Łukasz, Mateusz, Dawid, Arek i Michał nakręcili film...pornograficzny. Ich debiut reżyserski i aktorski został "doceniony". I to nawet po stracie filmu. Prokuratura w Gdańsku - jak donosi "Dziennik" odzyskała przy pomocy specjalistycznej firmy z Katowic "artystyczne dzieło" 14-letnich "artystów". Ich dokonania - czyli publiczne nakręcenie, przy milczącej obecności niepełnoletniej widowni, filmu porno - zostało surowo ocenione przez wielu ludzi. Nikt filmu nie widział. Lecz główna, tragiczna - bo uwikłana wbrew swojej woli - postać nie żyje.
Nieraz jesteśmy zarzucani opowieściami aktorek i aktorów o zmianach w ich zyciu prywatnym, jakie było następstwem wejścia w nieraz bardzo wymagającą psychicznie rolę. Przypomne tylko islandzką piosenkarke Bjork, która grała główną rolę w filmie Larsa von Triera, "Tańcząc w ciemnościach". Nie są to jednak przypadki w jakikolwiek sposób porównywalne do tego, co stało się w jednej z klas w gdańskim gimnazjum, i w końcu w pokoju 14-letniej Ani. Dokonał się akt gwałtu na wstydzie przy niemej obecności zobojetniałych na deptaną godność koleżanki chłopców i dziewcząt. Niewiele młodszych od mojej siostry....
Pozwolę sobie przypomnieć, co napisałem po jednym z programów, w którym komentowano tę tragedię:
"Zapadła mi bardzo w pamięć rozmowa w jednym z programów Krzysztofa Skowrońskiego "Wywiad i Opinie", w którym dyskutowali: Dominika Wielowieyska („Gazety Wyborcza"), Paweł Lisicki („Rzeczpospolita"), Dariusz Karłowicz („Teologia Polityczna") i Sławomir Sierakowski („Krytyka Polityczna"). Dwudziestominutowa dyskusja wywołała we mnie wielkie emocje, które powracają za każdym razem, kiedy czytam najnowsze doniesienia na temat dalszych losów "gdańskich artystów" i roli szkoły w wychowaniu przyszłych pokolen Polaków. Teraz widzę wyraźniej, jak pewien odłam opinii publicznej (mam na mysli środowiska lewicowe przede wszystkim) jest bezradny wobec takich tragedii i niedaleki od banalizacji problemu, sprowadzającej się do czegoś, co mozna streścic w magicznym słówku "emancypacja". Ogromnie żałuję, że program zakończył się dokładnie w momencie, w którym, po pierwszych komentarzach rozmówców na temat uznania zbyt łatwego dostępu do treści pornograficznych za główny powód agresji w szkole, powinna zacząć się poważna i pogłębiona dyskusja. Dobór gości pozwalał na naprawdę porywający i niebanalny spór. Dlatego to skłania do wniosku, że w publicznej telewizji na dyskusję o polskiej szkole i wychowaniu młodych ludzi powinno się poświęcać o wiele więcej czasu. Misja wychowawcza telewizji publicznej mogłaby się przejawiać w stworzeniu osobnych bloków programowych, w których takich potrzebnych rozmów byłoby więcej, w których format i ograniczony czas emisji nie przerywałby dyskusji w momencie dochodzenia do pewnych konkretnych konkluzji i praktycznych wniosków i w których dopuszczono by do głosu - oprócz znanych nam komentatorów z przeciwstawnych stron barykady oraz różnej maści specjalistów - prawdziwych ekspertów-praktyków w tym temacie. A najlepszymi ekspertami są nauczyciele i rodzice, którym wychowanie młodzieży nie jest obojętne i coś w swoim lokalnym środowisku z tym robią. Dlaczego telewizja publiczna i jej ośrodki regionalne tak mało czasu w swojej ramówce poświęcają debacie tych, którym dobro wychowania dzieci i młodzieży leży najbardziej na sercu? Obecnie jesteśmy świadkami politycznego spektaklu, w którym z rzadka przebija się głos rozsądku, życiowego doświadczenia, które uwiarygodniłyby głoszone recepty na uzdrowienie polskiej oświaty. Bo nie jest dla mnie wiarygodny w tym temacie Sławomir Sierakowski ze swoją zideologizowaną troską o wykluczonych - czyli gejów, lesbijki, kobiety propagujące nieograniczony dostęp do aborcji - krytykujący centralizm w programie Romana Giertycha „Zero tolerancji".Dariusz Karłowicz w trakcie rozmowy zwrócił przytomnie uwagę, że ktoś, kto nie widzi w dramacie, jaki rozegrał się w Gdańskim gimnazjum gwałtu, z którego zrobiono film pornograficzny przy milczącej aprobacie całej klasy, jest kretynem. Wystawił tym samym w sposób bezkompromisowy ocenę tym, którzy w całym wydarzeniu skupiają się tylko i wyłącznie na wątkach całkowicie drugorzędnych zamiast skupić swoje siły na pozbawionym ideologicznego zacietrzewienia programie naprawy i uzdrowienia polskiej szkoły i włączenia w tę naprawę polskich rodzin.Takim zupełnie pobocznym - co nie znaczy, że nieważnym - wątkiem jest wyrażona przez publicystkę „Gazety Wyborczej" i redaktora „Krytyki Politycznej" wątpliwość wobec cynicznego zbijania politycznego kapitału przy okazji dramatu Ani przez ministra edukacji Romana Giertycha. Koncentrowanie debaty publicznej na temat kondycji szkoły i kształtu wychowania młodzieży do roli, jaką w całym zapalającym wydarzeniu, jakim była śmierć Ani, odgrywa Roman Giertych jest nieporozumieniem. Powołanie Romana Giertycha oraz jego, nawet kontrowersyjne czy nietrafione, pomysły na edukację w Polsce oceniam w tym sensie jako niezwykle cenne. Bo nie pamiętam takiej dyskusji w publicznych mediach (mimo jej mankamentów i bezdroży) o polskiej szkole. Ideologiczny rodowód, interes polityczny i cynizm w postępowaniu premiera Giertycha, a nawet miałkość programu „Zero tolerancji" to sprawy całkowicie drugorzędne w świetle dobroczynnych skutków w postaci niegasnącej i koniecznej dyskusji wokół problemu uzdrowienia polskiej szkoły. Niech nawet LPR zdobędzie nieznaczny wzrost poparcia. Co z tego! Najważniejsze, że szkoła staje się wreszcie centrum debaty publicznej. !!!!Bardzo zdziwiły mnie słowa rozczarowania Sławomira Sierakowskiego, który krytykuje ministra edukacji za wybór miejsca ogłoszenia programu i strategię, polegającą na odgórnych (w rozumieniu redaktora „Krytyki Politycznej" wykluczających oddolne) rozwiązaniach systemowych przy zupełnym pominięciu opinii samorządów, władz szkoły, itd. Dołącza się tym samym do chóru "Gazetowych" siepaczy, których pomysły na uzdrowienie polskiej szkoły wyczerpują się w nieustannej krytyce posunięć ministra edukacji. Przy okazji swoim pomysłem na „rozbrojenie agresji", która przeniknęła do szkół, poprzez zaradzenie na „szaleńczą konkurencję" obnażył impotencję środowisk lewicowych w kwestii wychowania młodzieży. Dyskurs emancypacyjny, jakim posługują się dogmatycznie środowiska lewicowe, jak modelowo zaprezentował Sławomir Sierakowski, jest kompletnie wyalienowany z prawdziwego dramatu, który toczy polską oświatę i polskie rodziny.Niewątpliwie - na co zwrócił uwagę Paweł Lisicki - interpretacja konkretnych przepisów w codziennym życiu szkoły oraz instrumentalizacja poszerzenia pewnych kompetencji władz szkoły, która może być wykorzystana w polityce kadrowej może stanowić pewne pole do nadużyć. Tym niemniej nie zmienia to smutnego wniosku, że oświata w Polsce potrzebuje natychmiastowej reanimacji i przywrócenia funkcji wychowawczych. Pytanie podstawowe brzmi, jak przywrócić nauczycielowi i szkole autorytet? Jak sprawić, żeby rodzice nie podważali autorytetu szkolnym wychowawcom - co ma nagminnie miejsce? Jak przezwyciężyć niemoc nauczycieli w egzekwowaniu uczniowskich obowiązków? Czy nie doszło do niebezpiecznego w skutkach przesunięcia akcentu na prawa ucznia kosztem jego zobowiązań? Czy szkoła nie uległa rozkładającej jej naturalny komponent hierarchiczny kolonizacji przez demokratyczne zachowania i obyczaj? Czy naprawdę nie da się tego procesu zatrzymać? I czy trzeba dramatu Ani, aby uznać to za palący problem i najważniejszą troskę naszej szkoły, naszych rodzin i naszej ojczyzny.Aż dotąd brakowało mi w debacie na temat problemu wychowania (jeśli w ogóle się toczyła) głosu tych, dla których wychowanie nie ma być liberalne (czyli kładące nacisk na indywidualistyczne uprawnienia) czy lewicowe (czyli emancypacyjne) lecz konserwatywne (czyli oparte o zdrowy rozsądek i jasne odróżnienie dobra od zła, akcentowanie zobowiązań i bezwzględnego szacunku dla autorytetu). Lewica krzyczy o zaradzeniu „szalejącej konkurencji" - czyli bredzi, liberałowie chcą rozmów, psychologów i coraz szerszych praw dla dzieci - co jest przejawem zaślepienia i amnezji, bowiem ostatnie 17 lat to czas, w którym praktyczne zastosowanie tych pomysłów wykazało swoją marną wartość.Wychowanie jest z istoty konserwatywne. W procesie wychowania dokonuje się międzypokoleniowy przekaz wartości uznanych za niezmienne wobec upływu czasu i niezależne od każdorazowego uznania. Żyjemy w czasach, w których nie ceni się dorobku przeszłości, czekając biernie, aż przyszłość rozwiąże dzisiejsze problemy. Tak nie zaradzi się kryzysowi wychowania do bycia dobrym uczniem, dobrym kolegą, dobrym synem czy córką, dobrym obywatelem, wreszcie przyzwoitym człowiekiem. Kraj, w którym istnienie przyzwoitości trzeba gwarantować przez kodeksowe zapisy, toczy poważna choroba. Mamy już pierwsze ofiary. Czy możemy sobie pozwolić na kolejne?"Ze względu na pamięc o Ani i pamięc o naszej przyszłości, która będzie się rozgrywać albo w wirtualu szalonych i krwawych pomysłów neo-barbarzyńców, albo w realu cięzkiej, codziennej pracy wychowawczej, powinniśmy o tym nieustannie dyskutować.



Komentarze
Pokaż komentarze