Toczący się w mediach spór o kompetencje i rzetelność wykonywania zawodu prokuratora, policjanta i detektywa, spowodował, że wróciły do mnie wspomnienia z niebieskim mundurkiem i togą w tle.
Policja i prokuratura to organy, do których nie mam za grosz zaufania. Nie wierzę ani jednym, ani drugim – chociaż wśród pracowników obu instytucji, tak jak zresztą w każdym zawodzie, trafiają się perełki. Uważam, że ustawy i procedury stanowią doskonałe alibi dla działań znacznej części pracowników w mundurach i togach. Przeciętny obywatel może się jedynie cieszyć, jeżeli nie znajdzie się na ich celowniku. W innym przypadku za kratki potrafią wprowadzić każdego, i co najgorsze - zawsze mają rację, a jak nie mają, to i tak prawda jest po ich stronie.
W pamięci na zawsze pozostanie mi pewien październikowy dzień 2009 roku i tylko dolegliwości związane z chorobą Alzhaimera mogą wymazać związane z nim przeżycia i wspomnienia. Wszystko przez moją skłonność do stawania w obronie pokrzywdzonych – tym razem był to młody Senegalczyk, którego na skutek zmontowanej intrygi wyrzucono z trzecioligowego klubu piłkarskiego. Lokalne władze umyły ręce, zostawiając rozwiązanie sprawy w gestii prezesa – cwaniaka.
Niestety, pomagając jednemu, w łapy mściwego lokalnego układu wepchnęłam własnego syna. Do aresztu trafił kilka godzin po tym, jak temat klubowej zmowy nagłośniłam medialnie, a także upubliczniłam prosząc o pomoc pewną europosłankę, która z kolei do wyjaśnienia sprawy zobligowała kolegę posła i obecnego na spotkaniu burmistrza. Nie wiedziałam wówczas, że drogi wszystkich znających sprawą osób zbiegną się w jednym miejscu – hali sportowej, na której jako wolontariusz udzielał się mój syn, a prezes - cwaniak robił za konferansjera. Wiadomość o mojej aktywności otrzymał wraz z pojawieniem się na prowadzonym przez niego koncercie gości.
Syn - drugi rok z rzędu - był współgospodarzem tego lokalnego przedsięwzięcia rozrywkowego, którego celem - jak się później dowiedziałam - była promocja lokalnej elity politycznej. Rola jaką pełnił, była znacząca, bo wymagała fizycznego zaangażowania. Krótko mówiąc odwalał czarną robot – używając siły mięśni przy budowaniu sceny, na której później rej wodził wcześniej wspomniany prezes.
Około 400 nastolatków nieświadomych konsekwencji płynących ze znowelizowanej ustawy o imprezach masowych korzystało z pełnego luzu – i to dosłownie. W hali sportowej, w której święto muzyki i tańca się odbywało, krążyły puszki z piwem dostarczane z prowizorycznego barku, za który służyło okienko w damskiej toalecie. Nad całością czuwało pięciu ochroniarzy z firmy należącej do krewnego burmistrza, a dowodzonych przez kuzyna komendanta policji. Całości zabezpieczenia dopełniało czterech strażaków z ochotniczej straży pożarnej bez wymaganych ustawowo uprawnień do zabezpieczania tego typu spotkań.
Można by pokusić się o zestawienie zachowań organizatorów, uczestników i gości z zapisami ustawy o imprezach masowych. Sądzę, że poszczególne jej ustępy pozwoliłyby każdemu z obecnych coś przypisać. Stało się jednak tak, że konsekwencjami obciążono jedynie dwóch uczestników gorącej sobotniej nocy. Jednemu za zbytnie wczucie się w klimat muzycznych zmagań – radośnie wywinął kurtką młynka - wymiar sprawiedliwości zaserwował dwa dni aresztu i dwa tysiące grzywny. Drugiemu za łyk płynu – z zielonej puszki, która jak fajka pokoju krążyła z ust do ust wśród siedzącej widowni – otrzymał od prokuratury propozycję sześciu miesięcy więzienia z zawieszeniem na dwa lata plus dwa i pół tysiąca grzywny z podaniem wyroku do wiadomości publicznej włącznie. Do dziś mam wrażenie, że ta ostatnia część prokuratorskiego żądania skierowana była pod moim adresem - uczucie to mnie nie opuszcza pomimo upływu czasu.
Ostatecznie nikogo nie skazano – ochroniarze okazali się niewiarygodni, składali sprzeczne zeznania. Nie zabezpieczono dowodów, skasowano monitoring.
Wyszło na to, że wszyscy byli niewinni, a ustawa o imprezach masowych dotyczy jedynie uczestników. Organizatorzy nie ponieśli konsekwencji za niedopełnienie nakładanych przez ustawę obowiązków - w papierach ponoć wszystko się zgadzało. Tak naprawdę porządnie przyłożono się do tego, by nie ustalić faktów. Postronnej osobie trudno było udowodnić, że organizatorzy sami na teren obiektu sportowego wnosili alkohol i spożywali go. Bez konsekwencji pozostała sprawa ilości osób zabezpieczających imprezę - w bliżej nieokreślony sposób strażacy i ochroniarze ulegli rozmnożeniu, a w dokumentacji z kontroli przeprowadzonej przez straż miejską aż czarno było od wciskanych dopisków i poprawek.
Pomimo tego, iż Sąd ostrzegał, że składanie fałszywych zeznań jest karane, za kłamstwa nikt nie poczuł ręki sprawiedliwości . Policja do niczego nie mogła dojść, a prokuratura skierowała sprawę do sądu, chociaż nie miała żadnych dowodów - oprócz pokrętnych zeznań ochroniarzy, które oczywiście w sprawie sądowej się nie potwierdziły. Sumując - przez kilka miesięcy sąd zajmowała się łykiem piwa, do którego syn się przyznał i nie trzeba było mu tego udowadniać.
Za wszystko zapłacił skarb państwa, a wystarczyło jedynie zgodnie z ustawą zabezpieczyć dowody, a przede wszystkim zapis monitoringu i sąd miałby wolne, a pieniądze, które wydatkowano na niepotrzebne procesy, można było pożytecznie zagospodarować, przy okazji eliminując z zawodu nieuczciwych pracowników ochrony.
Powinnam być zadowolona – syn został oczyszczony z zarzutów. Niestety, nie byłam i nie jestem. Przeraża mnie nadużywanie władzy, rutyna i bezkarność tych, którzy powinni stać na straży praworządności. Widząc ludzi w mundurach, nie czuję się bezpieczna. Idąc do sądu, nie oczekuję sprawiedliwości, czekam na wyrok.
Pracując z ludźmi i wśród ludzi mam okazję konfrontować swoje opinie ze zdaniem innych. Oceny są zbieżne – brak zaufania do służb mundurowych. Tak samo rzecz się ma z wymiarem sprawiedliwości. Powszechna jest opinia, że Polska to nie kraj prawa, tylko państwo prawników. Prawo służy tym, którzy potrafią z niego korzystać.
Znajomy opowiedział mi anegdotkę, która świetnie odzwierciedla sytuację przeciętnego obywatela w machinie, jaką jest polski system prawny:
„Spotkałem dzisiaj pewnego prawnika. Spytałem – która godzina?
– 150 odpowiedział.
– Za co? – zapytałem.
– Razem 300 – dorzucił.
– Dalej nie pytałem, nawet nie powiedziałem „dziękuję”, aby nie usłyszeć – dodatkowo 150 proszę.
– Nie daj Boże, żebym musiał potrzebować pomocy prawnej.”
Alicja Nowak


Komentarze
Pokaż komentarze