko Kaczyńskiemu. Albo odwrotnie. Mogą też dać się nabrać na próbujących wrócić do gry starych politycznych wyjadaczy, w rodzaju tandemu Piskorski-Olechowski, udających, że stanowią jakąś istotną alternatywę dla (niby)rządów PO. Mogą jednak, choć ten scenariusz wydaje się dziś mniej prawdopodobny, próbować samodzielnie zaistnieć w polityce. Nie jako asystenci, pomocnicy czy zastępcy polityków z pokolenia ’89, ale jako autentyczni liderzy nowej polskiej sceny politycznej. Niektórzy, jak przywódca lewicowego środowiska „Krytyki Politycznej” Sławomir Sierakowski, już próbują.
Ktoś powie, że młodzi bez pieniędzy i doświadczenia nie mają żadnych szans. Jednak ich poprzednicy jakoś sobie radzili i to bez genialnych wynalazków w postaci Internetu i telefonii komórkowej. Przykład Baracka Obamy, który jak wiadomo zgromadził imponujący budżet wyborczy z drobnych datków milionów internautów rozczarowanych rządami republikanów i nieuważających Hilary Clinton za wystarczająco atrakcyjną alternatywę, pokazał, że pieniądze da się zgromadzić bez wsparcia oligarchów czy budżetu państwa. Znacznie trudniejsze jest znalezienie dwóch, góra trzech autentycznych liderów, którzy okażą się magnesem przyciągającym zainteresowanie. Ale i oni się znajdą, jeśli tylko kryzys gospodarczy zmusi dzieci Internetu do spojrzenia prawdzie w oczy. Jeśli zaś nie kryzys, to jakieś trudne dziś do przewidzenia, dramatyczne wydarzenie, które zrodzi wystarczająco wysoki poziom emocji by oderwać się od ekranu i zanurzyć w realnym świecie.
Lekcja SLD i Palikota
Takich liderów nie da się jednak sztucznie wykreować, jak utrzymywał przed kilku laty pewien przereklamowany specjalista od marketingu politycznego. Słynne porównania dowolnego polityka do margaryny, jako przedmiotów dających się z równą łatwością wypromować, nie wytrzymują zderzenia z rzeczywistością.
Doskonale pokazał to przykład SLD, czyli jedynej znaczącej partii politycznej, w której w ostatnich latach doszło do głębokiej zmiany pokoleniowej na stanowisku lidera. Kiedy w 2005 r. zaledwie 31-letni Wojciech Olejniczak zajął miejsce starszego o prawie trzydzieści lat Józefa Oleksego, miało to właśnie charakter sztucznej kreacji. Pogrążony w kryzysie Sojusz szukał nowej, nieskompromitowanej i przyjaznej twarzy. Wybrano Olejniczaka, bo akurat był pod ręką i nie skompromitował się jako najmłodszy w historii minister rolnictwa. Szybko jednak okazało się, że sympatyczny wizerunek to za mało, zwłaszcza gdy do walki z Olejniczakiem ruszył jego mniej sympatyczny, ale znacznie bardziej biegły w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach rówieśnik Grzegorz Napieralski. Po trzech latach wyniszczającej wojny Napieralski zajął w końcu miejsce Olejniczaka, ale dla SLD były to lata stracone. Okazało się, że polityczni spadkobiercy Kwaśniewskiego i Millera walczą ze sobą zanim jeszcze zajęli najważniejsze stanowiska w państwie. Nie tylko nie nauczyli się niczego na przykładzie swoich mentorów, ale okazali się od nich znacznie mniej rozsądni. Zanim bowiem rywalizujący ze sobą od zawsze Kwaśniewski i Miller dopuścili do tego, by po 2001 r. ich konflikt wyrwał się spod kontroli, przez całe lata 90. zgodnie budowali potęgę swojego obozu politycznego.
Rywalizacja jest jednym z najważniejszych czynników składowych polityki. Wiara, że może istnieć ruch polityczny pozbawiony konfliktów i rywalizacji jest naiwnością. Jeśli jednak wewnętrzne spory stają się ważniejsze od walki z rywalami zewnętrznymi, a partyjnego kolegę zwalcza się ostrzej niż tego z konkurencyjnej partii, to przekroczona zostaje granica bezpieczeństwa i ruch polityczny dotknięty taką chorobą ulega stopniowemu autoparaliżowi. Trudno nie odnieść wrażenia, że ten swoisty „syndrom Kaina” toczy z różnym natężeniem wszystkie polskie partie polityczne, a obserwujących to obywateli napawa obrzydzeniem. Cóż bowiem może sobie myśleć o polityku X przeciętny obywatel, gdy czyta, że większość jego aktywności idzie na podważanie pozycji partyjnych kolegów?
Za najbardziej udany przykład celnej strategii marketingowej uchodzi ostatnimi czasy Janusz Palikot. Pytanie jednak, jaki był właściwie jej cel. Jeśli było nim odróżnienie się od szarej, ponad dwustuosobowej masy parlamentarzystów PO, to istotnie został on osiągnięty. Dziś przeciętny Polak rozpoznaje lubelskiego polityka jako niestrudzonego pogromcę braci Kaczyńskich, nieustannie pokazywanego w telewizji, a to ze sztucznym penisem, a to z „małpką”. Znacznie gorzej poszło z ograniczaniem biurokracji i absurdalny przepisów, czego Palikot miał dokonać jako przewodniczący specjalnej sejmowej komisji. Jeśli jednak w pokoleniu dzieci Internetu zwycięży stosunek do polityki lansowany przez Majewskiego czy Wojewódzkiego, to akcje Palikota będą dalej szły w górę.
W końcu skoro kolejne show Palikota tak znakomicie udają się w Sejmie, a jego metody autoryzują najpoważniejsi dziennikarze goszczący go stale w swoich programach, to dlaczego rozbawiona publika ma go w końcu nie wpuścić do kancelarii premiera czy pałacu prezydenckiego? To dopiero byłby ubaw: zamiast naburmuszonego Kaczyńskiego, spiętego Tuska, czy posągowego Olechowskiego, wybierzemy sobie na prezydenta Palikota. Jeśli nie w przyszłym roku, to za sześć lat, gdy już zapomnimy (?) o kryzysie, a proces dziecinnienia polskiej polityki posunie się jeszcze dalej. A jak nie Palikota, to kogoś od niego sprawniejszego, pozbawionego kłopotliwego ogona w postaci byłej żony i tajemniczych spółek w rajach podatkowych.
Tabloidyzacja mediów
Polityka zawsze była dziedziną dość brudną, ale nie zawsze była równie nudna co we współczesnych nam czasach. Rozpatrywany wyżej kryzys przywództwa, wynikający z anachroniczności i wypalenia większości czołowych polskich polityków nie byłby jednak aż tak odstręczający dla większości z nas, gdyby nie sposób prezentacji ich działalności przez media. O ile jeszcze w gazetach można znaleźć ślady merytorycznych debat – inna rzecz, że znacznie częściej uczestniczą w nich dziennikarze i eksperci, niż politycy – to w telewizji mamy już tylko do czynienia z dość marnymi programami rozrywkowymi, niesłusznie nazywanymi publicystyką. Ich gwiazdami jest kilkunastu tych samych bohaterów, wędrujących od studia do studia telewizyjnego. Rekordziści potrafią jednego wieczora zaliczyć nawet trzy programy publicystyczne w różnych stacjach. Zwłaszcza w poniedziałek, który specjaliści od układania programów telewizyjnych uznali za najlepszy dzień do faszerowania Polaków telepolityką.
Na wspomnianych wcześniej filmach kręconych w Sejmie na początku lat 90. widać nie tylko polityków, ale i całkiem sporą grupę dziennikarzy radiowych i telewizyjnych, którzy już wówczas – w błyskawicznym tempie zawdzięczanym autokompromitacji poprzedników pracujących w peerelowskim Radiokomitecie – robili błyskotliwe kariery. Był wśród nich m.in. Tomasz Lis, którego z powodzeniem można uznać za symbol kryzysu, w jakim znalazła się dziś grupa czołowych dziennikarzy politycznych zaczynających swe kariery przed dwudziestu laty. Na przestrzeni tego okresu, Lis z błyskotliwego reportera przeobraził się we wziętego publicystę, który nie tylko potrafił pisać interesujące książki, ale i stawiać w nich ważne pytania. Na fali popularności swej najważniejszej książki („Co z tą Polską?”), Lis zaczął nawet dawać do zrozumienia, że nie wyklucza udziału w życiu politycznym. Wprawdzie ostatecznie się na to (jak dotąd) nie zdecydował, jednak nie przeszkodziło mu to zajmować coraz bardziej stronniczej postawy w prowadzonych przez siebie programach. Problem tkwi jednak nie tyle w nieskrywanym już od dawna braku obiektywizmu Lisa, czym zresztą odznacza się większość dziennikarzy zajmujących się polską polityką, ale w metodzie prowadzenia przez niego debat telewizyjnych. Metodzie naśladowanej przez większość prowadzących podobne programy, która przeciętnego widza za pierwszym czy drugim razem może nawet przyciągnąć do ekranu, ale przy każdym kolejnym jej zastosowaniu odstręcza go coraz bardziej nie tylko od oglądania, ale nade wszystko od zainteresowania polityką. Ile bowiem razy można oglądać posłów Niesiołowskiego, Kurskiego, Kłopotka czy Palikota prześcigających się w coraz wymyślniejszych epitetach i porównaniach, które nie służą już niczemu poza słowną potyczką? Złośliwi twierdzą wprawdzie, że służą jeszcze promocji prowadzącego program, który nieustannie uspokaja nadpobudliwych gości, a na końcu występuje w roli arbitra wygłaszającego jedyne zdanie warte zapamiętania w całym programie. Jest to jednak pogląd niesprawiedliwy, bo mentorstwo Lisa nie przełożyło się jak dotąd na wzrost popularności Młodego Globalnego Lidera, jak przedstawił się w jednej ze swoich ostatnich książek będącej już tylko zbiorem antypisowskich felietonów. Pytanie tylko jaki z niego lider, skoro zamiast pokazać Polakom jak można skutecznie uprawiać politykę, woli prowadzić dobrze opłacany talk-show i występować w roli gwiazdy w prasie kobiecej.
Znużenie Polaków polityką nie wynika wyłącznie z kryzysu przywództwa, coraz bardziej skompromitowanych sztuczek marketingowych, czy nędznego poziomu debaty politycznej, zwłaszcza tej toczonej w mediach elektronicznych. Jeśli jednak w najbliższych latach nie pojawi się nowy impuls, który skłoni Polaków do większego zainteresowania życiem publicznym, to mamy szansę umocnić naszą już i tak wysoką pozycję w gronie państw o najniższej frekwencji wyborczej na świecie. Z tym da się oczywiście jakoś żyć, gorzej z kłócącymi się o krzesło czy samolot prezydentem i premierem, ale i tu jest rada – trzeba prostu unikać serwisów informacyjnych w mediach. Nie da się jednak potraktować w ten sam sposób szkół, szpitali, sądów, dróg, urzędów czy też nadciągającej powoli zapaści systemu emerytalnego. Prędzej czy później ktoś będzie się musiał zabrać za kolejne po 1989 r. wielkie sprzątanie Rzeczpospolitej. Im później to nastąpi, tym więcej będzie do zrobienia.
„Kawa”, 2009, nr 1.
 
Wykop Skomentuj64
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale