W "Rzeczpospolitej" Tomasz P. Terlikowski zadaje pytanie, czy ks. Tomasz Węcławski zrzuci sutannę? Jest szereg przesłanek, które na to wskazują. Po pierwsze ksiądz Węcławski od pewnego czasu podpisuje się jako Tomasz Węcławski i deklaruje, że występuje jako obywatel, nie ksiądz. Po drugie, unika noszenia sutanny w sytuacjach publicznych. Po trzecie, swoją naukową przyszłość wiąże z tworzoną m.in. przez niego Pracownią Pytań Granicznych (zupełnie nowatorską instytucję akademicką, mającą na celu zintegrowanie języków wielu dyscyplin uniwersyteckich, aby powrócić do fundamentalnych zadań uniwersytetu - Studium Generale). Ks. Węcławski nie będzie potrzebował misji kanonicznej do pełnienia roli profesora, jak to jest w przypadku nauczania teologii. Wreszcie, zakupił sobie ks. Węcławski mieszkanie. Niby detal, ale kto zna ks. Tomasza, wie, że w jego decyzjach nie ma nic z przypadku. Trzeba jednak jasno podkreślić: ks. Węcławski nie potwierdził tych rewelacji. Ale też nie zaprzeczył. W stosownym czasie wygłosi oświadczenie na ten temat.
Ostatnio o ks. Węcławskim mogliśmy usłyszeć w związku ze sprawą abp Stanisława Wielgusa. Poznański teolog, wybitny autorytet naukowy i moralny został powołany przez Rzecznika Prawa Obywatelskich Janusza Kochanowskiego do trzyosobowej Komisji mającej zbadać teczkę oskarżonego o współpracę z wywiadem i SB nowo mianowanego metropolitę warszawskiego. Ks. Tomasz Węcławski znany jest z bezkompromisowego stosunku do prawdy i sprawiedliwości. Najlepiej dał się poznać w tym względzie przy okazji pierwszego tak głośnego skandalu, jakim były nadużycia seksualne abp Juliusza Paetza. To m.in dzięku niemu i jego nieugietej postawie i determinacji sprawa ta dotarła wreszcie (pomimo wielu przeszkód i blokad) do papieża Jana Pawła II. Na marginesie ciekawostka, prawdę o oskarżeniach wobec ówczesnego poznańskiego metropolitę uszłyszał papież od swojej krakowskiej przyjaciółki dr Wandy Półtawskiej. Nie było innej rady, jak zaburzyć ustalony porządek obiadu z papieżem i wyłożyć kawę na ławę. A dr Wanda Półtawska jest znana z takich cudownych umiejętności. Chwała jej za to! Tym niemniej abp Paetz nie usłyszał jednoznacznego potępienia za swoje straszne czyny i jego bezczelna i gorsząca obecność przy takich okazjach jak ingres kard. Stanisława Dziwisza, pożegnanie Benedykta XVI na lotnisku (gdzie dostają się wybrani hierarchowie) czy obecnośc publiczna w trakcie obchodów wypadków w Poznaniu w '56 r., czy wreszcie obecność w pierwszym rzędzie na Festiwalu im. Wieniawskiego, obok eks-małżeństwa Kulczyków, jest policzkiem dla takich osób, jak ks. Tomasz Węcławski, który za dążenie do odsłonięcia prawdy zapłacił środowiskową infamią, utratą stanowiska dziekana Wydziału Teologicznego UAM i wieloma przykrościami, o których nawet nie wiemy. Niedawno wycofał swoją osobę z Zespołu miesięcznika Znak, kiedy nieoceniony obrońca lustracji Henryk Woźniakowski, chcąc być bardziej kardynalski od kard. Dziwisza, zaczął publicznie wątpić w wydanie książki ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego i stawiał księdzu idiotyczne warunki, po spełnieniu których książka mogłaby się ukazać.
Ks. Tomasz Węcławski jest najwybitniejszym polskim teologiem, wzorowym kapłanem, uosobieniem wszelkich chrześcijańskich cnót. Swoim odejsciem ze stanu kapłańskiego wpisałby się w linię odejść, która nie przyniesie mu chluby. Ostatnim przypadkiem było głośne odejśćie ks. S. Obirka z zakonu jezuitów. Powstała książka, która miała wyjaśnić powody tego wyboru - Przed Bogiem. Powody, których nie wolno poddawać ocenie i osądowi - jak powiedział ks. Adam Boniecki. I się skompromitował, bo Obirek mieszka dzisiaj z kobietą, byłą żoną izraelskiego dyplomaty. Ks. Tomasz wpisuje się raczej w grupę księży heroicznych, jak ks. Józef Tischner, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, którzy w imię prawdy są w Kościele marginalizowani, żeby nie powiedzieć niszczeni. Jeżeli to prawda i ks. Węcławski porzuca kapłaństwo, Kościół w Polsce czeka trzęsienie ziemi. Bo odejście takich księży jak ks. Tomasz Węcławski udowadnia dobitnie, że polski Kościół zżera gangrena i potrzeba mu chirurga, a nie anestezjologa!
W 2002 r. ks. Tomasz Węcłwaski w październikowym numerze miesięcznika Znak napisał bardzo ważny artykuł "Powiedzcie prawdę". W tym miejscu należy go przytoczyć w całości:
"Najpierw kilka wypisów z pewnej diagnozy. Pominąłem zawarte w niej oceny osób i grup czy sił politycznych. Pominąłem też oceny gospodarcze oraz perspektywę polityczną, w jakiej diagnozę tę sformułowano. Pozostało sześć mocnych stwierdzeń - trafna i zwięzła charakterystyka sytuacji, w jakiej się społecznie znaleźliśmy. To może być punkt wyjścia:
1. Po ponad dekadzie od rozpoczęcia ustrojowej rewolucji Polska nie jest w dobrej kondycji, a wielu Polaków jest zniechęconych i pozbawionych nadziei. Grozi nam rozwojowy impas. (...)
2. Poczucie niesprawiedliwości i krzywdy coraz rzadziej jest jednak źródłem moralnego potępienia także wśród przegranych. Coraz powszechniejsze zdaje się przeświadczenie, że taka jest "natura świata", że trzeba się pogodzić z jego regułami i w ich ramach walczyć o swoje. (...)
3. Polska po okresie transformacji jest przeniknięta "kulturą nierówności" i brakuje nam wspólnego etycznego fundamentu. Między rozpo-wszech-nionymi przekonaniami na temat tego, co słuszne, sprawiedliwe i uczciwe, a realnymi regułami życia publicznego i gospodarczego istnieje dramatyczna rozbieżność. U wielu jest ona źródłem wewnętrznego rozdarcia: surowych ocen otaczającego świata (szczególnie w polityce) i praktycznego stosowania się do realnych reguł we własnym indywidualnym postępowaniu. Nie może to pozostać bez negatywnego wpływu na funkcjonowanie podstawowych instytucji życia społecznego: państwa, przedsiębiorstw, władz lokalnych. Musi być źródłem deficytu społecznej aktywności. W szczególności państwo postrzegane jest jako byt wyalienowany i eksploatujący obywateli. (...)
4. Ogromne znaczenie ma też przekonanie o oligarchizacji systemu i pozorności mechanizmów demokratycznych postrzeganych przez wielu jako polityczny teatr. (...)
5. Niski poziom kapitału społecznego styka się w Polsce z tandetnym rynkiem i niskiej jakości państwem. Nakłada się na to zła sytuacja wyjściowa gospodarki, niepokojące trendy demograficzne i niekorzystnie zmieniające się uwarunkowania międzynarodowe. (...)
6. Demokracja - także obecnie w Polsce - nie zabezpiecza przed politycznym impasem, nie daje automatycznie gwarancji, że sprawy toczyć się będą po myśli większości. Wtedy reguły demokracji mogą być kontestowane. Chyba zbliżamy się do takiej sytuacji. To musi budzić wielkie obawy, choć może też być źródłem nadziei.
(Ryszard Bugaj, Polska po przejściach, "Rzeczpospolita", 24-25 sierpnia 2002, numeracja pochodzi ode mnie - T.W.)
Zdanie kluczowe tego tekstu brzmi: "brakuje nam wspólnego etycznego fundamentu". Natomiast w kontekście dramatycznego tonu całej tej diagnozy słowo najbardziej zaskakujące pojawia się w konkluzji: "To (...) może też być źródłem nadziei". Sądzę, że tak właśnie jest. Źródłem nadziei jest jednak nie tyle możliwa kontestacja dotychczasowych reguł, ile najgłębsza przyczyna takiej kontestacji. Źródłem nadziei jest właśnie to, że wielu Polakom wspólnego etycznego fundamentu brakuje - brakuje w sensie jak najpełniejszym: coraz dotkliwiej odczuwają jego brak. Źródłem nadziei jest to, że szerząca się rezygnacja, pragmatyczna zgoda na realia życia w kraju takim jak dzisiejsza Polska, nie zgasiła u wielu poczucia tego braku i rodzącego się stąd pragnienia, żeby było inaczej. Co szczególnie ważne: w dzisiejszej Polsce pragnienie to dochodzi do głosu w społecznych zachowaniach tak wielu ludzi młodych, że może to być mocną podstawą wspólnej nadziei. To jest jedno z najważniejszych społecznych odkryć tegorocznego doświadczenia sierpniowego, jeśli nie jego odkrycie najważniejsze.
Przeżycia spotkań z Janem Pawłem II pokazały, jak naprawdę z nami jest, w jeszcze innym sensie niż najbardziej przenikliwe diagnozy obserwatorów naszego życia społecznego. Pokazały, że - choćby najsłuszniejsze - polityczne, socjologiczne i kulturowe opisy i wytłumaczenia społecznego stanu ducha nie wystarczą. Ważniejsze jest to, do czego zostaliśmy z miłością przynagleni. To musi zostać teraz przez nas głośno i z pełną świadomością wypowiedziane i ukonkretnione jako program - ale nie jako program jednej idei, jednej siły, instytucji, partii czy grupy, choćby najbardziej poważnej i zacnej, nawet nie jako program "polskiego Kościoła" (jeśli traktujemy go jako jedną ze składowych narodowej społeczności), tylko jako program społeczny w najprostszym sensie tego słowa.
Słowo "społeczny" rozumiem w tym kontekście nie minimalistycznie, ale najszerzej jak tylko można. Nie chodzi o najmniejszy wspólny mianownik między obecnymi w Polsce światopoglądami, ideami i wizjami porządku spraw wspólnych. Chodzi o największy wspólny mianownik. Chodzi o konsekwentną zgodę na to, jacy ludzie naprawdę są tutaj z nami, co myślą o swoim kraju i czego dla niego i dla siebie chcą, do czego mają prawo, na co mogą, a na co nie mogą sobie pozwalać. Brak konsekwencji w tej właśnie dziedzinie, a przede wszystkim brak realnej i konsekwentnej zgody na ludzi, jacy w Polsce są, na ich pragnienia i potrzeby, stoi za większością nieszczęść, które nas dotykają i jest źródłem zagrożeń, które się przed nami rysują. My siebie nawzajem nie znamy! Nie znamy się w sensie zupełnie dosłownym: w świecie, w którym komunikacja jest tak łatwa, wiemy o sobie nawzajem mało, nie wiemy o "radościach i nadziejach, smutkach i trwodze" ludzi obok nas (por. GS 1). Nie znamy się również w sensie głębszym: mało myślimy i prawie nie mówimy do siebie nawzajem o tym, co decyduje o wadze naszego życia. Ile powierzchownych albo wręcz głupich opinii o tym, "czego ludzie naprawdę chcą", przekłada się potem na kształt życia społecznego i politycznego, na kształt instytucji, kultury masowej, mediów itd. Dlatego tak potrzebne jest otwarcie oczu na to, jak z nami jest naprawdę - a to znaczy także na to, ilu nas jest, jak różni jesteśmy i ile mamy sobie jeszcze do powiedzenia.
Sądzę, że należy skupić uwagę na dwu najważniejszych sprawach: 1. na pytaniu o najgłębsze fundamenty naszego życia i społeczności i 2. na budowaniu społecznej zgody wokół naprawy tych dziedzin wspólnego życia, w których jest z nami najgorzej.
Chodzi dlatego najpierw o mocny społeczny rachunek sumienia, w którym bez lęku powiemy sobie, co naprawdę z nami jest. Nie wolno się ograniczać do narzekania i krytyki, o co w Polsce zawsze najłatwiej. Potrzebna jest całaprawdao nas i o tym, co robimy - powiedziana bez obaw i do końca. Potrzebny jest zatem spokojny i poważny publiczny rachunek sumienia, ale taki, z którego wynikają realne postanowienia. Możemy sobie w nim nawzajem pomóc, opierając się na autorytecie Jana Pawła II. W Polsce jest dosyć ludzi, którzy mogą takim dziełem pokierować - chociaż wydaje się, że tak niewiele jest powszechnie akceptowanych autorytetów. Nikt z tych, którzy biorą na siebie odpowiedzialność za przyszłość naszego kraju i społeczeństwa, nie musi jednakże żądać od innych uznania dla swojego autorytetu osobistego, skoro dzięki Bogu jest i pozostanie z nami autorytet Papieża, do którego w sprawach najważniejszych można się odwoływać bez wahania. Tym, którzy zechcą włączyć się w to dzieło, chciałbym zaproponować trzy proste zasady, które warto wziąć przy tym pod uwagę. Pozwalam sobie do każdej dodać minimalny komentarz:
Zasada pierwsza: Mówcie prawdę. Powiedzcie całą prawdę
To może się wydawać zupełnie oczywiste, ale tu nie chodzi jedynie o uczciwość wypowiedzi, o unikanie kłamstwa, obłudy i fałszu. Chodzi o powiedzenie sobie nawzajem całejprawdy.
Czasem może się wydawać, że polityczna czy społeczna roztropność każą przynajmniej w niektórych sprawach całej prawdy nie ujawniać. Jednakże jeśli chodzi o sprawy naprawdę społeczne, a zwłaszcza o sprawy społecznego zaufania, taka "roztropność" prędzej czy później okazuje się fałszywa i przynosi klęskę.
Ile razy o tym myślę, wracają do mnie przenikliwe słowa Carla Friedricha von Weizsäckera: "System demokratyczny opiera się na przekonaniu, że ludziom można powiedzieć prawdę". Prawdziwość tego zdania jest zarazem sądem nad tym, co dotąd osiągnęliśmy w Polsce. Nie ma systemu demokratycznego tam, gdzie nie ma dość odwagi, żeby mówić całą prawdę albo gdzie się prawdę, o rzeczach nas wszystkich dotyczących z jakichkolwiek względów pomija, przemilcza czy też socjotechnicznie dozuje. Nie ma też innego sposobu leczenia szerzącej się strasznej choroby niewiary we własną odpowiedzialność za to, co się dzieje w życiu publicznym (także za państwo), niż odwoływanie się do tej podstawowej zasady systemów demokratycznych: że ludziom można mówić prawdę.
(Przez chwilę miałem ochotę powiedzieć: że ludziom można mówić równieżprawdę. Kiedy mianowicie o tym myślę na tle tych wszystkich dziwnych rzeczy, które czasem dzieją się w polskim życiu publicznym, przypomina mi się anegdota o pewnym producencie wina, który na łożu śmierci powierzył swoim synom dotąd skrzętnie ukrywaną tajemnicę: że wino można produkować również z winogron...).
Przekonanie, że można wszystkim powiedzieć prawdę, wynika przecież z czegoś więcej niż tylko ze zobowiązania się do ochrony wolności i praw w ramach pewnej umownej organizacji życia społecznego. To przekonanie nie daje się w ogóle wyprowadzić z reguł czy układów między ludźmi - tam, gdzie mowa o prawdzie, chodzi zawsze o coś więcej niż to, co dotąd udało nam się zobaczyć, zrozumieć i uporządkować. To nie jest zatem sprawa tak czy inaczej rozumianego pomysłu na zorganizowaną społeczność, ale właśnie sprawa prawdy, której nikt nie może uważać za swoją własność.
Zasada druga: Zapomnijcie (choćby na chwilę), do jakiego należycie środowiska czy ugrupowania
Wiąże się to bardzo ściśle ze sprawą całej prawdy, o której mówiłem wyżej. Odczucie, że w Polsce brak autorytetów akceptowanych powszechnie - to znaczy ponadśrodowiskowych i ponadpartyjnych - bierze się w znacznym stopniu stąd, że zbyt często i zbyt łatwo pierwszym kryterium oceny wypowiedzi w sprawach publicznych jest nazwisko i przynależność ich autorów. Chodzi więc najpierw o konsekwentną walkę z "partyjnością" własnego myślenia i wynikającymi stąd świadomymi lub niezupełnie świadomymi manipulacjami czy choćby tylko partykularyzmem własnych wizji i idei. To jest bardzo trudne zadanie, ale czeka nas jeszcze trudniejsze. Chodzi o prawdziwe poznanie ludzi, z którymi tu razem jesteśmy - także tych, z którymi nam "nie po drodze". Chodzi o poznanie wolne od uprzedzeń, stereotypów i z góry ustalonych hierarchii. Chodzi o rzeczywiste zainteresowanie ludźmi poza tym kręgiem, w którym nam jest dobrze i wygodnie. Jeśli nie wyjdziemy z własnych opłotków, nigdy się nawzajem naprawdę nie poznamy, a zarazem - w realiach dzisiejszej "gęstości" życia społecznego - nie przestaniemy sobie wzajemnie wchodzić w drogę i przeszkadzać, ze wszystkimi opłakanymi skutkami takiego stanu rzeczy.
Sprawa ta dotyczy wszystkich. Może jednak najbardziej dotyczy tych, którzy przywykli przemawiać z różnego rodzaju stolic i centrów: politycznych, kulturalnych, kościelnych, intelektualnych, telewizyjnych i prasowych. Warto zarazem uświadomić sobie, że ludzie, którzy choćby na chwilę wychyną poza swoje zwyczajne społeczne role, struktury i układy, stają się bliżsi swoim bliźnim, stają się o wiele bardziej sympatyczni i chciani niż wtedy, kiedy budują wokół siebie mury i okopy (choćby tylko ze słów, gestów i mądrych min).
Zasada trzecia: Proponujcie tylko takie rzeczy, w których realizacji sami możecie uczestniczyć
Ta zasada może się wydać najbardziej kontrowersyjna. Nie wszyscy mogą i nie wszyscy muszą robić wszystko. Są ludzie, którzy potrafią dobrze doradzać, chociaż nie potrafią własnych rad wprowadzić w życie. Mimo to obstawałbym przy takiej zasadzie na użytek tej rozmowy o naszym wspólnym losie i zadaniach, którą tu proponuję. Dobrych rad, dobrych pomysłów i dobrych idei "w ogóle" mamy dosyć. Teraz jest czas takich myśli, za którymi zaraz idą czyny. To nie może być rozmowa o tym, "co byłoby warto, żeby ktoś kiedyś zrobił (ale nie my dzisiaj)". To ma być rozmowa o tym, co robimy - jednakże nie doraźnie, a z dobrym fundamentem i daleką perspektywą.
Wydaje mi się, że jest to jedyne lekarstwo na inną z groźnych społecznych chorób, którą jest gadulstwo nie przekładające się na owocną pracę. Przypomina mi się jedno z najbardziej celnych Kazań na górce Sławomira Mrożka: "Choć burza huczy wokół nas, pogadać sobie zawsze mamy czas". Burza jest jednak taka, że czas na próżne gadulstwo dawno już zużyliśmy bez reszty."
KS. TOMASZ WĘCŁAWSKI, ur. 1952, prof. dr hab., teolog. W latach 1989-1996 rektor Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu, w latach 1998-2002 dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Członek Międzynarodowej Komisji Teologicznej w Rzymie. Członek Zespołu "Znaku".



Komentarze
Pokaż komentarze (8)