ci co czytają moje posty wiedzą jakie mam zdanie o Tusku i całej tej straszno-wesołej ferajnie. Wiedzą też co myslę o działaniach rządu w sprawie katastrofy smoleńskiej. Jednak gnębi mnie pewien problem. Otóż jeśli samolot rzeczywiscie uderzył w tę nieszczęsną brzozę (myślę że to nieprawda ale jeśli) to rzeczywiscie mogło byc tak, że po nadłamaniu lub ułamaniu skrzydła w momecie kiedy Protasiuk dał pełną moc silników to samolot zaczął się unosić. Jednak siła nosna była tak wielka i nierównomiernie rozłożna że paradoksalnie samolot bez części skrzydła mógł się obrócić i uderzyc z wielką siłą bokiem w grunt. Wtedy np. mógł się oderwać boczny silnik który zrobił z niego miazgę. To tłumaczyłoby np. brak zabłoceń kół. Czy rzeczywiscie tak nie mogło być? Wydaje mi się ze gdyby pilot nie próbował poderwac maszyny a ona by uderzyła w ziemie bez tej siły ciągu to byc może parę osób by przeżyło. Nie wiem co o tym myśleć bo wydaje mi się to prawdopodobne. Czy ktoś kto się na tym zna może zaprzeczyć mojemu rozumowaniu.
330
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)