"Rzeczpospolita" (25.01.2007) podaje, że znany i ceniony dominikanin o. Tadeusz Bartoś podjął decyzję o odejściu z zakonu. Przyznam, że zaskoczony nie jestem.
Tak się złożyło, że miałem niedawno w rękach wywiad-rzekę z już eks-dominikaninem Tadeuszem Bartosiem (Ścieżki wolności. Z Tadeuszem Bartosiem OP rozmawia Krzysztof Bielawski, 2007). Moją uwagę przykuł od razu rozdział "Prawda i wolność", będący zapisem osobistych przeżyć i doświadczeń życia w Kościele Tadeusza Bartosia. Na pytanie o decyzji wstąpienia do dominkanów Bartoś odpowiada: "Wstąpiłem do zakonu w młodym wieku, po szkole średniej. Byłem zafascynowany środowiskiem dominikanów, tym, co można było zobaczyć. Podobała mi się bardzo perspektywa studiowania filozofii i teologii. Takie były moje motywacje. Do nich oczywiście dochodziły przekonania religijne i wiara w powołanie (...)." Chciałoby się zapytać, a gdzie w tym wszystkim miejsce dla Chrystusa? Obserwując i podziwiając fenomen duszpasterski zakonu dominikanów w Polsce, widzę jednocześnie zagrożenia w momencie, kiedy ze wspólnoty zakonnej robi się "stajnię" gwiazd (najczęściej medialnych), a tzw. indywidualności chętnie wykorzystywane w mediach stawiają własną samorealizację nad wierność złożonym ślubom: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa.
Przykład Tadeusza Bartosia jest tutaj niemal paradygmatyczny. Ceniony myśliciel, publicysta (ostatnio na łamach "Europy" ["Europa", 06.01.2007] przedstawił ciekawą diagnozę kondycji Kościoła w kontekście problemów lustracyjnych; chociaż o wiele bardziej twórczą analizę zaproponował, w mojej opinii, Rafał Matyja w tekście pt. "Niespodziewany moment prawdy", ["Europa", 20.01.2007]), wykładowca, autor książek....ksiądz - wypadałoby dodać. No własnie. Z twórczości Tadeusza Bartosia, jego wypowiedzi w mediach (przede wszystkim w "Gazecie Wyborczej", ostatnio również w "Znaku") wynika, że czuje się najpierw myślicielem, publicystą, potem długo, długo nic, a na końcu księdzem. Odsyłam do bardzo znamiennej wypowiedzi wytłuszczonej powyżej a także do bardzo charakterystycznego wywiadu z Bartosiem w "Dużym Formacie", który przeprowadził Mikołaj Lizut. Głównym powodem radości i szczęścia dominikanina był fakt, że za darmo mieszka w centrum Warszawy i ma świetne warunki do pisania i tworzenia. Jakby ktoś nie uwierzył, to tekst wywiadu ilustrowało ogromne zdjęcie Bartosia w cywilu na tle zasobnego w ksiązki mieszkanka.
Nie odmawiam Tadeuszowi Bartosiowi prawa do wolności samostanowienia, do postępowania w zgodzie z własnym sumieniem i wyborami. Nie przekreślam jego cennych - jeśli nawet nie zawsze trafnych - diagnoz schorzeń Kościoła katolickiego. Były tym bardziej wartościowe, że były wypowiadane "z wewnątrz". Teraz nie będą miały już tak elektryzującego ładunku i mocy oddziaływania (tak jak to jest dzisiaj w przypadku Obirka). Chce tylko zapytać, dlaczego człowiek z takimi motywacjami i aspiracjami, jednym słowem egotyk i karierowicz, decyduje się na wstąpienie i życie w zakonie (nawet najbardziej demokratycznym, jakim są dominikanie) i dlaczego odpowiedzialni za to ludzie nie przykładają się przy weryfikacji kandydatów? Dlaczego tacy ludzie (por. ks. Michała Czajkowskiego, owczywiście przy zachowaniu należnych rozróznień w ocenie ich życia) stają się rzecznikami Soboru Watykańskiego II sprawiając, że nawet największy zwolennik zmian soborowych zaczyna sobie zadawac te same pytania i wątpliwości, które stawiał sobie Joseph Ratzinger w słynnym "Raporcie o stanie wiary"? Dlaczego wreszcie dochodzi do sytuacji, kiedy zakonnik ceni sobie bardziej swoje ewidentnie nieuformowane sumienie nad wielowiekowymi zasadami, przyjmując za naczelną dyrektywę myślenia akt wątpienia, a w tym samym czasie świecki publicysta katolicki Paweł Lisicki ("Powrót z obcego świata") staje w obronie - wydawałoby się - oczywistych prawd jakby zapomnianych przez "gwiazdy" zakonne i diecezjalne. Wiara oparta na rozumie, przezwyciężanie zwątpienia, a nie jego gloryfikacja, przywrócenie rangi sprawiedliwości i kary miast bezrefleksyjnego powtarzania słów o miłosierdziu i zbawieniu wszystkich (łącznie z Judaszem, por. twórczośc Wacława Hryniewicza)), itd., itp., to słowa nie duchownego, lecz świeckiego członka Kościoła. Cena, jaką przyszło i przyjdzie zapłacić niektórym członkom Kościoła i samemu Kościołowi w Polsce za głupie zachłyśnięcie się zachodnimi ideami, które rozłożyły na łopatki Kościoły za naszą zachodnią granicą jest duża. Nie chodzi bynajmniej o to, że zakony opuszczają Obirki i Bartosie. Krzyż im na drogę. Problem w tym, że najbardziej zmodernizowane, wychodzące naprzeciw światu środowiska, zakony stąpają po cienkiej linii. Osiagają duże sukcesy duszpasterskie, wyznaczają trendy myślenia o i krytyki Kościoła, ale jednocześnie ocierają się niebezpiecznie o grzech pychy, która powoduje, że traci się z oczu to, co w katolicyzmie najważniejsze, czemu powinno się podporządkować całe życie (także naukowe), jeżeli się zdecydowało na bycie świadkiem Chrystusa.
W eseju "Obrońca rozumu" (w: "Powrót z obcego świata") Paweł Lisicki pisze: " (...) jak zauważył w jednym ze swoich wystąpień przyszły Benedykt XVI, w obecnych czasach Kościół skazany jest na to, by być znakiem sprzeciwu. (...) I, prawdę powiedziawszy, w tym sprzeciwie pokładam całą nadzieję. Bez niego nie tylko nie ostoi się wiara, ale też kultura, moralność i godność człowieka."
Wiara karmiona ciągłymi zwątpieniami, egoizmem i dążeniem do samorealizacji wyradza się w swoje przeciwieństwo i staje się herezją. Nie rozumiem dlaczego współcześnie zrezygnowano z używania tego pojęcia...



Komentarze
Pokaż komentarze (4)