Stoje przed domem Gabriela Garcia Marquez w Cartagena de Indias i popijam kawe z plastykowego kubeczka. Zapada powoli zmrok i na ulicach miasta świecą się już od jakiegoś czasu elektryczne latarnie.

Nie czuje się upału odchodzącego dnia, ponieważ od strony morza znajdującego sie jak na wyciągnięcie dłoni, zaraz po drugiej stronie ulicy, ponad obronnymi murami dumy kolumbijskiego wybrzeża, poprzez otwarte szeroko bramy i puste oka strzelniczych otworów, wdziera się triumfalnie do miasta, nie napotykając żadnego oporu, orzezwiająca, wieczorna bryza.
Bliskość domu niedawno zmarłego pisarza i "zaistniałe okoliczności przyrody" sprawiają ze ogarnia mnie nostalgiczny nastrój. Gdzieś w głowie kołaczą słowa z La despedida z filmu " Miłość w czasach cholery" i chyba sobie nawet ciuchutko nucę w myślach:
No hay mas lluvia, no hay
No hay mas brisa, no hay
No hay mas risa, no hay
No hay mas llanto, no hay
No hay mas miedo, no hay
No hay mas canto, no hay
Llévame donde estés, llévame
Llévame donde estés, llévame
Cuando alguien se va, él que se queda
sufre más...
Obok mnie przystaje zmęczony handlem i pchaniem przez cały dzień wypełnionego lodami kolorowego wózka - czarnoskórzy sprzedawca zimnych słodkości.

- To naprawde jest dom Gabriela Marqueza? - wiem jaka będzie odpowiedz, ale mimo to pytam odpoczywającego obok mnie handlarza - Już tu nie mieszka, Gabo umarl kilka dni temu - odpowiada uprzejmie, a mnie przychodzi do głowy myśl, aby spytać go jeszcze, czy widział kiedykolwiek Marqueza w czasach, kiedy ten żył i przebywał w mieście. Nie odpowiada od razu, bo akurat uliczką pomiędzy murami a pierwszą linią domów, mkną wypełnione turystami, z grającą głośno muzyką, jedna za drugą, kartageńskie chivas rumberas.
- O tak, widziałem go wiele razy - słysze w odpowiedzi chwile po tym jak muzyka z chivy przestaje zagłuszać myśli własne - Często widać go było jak przesiadywał w oknie swojego domu. Tym tutaj, drugim z prawej - wskazuje palcem - Patrzył wtedy przed siebie i palił papierosy. Jednego po drugim...ostatni raz, dwa, trzy lata temu...

- ...widziałem go też wiele razy na spacerze, jak jechał w wózku pchanym przez ochronę, rozgladając sie dookoła i odpowiadającego na pozdrowienia mijających go ludzi - dodaje.

Szybko sobie robie matematykę na paluszkach i wychodzi mi że Marquez palił jeszcze w wieku 85 lat. - Wychodziłoby z tego liczenia że palenie nie wszystkim szkodzi - kusi kłębiastym szeptem, siedzący pewnie gdzieś za uszami, rozkoszny, siwo-błękitny, demon nikotyny.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)