Prof. Wojciech Sadurski poświęcił wcale nie małego posta skromnej osobie red. Tomasza P. Terlikowskiego. Pan profesor pochylił się nad młodym radykałem dokonując racjonalnej wiwisekcji jego radykalnych (czytaj: irracjonalnych) poglądów oraz dekonstrukcji kluczowych dla publicysty "Rzeczpospolitej" idei, pojęć i argumentów zawartych w artykule Terlikowskiego "Czy chcemy walczyć o duszę Europy?", opublikowanym niemal dwa tygodnie temu na łamach dodatku "Rz", "Plus-Minus".
Nie bez ironii określa autor Tomasz P.Terlikowskiego "najwybitniejszym przedstawicielem formacji radykalnych katolickich publicystów". To przekonanie o ironicznym stosunku do "młodego wilka" uzasadnia dalszy ciąg wywodu profesora. Tomasz P. Terlikowski "najbardziej znany (...)zapewne ze skutecznej działalności lustracyjnej wobec duchowieństwa, uwieńczonej sukcesem w postaci skutecznego trafienia abp Wielgusa, (...) jednocześnie prowadzi drugi, równoległy nurt publicystyczny, a mianowicie związany z (jak to nazywa) „imperatywem misyjnym”."
Pan profesor wyróżniwszy te dwa wątki publicystycznej aktywności Tomasza P.Terlikowskiego, przechodzi do logicznego kontrataku. "Na pierwszy rzut oka wydawać się by mogło, że te dwa cele są wzajemnie sprzeczne, bo im więcej ludzi TPT zlustruje, tym mniej chętnych będzie potem do nawrócenia się. Ale być może między tymi dwoma nurtami jest jednak związek pozytywny, a mianowicie im więcej ludzi dziś TPT nawróci, tym więcej będzie miał potem materiału do lustrowania."
Radykalny katolicki publicysta, ekspert od działalności lustracyjnej wobec duchownych, trafił i zatopił Bogu ducha winnego abp Stanisława Wielgusa, a co gorsza, odkrył w sobie "imperatyw misyjny". Terlikowski w swym radykalnym i misyjnym (czytaj: fundamentalistycznym) zapale chce osiągnąć tylko jeden cel. Pod przykrywką ewangelizacji marzy mu się nawrócenie jak największej ilości materiału do przyszłego lustrowania. A przecież z tego - jak przenikliwie zauważa pan profesor - młody publicysta jest najbardziej znany. Paradne!
Dalej pan profesor przechodzi do krytyki wizji Europy chrześcijańskiej oraz przypisywania wyjątkowej roli Polski w re-ewangelizacji Starego Kontynentu. Identyfikując ten program z radykalnymi pomysłami Terlikowskiego, profesor nie zauważył, że publicysta "Rz" powtarza tylko słowa papieża Benedykta XVI z ostatniej pielgrzymki do Polski. Ten z kolei powtarza nieustannie słowa swojego poprzednika, Jana Pawła II. Wreszcie słowa o nawracaniu siebie oraz innych, a także o nauczaniu wszystkich narodów wypowiedział jakiś czas temu - dlatego być może umknęło to profesorowi - Jezus Chrystus do swoich uczniów.
Nieudolna i w konsekwencji śmieszna pseudo-logiczna interpretacja problemu nawracania siebie obnaża tylko ograniczenia pana profesora, które tak pięknie prezentuje w telewizji i prasie (polecam zwłaszcza artykuł prof. Wojciecha Sadurskiego w "Teologii Politycznej", Demokracja bez wartości), wypowiadając się na tematy, o których ma raczej mniejsze niż większe pojęcie. Stosowanie miar logiki i mieszanie ich z własnymi przedsądami i uprzedzeniami to jakby nietzscheański "wieczny powrót tego samego". Wydawało się, że pewne spory w Polsce już straciły swoją wartość. Ale pan profesor był za granicą, więc ciągle zdaje się wierzyć w mit państwa neutralnego światopoglądowo (autor stosuje ładny wybieg, nazywając je "bezstronnym względem religii i kościołów zorganizowanych), mit stanu szczęśliwości i harmonii pluralistycznego społeczeństwa europejskiego, wzajemnego szacunku religii (nawet tych, w łonie których rodzi się fundamentalistyczne zagrożenie dla bytu Europy). Jakie to szczęście, że pan profesor wrócił i nawraca nas na Europę!
Wydaje się, że to, co dla chrześcijanina jest naturalnym wezwaniem, płynącym z Ewangelii, dla pana profesora stanowi w najlepszym razie kuriozum logiczne lub przejaw mentalności fundamentalisty. No bo jak można nawracać ludzi wolnych, nie gwałcąc ich wolności? Wystarczy zacząć od tego, panie profesorze, że wolność przestanie się rozumieć tylko i wyłącznie w wersji liberalnej, jako "wolność od". Niech pan spróbuje. To naprawdę nie boli. A wręcz przeciwnie, pomaga zauważyć, że świat jest bardziej złożony niż się śniło liberałom. Dlatego - że pozwolę sobie powtórzyć za prof. Ryszardem Legutką - nie lubię liberalizmu.
Pyta pan profesor: "A co to znaczy, że celem chrześcijaństwa jest nawracanie „najpierw siebie”. Jak chrześcijanin może nawrócić się na chrześcijaństwo?" I zaraz sobie odpowiada: "To jest chyba fundamentalny problem logiczny: jeśli ktoś ma być nawrócony na chrześcijaństwo, to znaczy że jeszcze chrześcijaninem nie jest, a jeśli już nim jest, to jak i po co ma nawracać sam siebie? Domyślam się, że jest to użycie jakiejś emocjonalnie zabarwionej metafory, zapewne mającej zaakcentować, że należy stale swoją wiarę doskonalić, ale nie mówmy wtedy o nawracaniu, bo w języku publicystycznym trzeba jednak minimum sensu." Panie profesorze, czy to co pan pisze ma sens? Dla pana profesora nawrócenie samego siebie stanowi "fundamentalny problem logiczny", dla wielu zwykłych katolików w Polsce (także tych starszych pań bezgłosnie odmawiających różaniec) to fundamentalny problem egzystencjalny. I logika nie ma tu nic do rzeczy. Ale rozumiem, że brak poprawności logicznej jest w oczach pana profesora kompromitacją. Chcąc nie chcąc ustawia się pan w szeregu z prof. Janem Woleńskim - krakowskim filozofem analitycznym - który od lat bezskutecznie, ale równie uparcie, z determinacją godną lepszej sprawy, próbuje wywieść naturę człowieka z logicznej analizy poprawności wnioskowań w zdaniach złożonych. Równie chętnie wypowiada się na tematy, które - mówiąc delikatnie - są dla niego obce. Ale promocja, jaką mu zafundował były jezuita Stanisław Obirek, zrobiła swoje i pan profesor od logiki stał się ekspertem od religii i wiary. Pan, jako niewątpliwy znawca prawa europejskiego, odznacza się równą wrażliwością w rozumieniu religii jak profesor z Krakowa. "Czy wyobrażamy sobie życie w grupie, gdzie wszyscy będą intensywnie (czyli tak, jak wymaga TPT) nawracali wszystkich innych?" - pyta z trwogą prof. Sadurski. Ja sobie wyobrażam. Może dlatego, że co innego rozumiem pod pojęciem "nawracanie"? Nie będę palił na stosie, wysyłał na łono Abrahama niewiernych. Wystarczy nie lękać się i otworzyć drzwi Chrystusowi. Poza tym zdać sprawę z łask, które nam za darmo dano - wyjatkowość doświadczenia narodu polskiego, pontyfikat Jana Pawła II, silna religijność, wciąz żywe wartości rodziny, tradycji, bezwzględnego szacunku wobec życia od narodzin do śmierci. Dla pana to anachronizm i przeszkoda na drodze do europejskiej normalności. Dla mnie - i jak sądzę dla wielu innych - to dowód awangardy, wyprzedzania Europy i skuteczna obrona przed czymś, co Europa zachodnia już jakiś czas temu rozpoznała jako wewnętrzne zagrożenie. Polska może się stać - ale nie musi - znakiem sprzeciwu wobec radykalnego sekularyzmu i dzihadyzmu rzucającego Europę na łopatki. Rozumiem, że tym zdaniem zaliczyłem się automatycznie do, skądinąd sympatycznego, grona polskich fundamentalistów:)O dowodowej wartości męczeństwa wypowiadali się o wiele mądrzejsi ode mnie, więc odsyłam pana profesora do książki "Arcyparadoks śmierci" autorstwa Dariusza Karłowicza. Wkrótce wychodzi wznowienie nakładem "Frondy". I proszę postarać się przynajmniej dopuścić myśl, że można zbitkę "Ateny, Rzym i Jerozolima" odczytać nieliteralnie i nie sprowadzając jej ad absurdum. Jak sam pan pisze: "w języku publicystycznym trzeba jednak minimum sensu". Pozdrawiam serdecznie.



Komentarze
Pokaż komentarze (26)