Podobno Komisja Europejska zaapelowała do władz wszystkich krajów członkowskich o wprowadzenie całkowitego zakazu palenia w niektórych miejscach publicznych, m.in. w pracy, w kawiarniach i barach.
Takie zakazy obowiązują już w niektórych krajach, np. w Irlandii. Dobre prawo, które cieszy się akceptacją i szacunkiem wśród obywateli to takie prawo, które jest konsekwentnie egzekwowane. Czy tak może być w przypadku ogólnoeuropejskiego zakazu (oczywiście biorącego pod uwagę różnice w systemach i kulturach prawnych krajów członkowskich)? Mało mnie to obchodzi. Najważniejsze jest to, że niepalenie staje się "trendy". Przynajmniej w świadomości niektórych decydentów. Oby nie była to jedna z tych przemijających mód, podyktowanych polityczną poprawnością i pragnieniem zadbania o świeży oddech i białe uzębienie.
W ciągu mojego krótkiego życia zdążylem się napatrzyć na rozmaite przypadki palaczy oraz różne strategie radzenia sobie niepalących z tymi perwszymi. Podczas rodzinnych spotkań zauważyłem pewną prawidłowość, która - jak mniemam - jest dosyć powszechna. Otóż stronnictwo palaczy korzystając z prawa gościa (gość w dom, Bóg w dom) wymusza niejako na gospodarzu (nawet niepalącym) i na innych uczestnikach spotkania akceptację jego namiętności do puszczenia sobie dymka. Nawet jeżeli gospodarz jest nieugięty w swoich antytytoniowych przekonaniach, odwołuje się do rozbijającej integralność grupy strategii: palenie na balkoniku, dymek na klatce schodowej. W efekcie, żeby nie psuć zabawy i nie przerywać pasjonującej rozmowy (w tle ciągle włączonego telewizora), stronnictwo palaczy, po rytualnej rundzie pytań: "czy aby na pewno nikomu to nie przeszkadza?", oddaje się swojej ulubionej towarzyskiej czynności. Innym ciekawym przykładem jest pobyt w kawiarnii czy pubie. Chociaż te dwa miejsca trzeba odróżniać. Nawet gdy właściciel, nie chcąc tracić klientów niepalących, oddziela sale dla lubiących i niekoniecznie przepadających za dymem tytoniowym, to efekt jest mizerny dla tych drugich. Chcąc nie chcąc niepalący wraz ze swoją ulubioną kawą czy lodami wdychają spaliny wypełniające wszystkie zakątki uroczego miejsca spotkania. Przystanki autobusowe i perony na stacjach kolejowych to również miejsca, w których stężenie palaczy na metr kwadratowy przekracza wszelkie dopuszczalne normy. Nic to, na moim byłym już - na szczęście - wydziale na uniwersytecie (najstarszym w kraju) połowa korytarza była przeznaczona dla palących (sic!). Za każdym razem czułem się jakbym wchodził do pubu. Najzabawniejszych (chociaż podszytych "śmiechem pajaca") wrażeń dostarczyły mi wizyty w szpitalach na oddziałach płucnych (torakochirurgicznych) w Zabrzu i Krakowie. Pacjenci (przeważnie już starsi), których stan zdrowia rozpinał się pomiędzy zagrożeniem utraty jednego płuca a długotrwałym i poważnym uszczerbkiem na zdrowiu (np. odma płucna) z determinacją godną lepszej sprawy oddawali się szpitalnemu rytuałowi (lekarze dawali przykład) udawania, że na oczy nie widzieli papierosa. Objawiało się to częstymi wizytami w oddziałowej toalecie, gdzie puszczali wszystkie papierosy z dymem.
Palacze coraz głośniej podnoszą głos, że są dyskryminowani, poddawani niesprawiedliwej polityce wykluczenia, napiętnowani przez niepalących. Każdorazowo pojawiający się temat ewentualnego wprowadzenia zakazu palenia w wydzieolnych miejscach publicznych jest komentowany przez stado miłośników tytoniu, którzy zdają się nie dostrzegać (przeszkadza im dym?), że to oni dyskryminują, wykluczają i piętnują.
Czuję niewymowną odrazę do mentalności i praktyk tytoniowych. Pod każdym względem świat zagarniony przez tytoń budzi moją estetyczną, zmysłową i moralną niechęć. Od zniszczonych, pożółkłych twarzy, palców i uzębienia, poprzez pożółkłe i ciemne mieszkania aż do wszędobylskich petów widać jakie spustoszenie sieje ta zaraza.
Jako zmuszany - wbrew mojej woli - do biernego palenia w miejscach, które powinny być od tego wolne, mówię: nie tytoniowym skrytobójcom!



Komentarze
Pokaż komentarze (11)