Artur Bazak Artur Bazak
218
BLOG

Prof. Władysław Bartoszewski kończy 85 lat

Artur Bazak Artur Bazak Polityka Obserwuj notkę 22

Byłem przekonany, że co jak co, ale taką uroczystość salon24 odnotuje z właściwą tej rangi wydarzeniom uwagą. Ale zamiast utyskiwać, samemu zaniedbanie trzeba nadrobić. Dlatego zachęcam do składania urodzinowych życzeń człowiekowi, który z przyzwoitości uczynił cnotę równą prawdzie, dobru i pięknu.

Blogowiczom salonu 25 dedykuję tekst....z bloga prof. Władysława Bartoszewskiego (http://wladyslawbartoszewski.blox.pl/html):

"O lekarzu świadczy opinia chorych, o nauczycielu - uczniów. A o człowieku posługującym się zawodowo piórem - czytelników. Debiutowałem jako dwudziestoletni dziennikarz w katolickiej prasie w podziemiu niepodległościowym w latach II Wojny Światowej, a mając lat dwadzieścia dwa - także w prasie Armii Krajowej. Pracuję więc piórem już prawie sześćdziesiąt pięć lat. Napisałem sporo rzeczy lepszych i gorszych, ale źródłem prawdziwej satysfakcji jest dla mnie, że nie muszę się niczego, co napisałem, wstydzić, albo marzyć, aby zapadło się pod ziemię.(...)"


Zapraszam również do zapoznania się z zapisem wykładu, który prof. Władysław Bartoszewski wygłosił w październiku 2005 r. w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie. Tekst pierwotnie ukazał się w rubryce studenckiej "Rok 1984" miesięcznika "Znak".

Możlwość wysłuchania mowy prof. Władysława Bartoszewskiego na żywo to doświadczenie niezapomniane. Dlatego wszystkim gorąco polecam.

 

Polska w XXI wieku. Pamięć i przyszłość.

 

Wykład prof. Władysława Bartoszewskiego w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie z dnia 10 października 2005. (zapis nieautoryzowany)

 

Magnificencjo, Panie Rektorze. Szanowne Grono Profesorskie. Drodzy Słuchacze Wyższej Szkoły Europejskiej. Uważałem za swój miły obowiązek przybyć na zaproszenie Rektoratu w celu wygłoszenia wykładu inaugurującego zarówno nowy rok studiów, jak i nową siedzibę tej uczelni - symboliczny znak jej wzrostu i stabilizacji. Cieszy mnie to nie tylko ze względu na zainteresowanie jej rozwojem. Również ze względu na to, że dopatruję się w nim dalszego działania osobowości i myśli śp. Ks. prof. Józefa Tischnera, którego miałem okazje poznać. A Księdza z Łopusznej uważam za jedną ze szczególnie znaczących postaci naszej polskiej i europejskiej społeczności XX wieku.

 

Jako temat moich rozważań na dzisiaj obrałem problem, który można nazwać: Polska w XXI wieku. Pamięć i przyszłość. Czyli to, co było, to co jest, to, co będzie i jak ma być. Proszę Państwa temat ten jest pozornie tylko akademicki. W rzeczywistości musimy na niego zwracać uwagę każdego dnia, bo żyjemy w epoce przełomu wieku XX i XXI, który pokrywa się z rozwojem bardzo ważnych wydarzeń.

 

      Do dziś są różne poglądy na to, kiedy zakończył się wiek XIX a zaczął wiek XX. Dominuje pogląd, że w sensie merytorycznym wiek XIX został ostatecznie zamknięty wybuchem pierwszej wojny światowej. Jej kilkuletni przebieg - acz tak bardzo odbiegający od przebiegu drugiej wojny światowej - był ogromnym wstrząsem dla świadomości wielu milionów ludzi w różnych krajach Europy. Dla Polaków z kolei jest związany z faktem odzyskania niepodległości, suwerenności państwowej po stu dwudziestu trzech latach nieistnienia suwerennego bytu państwowego. Umownie uważamy, że wiek XIX zamknął się mentalnie, obyczajowo pierwszą wojną światową.

      Wiek XX również ma odrębny przebieg numeryczny i odrębny przebieg polityczny. Rewolucja w carskiej Rosji oraz emancypacja różnych narodów europejskich otworzyły nową kartę zeszłego stulecia. Niektóre z tych emancypacyjnych aktów odegrały rolę bardzo istotną w dalszym biegu historii Europy, niektóre do dziś budzą znaki zapytania - mam na myśli sytuacje na Bałkanach na przykład. Okres, który w Polsce nazywa się umownie porządkiem jałtańsko-poczdamskim, a który w Europie i świecie określany był mianem okresu podziału świata, żelaznej kurtyny i zimnej wojny dla naszej ojczyzny to czas utraty suwerenności na rzecz kolejnego zaborcy, posiadacza centrum rządzenia, politycznego, wojskowego i organizacyjnego - co gorzej - ideologicznego, światopoglądowego, mentalnego w Moskwie. Nie dotyczyło to tylko naszego kraju. Dotyczyło to dziesiątków milionów Europejczyków. Nie mówię tu o ludziach w granicach samego Związku Sowieckiego. Nie wymieniam tu choćby Ukraińców. Ale dotyczyło to od Morza Bałtyckiego do Morza Śródziemnego prawie stu milionów ludzi, którym w różnych zresztą krajach o różnej tradycji - również różnej tradycji światopoglądowej, wyznaniowej, katolickiej i prawosławnej i protestanckiej - przyszło żyć w uwarunkowaniu spowodowanym zmianą supremacji na tym terenie Europy. Wobec tego chyba zasadne jest rozpatrzenie sytuacji przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy na suwerenność i niepodległość wybiła się nie tylko Polska, ale wszystkie inne kraje bloku wschodniego z także - co było do pewnego stopnia nie do przewidzenia - został samozlikwidowany Związek Sowiecki i powstała Federacja Rosyjska. Część krajów dawnego Związku Sowieckiego położonych w jego głębi bardziej lub mniej uzyskały pełną suwerenność i atrybuty państw niepodległych. Mam tu na myśli liczne kraje i muzułmańskie, i chrześcijańskie - bo nie tylko na przykład Kazachstan, Uzbekistan, Azerbejdżan, ale kraje chrześcijańskie jak Gruzja czy Armenia - trzeba dodać dłużej chrześcijańskie niż Niemcy, Francja czy Polska. Chrześcijańskie prawie od początku pierwszego tysiąclecia. I niekoniecznie czujące się częścią rosyjskiego imperium. Ale to już jest zupełnie inna sprawa. Proszę Państwa, zatem ramy czasowe Polski w XXI wieku rozpoczynają się od procesu emancypacji - od tego, co zaczęło się u nas w '89 i w Niemczech, w niektórych krajach '90, '91. Okres 1989 - 1991 jest okresem wielkiej emancypacji, wyjścia Europy w XXI wiek. Jeżeli rozpatrzymy takie drobne elementy porządkowe, to że Armia Czerwona opuściła Niemcy i Polskę dopiero w roku 1993, to powiemy, że stosunkowo niedawna jest nasza suwerenność. Bo nie ma suwerenności z obcymi wojskami przebywającymi na terytorium jakiegoś państwa, szczególnie jeśli przebywały tam nie jako sojusznik faktyczny. Ja nie mówię o tym jako okupacji, ja mówię o okupacji nieproszonej, która w dodatku egzemplifikowała działania państwa autorytarnego czy totalnego poprzednio, gdzie była daleko idąca unifikacja tego, co wolno i można myśleć, mówić, przejawiać publicznie w krajach miejsca pobytu tej siły zbrojnej. Tak więc uprzytomnijmy sobie, że dopiero od bardzo niedawna jesteśmy w pełni suwerenni.

 

Ale w tej chwili dla żyjących jeszcze pokoleń - ja należę do najstarszego z tych czynnych publicznie (dokładnie do pokolenia Karola Wojtyły, który robił maturę w '38 a ja w '39 - to jest to pokolenie, które jeszcze doznało w polskim przypadku szczęścia wychowania się w państwie suwerennym, niepodległym, mającym lepszą czy gorszą - ale własną - politykę i w państwie, gdzie wychowanie zmierzało do wskazania na ważność i wartość dobra wspólnego) - nie jest to sprawa oczywista. Do dziś ukształtowany przez to wychowanie niemal odruchowo rozumiem, że jeśli dane mi było żyć długo, to po to, aby z tego coś sensownego wynikało albo przynajmniej, aby miało to dla jakiegoś grona ludzi pozytywne odniesienie. I z tego względu nigdy - w granicach możliwości - nie odmawiam rozmowy, kontaktu, usług, wykładów na temat przeszłości, którą przeżyłem i którą się zajmuję. Tak się złożyło, że temat moich zainteresowań badawczych, związany jest z drugą wojną światową, okupacją, Powstaniem Warszawskim, z krwawymi stratami Polaków, Żydów w Europie i na terenie Polski - choć nie tylko. Równocześnie jestem jednym z tych reliktów tamtej epoki - czyli w danym przypadku następuję zjawisko naukowo wątpliwe, że człowiek pisze książki czy próbuje przedstawiać sprawy w formie zobiektywizowanej o tym , w czym nie może być obiektywny, bo sam był świadkiem i uczestnikiem wydarzeń. To wyklucza pełen obiektywizm. Zazdroszczę mediewistom, którzy rozważają pobudki działania Stanisława Szczepanowskiego i króla-zabójcy w całkowitym oderwaniu od własnych doświadczeń, tradycji rodzinnych, opowiadań, uprzedzeń, regionu, kraju, wyznania, które kształtują każdego człowieka czy tego chce czy nie (nawet gdyby chciał  je poddać daleko idącej samokontroli).

 

Obserwuję proszę Państwa w ostatnich latach znaczenie i działanie rocznic. Rocznice to zawsze dobra okazja do działania pedagogicznego jak również politycznego. A obchodziliśmy w ostatnich dwóch latach (2004-2005) niesłychaną ilość rocznic. Przypomnę tylko kilka i to niekoniecznie po kolei: 65-lecie wybuchu drugiej wojny światowej w roku 2004, również w tym samym utratę niepodległości Polski i tym samym budowę zrębów Polski Podziemnej, 65-lecie tragedii katyńskiej; w tym roku także 65-lecie udziału Polaków w bitwie o Anglię - czyli sojuszu w dobrej sprawie, potem było 60-lecie Powstania Warszawskiego obchodzone w bardzo znany, głośny sposób, może mniej głośne 60-lecie bitwy pod Monte Cassino, w ostatnich tygodniach niemal - bo w końcu sierpnia - 25-lecie utworzenia związku „Solidarność", które zapoczątkowało szereg innych działań. Niektóre z tych rocznic miały wymiar międzynarodowy, niektóre lokalny. Udało się nadać  wymiar międzynarodowy - w interesie zresztą prawdy historycznej i wiedzy o historii - niektórym z tych rocznic, jak choćby co było proste i łatwe, rocznicy Powstania Warszawskiego, w obchodach której brali udział czołowi przedstawiciele władz Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemiec. Udało się też i obejść w podobnie uroczysty sposób 25-lecie „Solidarności" niedawno z udziałem bardzo wielu wybitnych ludzi.

 

Ale gdy mówimy o rocznicach, nasuwa się zarazem smutna i krytyczna uwaga. W jakimś stopniu rocznice historyczne i historia mogą być, są i bywają przedmiotem manipulacji politycznej mającej na celu zakłamanie i wpojenie obrazu fałszywego, czyli jak gdyby stworzenie nowej wiedzy - podobnie jak kiedyś „nowomowa" - o historii. W zeszłym tygodniu byłem kilka dni w Niemczech. Miałem tam sześć wykładów w sześciu miastach. I zwracałem uwagę Niemców na niebezpieczeństwo jednostronnej przyjaźni ich kanclerza z prezydentem Rosji, która nie wyraża się tylko pocałunkami - to sprawa prywatna - ale wyraża się również pewnymi działaniami. I o dziwo - bo to może nawet zdziwić polskich słuchaczy - nie kładłem nacisku na sprawę „tak zwanej rury". Jest to sprawa bardziej skomplikowana i trochę szantażowo-gospodarcza. Ma wiele aspektów i w końcu nie wiadomo jak dalej się potoczy. Zwracałem uwagę na obecność Niemiec na uroczystościach 9 maja w Moskwie. Nie mówiłem o naszej - bardzo żenującej - ale o niemieckiej. Bo mówiłem do Niemców. I spróbowałem przedstawić im taki dialektyczny obraz: no tak, wysocy przedstawiciele waszego państwa stoją w Moskwie i obchodzą koniec wojny niemiecko-sowieckiej, która trwała od 22 czerwca 1941 roku do 9 maja 1945 roku. Akceptują ten terminarz historyczny i uczestniczą w tym jako obchodach rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej. Nasuwa się pytanie: w tylu niemieckich kościołach - katolickich, ewangelickich, w gminach - są tablice pamięci ofiar drugiej wojny światowej . Tam są zwykle chronologicznie ogłoszone nazwiska z danej parafii katolickiej, ewangelickiej czy gminy. Każdy kto był w Niemczech mógł przy jakimkolwiek kościele to zobaczyć. Bo tego jest więcej niż setki, chyba tysiące. Ale na tych tablicach są również wyliczone ofiary ludzi, przymusowo często zaciągniętych do Wehrmachtu, którzy polegli w roku 1939, 1940. Jeżeli państwo niemieckie poprzez swoich przedstawicieli przyjmuje nową wykładnię historii, że wojna zaczęła się w 1941 roku, to znaczy odtrąca pamięć o własnych ofiarach, o bólu ich rodzin, o tych, którzy polegli przed 1941 rokiem! Fałszuje pamięć o tym, co się działo wtedy! W Warszawie, w Zamku Królewskim kilka miesięcy temu staraniem Niemieckiego Instytutu Historycznego i IPN-u wspólnie otwarto wystawę o zbrodniach Wehrmachtu w roku 1939. Pewnie były też inne. Jeżeli nie będziemy wiedzieli o bombardowaniu Rotterdamu czy Coventry, to co my będziemy rozumieli z późniejszego biegu myślenia decydentów przy rozwoju działań wojennych. Jeżeli nie będziemy wiedzieli o bitwie o Anglię, to co my będziemy rozumieli ze tragicznych i taktycznych wyborów Hitlera, kiedy ta bitwa się nie powiodła. To jest normalne fałszerstwo historyczne! I, o ile mi wiadomo, to pan Putin jest solidnie wykształconym oficerem służb specjalnych, ale nigdy nie słyszałem, aby był absolwentem historii. Niemniej jednak jego wykładnia historii jest przyjmowana - co gorsze - przez demokratyczne, wolne państwa, które towarzysząc w osobach przedstawicieli politycznych, dziennikarzy, komentatorów, powodują, że potem idzie w świat wizja, która jest fałszywa aż do perwersji! Zwróciłem też Niemcom uwagę, że w Dumie w tej chwili podnoszą się publicznie głosy krytyczne (to nie jest stanowisko państwa), sa również publikacje negujące fakty dotyczące Katynia i innych tych miejsc zagłady, o których my tu wszyscy wiemy i nie ma co tutaj w tej chwili tego przedstawiać. Otóż, jeżeli tak, jeżeli opinia niemiecka - historyczna, polityczna, naukowa - będzie milczeć, to oznacza, że opinia niemiecka godzi się z powrotem tezę, że Katyń zrobili Niemcy!!! Taka była teza przez kilkadziesiąt lat! Teraz to jest ujawnione przez prezydenta Jelcyna prezydentowi Wałęsie, jest dokumentacja, są fakty. Okazuje się, że już po kilkunastu latach te fakty zaczynają być zdyskredytowane. Jeżeli my w sposób manipulacyjny mamy podchodzić do rocznic i wydarzeń historycznych, jaki zdarza się w świecie, ale może zdarzyć się i u nas, to nie będzie służyło szacunkowi dla historii, o którym mówił kiedyś kardynał Wyszyński: „Narody, tracąc pamięć tracą życie." Historia to są wzorce, autorytety i przykłady odstraszające. Historia to nie tylko historia demonów, dyktatorów, zbrodniarzy, nie tylko historia hitleryzmu czy - jak się mówi na zachodzie - nazizmu czy komunizmu. To jest także historia świętych, błogosławionych, wielkich odkrywców, wynalazców, którzy służyli dobru ludzkości. To też jest część historii. Nie potrzeba tego tematu historii podejmować bardzo wąsko i traktować go wyłącznie politycznie.

 

Nasuwają się jednak przy tym rozważaniu bardzo ważne pytania: Czy historia jest mistrzynią życia czy nie? Stare powiedzenie, że historia jest mistrzynią życia, oznacza, że się z niej można nauczyć, że ona może ukształtować wiedzę i że ta wiedza może i powinna być użyteczna dla następnych pokoleń. Otóż w każdym pokoleniu zadają sobie eseiści, rzadziej historycy, raczej pisarze, czasami socjologowie, czasami politolodzy, czy tak jest czy tak nie jest? Czy mistrzów się słucha i czy doświadczeń się słucha i ilu ich słucha a ilu nie słucha, czy ludzie zachowują w pamięci fakty historyczne, czy analizują je, czy wyciągają wnioski, czy wiedzą w ogóle o tych faktach, czy uważają, że w ogóle trzeba wiedzieć o tych faktach. Bo jest pewna tendencja relatywizująca, mówi się, „co nas w ogóle obchodzi przeszłość, my jesteśmy obróceni w przyszłość". No, w przyszłość jest obrócony również liść zerwany przez wiatr jesienią, który z wiatrem - jak długo wiatr go niesie - leci gdzieś dalej, dalej... jeszcze minuta, jeszcze dwie, jeszcze pięć. Podobnie jak ten liść niesiony wiatrem zachowywałby się człowiek, który by nie wiedział o tym, co było przedtem. Czy doświadczenia historyczne odgrywają rolę w kształtowaniu naszych decyzji, naszych polityków, działaczy, w wypowiedziach naszych myślicieli? Czy tożsamość nasza bazuje na tożsamości historycznej? Czy jest zupełnie przypadkowa?

 

I tutaj dochodzimy do tego, że wyciąganie wniosków z faktów historycznych może nastręczać szereg problemów. To znaczy może nas prowadzić do niewygodnych konkluzji, do trudnych działań, do potrzebnych, ale bardzo trudnych wyborów. Wybory trzeba dokonywać, samo życie nas do tego zmusza legislacyjnie, albo praktycznie. Dochodzimy do pytania, które zadałem w jednej ze swoich prac, a które sformułowałem afirmatywnie, że warto być przyzwoitym. Czy warto być przyzwoitym? Na to może być odpowiedź: „ale nieprzyzwoici mają się dużo lepiej w życiu społeczeństw, w życiu regionów, w życiu swoich miast, osiedli". Dlatego potrzeba rozróżnienia dwóch pojęć: warto i opłaca się. Myślę, że ktoś, kto wyrywa torebkę staruszce i znajduje tam 200 zł, to jeżeli go nie złapali, opłaciło mu się. Ale, czy to było warto? Czy on sam tak by powiedział swoim dzieciom? Czy tak chciałby je wychować? Są takie rodziny już zupełnie z marginesu, w których i to jest możliwe. Ale generalnie normalnie myślący człowiek nie chciałby, aby takie zachowania, takie czyny były oceniane jako wartościowe, jako służące jakiemuś porządkowi - nawet jakiemuś bardzo skromnemu, a nie wielkiemu, publicznemu. I tutaj jest do zastanowienia źródło semantyczne, co to znaczy warto - bardziej związane z wartościami. I co to znaczy opłaca się - bardziej związane z płacą. To nie musi być zbieżne. Może się opłacać i być nie warto. Może być warto i - i tak często jest - a zupełnie się krótkoterminowo nie opłaca! Niemniej jednak narody żyją a w tradycji pozostaje to, co było warto i co nie zawsze się opłacało. Bo czym są wielkie polskie spory o powstanie warszawskie, o Monte Cassino, o ilość poległych w bitwie o Anglię? Warto czy nie warto? Opłacało się czy nie opłacało się? To mieszanie dwóch różnych pojęć, które krótko w wyostrzony sposób - nie bardzo naukowy, ale bardzo praktyczny - wyakcentowałem mówiąc - warto-wartości, opłaca się-płaca. To są inne typy myślenia. Ale to nie znaczy, że człowiek służąc wartościom ma być ślepy i głuchy na inne okoliczności. Ale oznacza to potrzebę refleksji.

 

Drodzy Państwo, nie jest przecież rzeczą przypadku, że dzięki staraniu wydawcy - w tym przypadku „Znaku" - udało się jeszcze za życia Jana Pawła II wydać tę oto książeczkę, powszechnie znaną, „Pamięć i tożsamość". „Pamięć i tożsamość"! Już sam tytuł wskazuje na sposób myślenia. Pamięć, czyli odniesienie do wydarzeń historycznych, do tego, co było. Pamięć jest związana z kształtowaniem tożsamości. Tożsamość to my! Jacy jesteśmy, co myślimy, kim się czujemy i nie czujemy. Kim chcemy być, jak chcemy wychowywać nasze dzieci, co my rozumiemy z otoczenia. To wszystko składa się na pojęcie tożsamości. Jest w tej niedużej książce - powiedziało by się książeczce, która ma sto kilkadziesiąt stron - szereg myśli bardzo zwięźle przypominających podstawowe elementy z dziejów, o których pamięć niejako jest podstawą i wytyczną. Jest taki rozdzialik, na wstępie - bo trzeci: „Miara wyznaczona złu w dziejach Europy". I zaczyna się ten rozdzialik: „Dane mi było doświadczyć osobiście „ideologii zła". To jest coś, czego nie da się zatrzeć w pamięci. Najpierw nazizm. To, co się widziało w tamtych latach, było okropne. A wielu wymiarów nazizmu w tamtym okresie przecież się nie widziało. Rzeczywisty wymiar zła, który przeszedł przez Europę, nie wszystkim nam był znany, nawet tym spośród nas, którzy żyli w samym jego środku. Żyliśmy pogrążeni w jakimś „wybuchu" zła i dopiero stopniowo zaczęliśmy sobie zdawać sprawę z jego rzeczywistych wymiarów. Odpowiedzialni za zło starali się bowiem za wszelką cenę ukryć swe zbrodnie przed oczami świata. Zarówno naziści w czasie wojny jak i potem komuniści na wschodzie Europy starali się ukryć przed opinią światową to, co robili. Zachód długo przecież nie chciał uwierzyć w eksterminację Żydów. Dopiero potem wyszło to na jaw w całej pełni. Nawet w Polsce nie wiedziało się o wszystkim, co robili naziści z Polakami, co Sowieci zrobili z oficerami polskimi w Katyniu, a tragiczne dzieje deportacji znane były tylko po części. Później, już po zakończeniu wojny, myślałem sobie: Pan Bóg dał hitleryzmowi dwanaście lat egzystencji i po dwunastu latach system ten się zawalił. (...) A więc Opatrzność Boża wymierzyła temu bestialstwu tylko dwanaście lat. Jeżeli komunizm przeżył dłużej - myślałem - i jeśli ma przed sobą jakąś perspektywą dalszego rozwoju, to musi być w tym jakiś sens." [1]To bardzo ukierunkowujące, wiodące - jak się dzisiaj mówi - słowa tego wielkiego człowieka. Hitleryzm i komunizm to były źródła zła w XX stuleciu. W XXI stuleciu, u progu którego „Pamięć i Tożsamość" została wydana - polskie egzemplarze 8 marca, na kilka tygodni przed odejściem autora - stanowi niejako testament, ostatnie słowo wypowiedziane na tematy nie teologiczne (choć też), tylko różne tematy życiowe, jak to się mówi. To, co tu przeczytałem jest bardzo jasne, dostępne dla każdego. To nie wymaga wykształcenia ani teologicznego, ani filozoficznego by te słowa zrozumieć. To jest wielka umiejętność ujmowania rzeczy podstawowych w skrócie.

 

I teraz przechodzimy w końcowej części tych rozważań do myśli i osoby księdza profesora Tischnera, patrona tej pięknej uczelni. Ksiądz Tischner przeszedł do pamięci wielu z nas na różne sposoby. W niektórych przypadkach anegdotycznie, w innych głęboko filozoficznie. Ale powszechnie, publicznie jego nazwisko związano nie tylko z rozważaniami o etyce Solidarności jako ruchu społecznego i zjawiska - to była pierwsza próba etycznego rozpatrzenia problemu - ale, obok tego, z hasłem „homo sovieticus". To określenie jest zaczerpnięte z jego artykułu ogłoszonego w Tygodniku Powszechnym, ogłoszonym w roku 1990, pt." Homo sovieticus. Między Wawelem a Jasną Górą". Jak gdyby - choć nie wiedział o tym - w przeczuciu tego dominującego zagrożenia, na które zwrócił uwagę Jan Paweł II później, w tym tekście, który cytowałem, Józef Tischner zastanawiał się nad zjawiskami zatrucia duszy polskiej przez komunizm. Zastanawiał się kto to był ten „homo sovieticus'? Kto to był ten człowiek, osobnik, model sowiecki? Czy to był komunista, ateista, może rewolucjonista? Kim on właściwie jest?! I okazuje się, że nie o to właściwie chodzi. Do dziś widzimy chodzących po świecie ludzi, których uważamy za ludzi niereformowalnie zakorzenionych w przeszłości smutnej, przykrej lub haniebnej. A właściwie nie są oni ani marksistami, ani leninistami, ani komunistami i zapewne ani jednego wiersza Marksa i Lenina nie przeczytali w życiu. Ale reprezentują ciągłość pewnego układu myślenia, zachowania, postaw, które za podstawę filozoficzno-polityczną traktowało wymienionych i jeszcze innych filozofów i teoretyków. Otóż te indywidua ludzkie są - zdaniem Tischnera - ludżmi, którzy są nieodpowiedzialni, mają wyłącznie orientację dostosowawczo-roszczeniową. Roszczenia co do tych, którzy mają je zaspokoić, a brak odpowiedzialności wyraża się również w dostosowaniu. To nie znaczy, że oni lubili system, który jest egzemplifikowany przez zbrodnie UB i stan wojenny. Nie, ale oni w zupełności się do niego dostosowali, ponieważ było to w pełni opłacalne. Byli to ludzie, którzy sami siebie pozbawiali poczucia wolności i dostrzegali tylko elementy materialnego położenia swojego i innych, odmienność poglądów sprowadzali do pieniędzy. Choć niewiele ich posiadali. Z drugiej strony - filozoficznie rzecz biorąc - własność była na drodze do likwidacji. Z jednej strony popierali ten system, ale z drugiej strony bardzo dużą wagę przywiązywali do swojej własności, korzyści i absolutnie nie rozumieli w jakim stopniu są zatruci. „Homo sovieticus" - jak mówi Tischner - „był stałym towarzyszem chrześcijanina. Tak jak przenikał w głąb komunistycznej partii, przenikał również do wnętrz kościołów. Tam konsumował środki do życia doczesnego, tu konsumował środki zabezpieczenia na życie wieczne. Zawsze pełen roszczeń, zawsze gotów do obwiniania innych, a nie siebie, chorobliwie podejrzliwy, przesycony świadomością nieszczęścia, niezdolny do poświęcania siebie. Samoponiżający się i poniżający innych, oskarżający innych." Nie można powiedzieć, że to była cecha ludzi ciemnych. Taką postawę zajmowali inteligenci, urzędnicy, część intelektualistów, nie tylko niewykształceni robotnicy lub niewykształceni rolnicy. „Homo sovieticus" to choroba. Choroba na „sowietyzm", która przetrwała sowietyzm i, jakbyśmy się nie pocieszali, jest jednym ze schorzeń naszego społeczeństwa. Hasła: „wszyscy kradną", „do nikogo nie można mieć zaufania" są hasłami samousprawiedliwienia się, że nie chce się zrobić niczego, podjąć żadnego ryzyka, myśleć, nie chcę poszukiwać. Bo to jest wszystko bez znaczenia. Tak jak to hasło, które propaganda sowiecka i komunistyczna w Polsce uprawiała, „no tak, tam są pewne przegięcia w tym, co napisała Trybuna Ludu, ale Wolna Europa też kłamie, a prawda leży pośrodku." Nie rozumieli jednego, bardzo zasadniczego sensu pojęcia „prawdy". Prawda jest tam, gdzie jest. Nie jest ani po środku, ani z lewej, ani z prawej, ani pięć centymetrów wyżej, ani niżej. Jest tam, gdzie jest. I w różnych sprawach może ona być usytuowana bardziej na prawo, bardziej na lewo w myśleniu człowieka. To nie jest prawda, jeżeli jeden człowiek powie, że Kraków leży od Zakopanego 1000 km, a drugi, że 20. Obaj błądzą, więc leży 500. No, to prawda leży pośrodku. To jest nonsens, na którego przykładzie chcę pokazać kuriozalność tego typu myślenia, jeżeli niekompetentni ludzie bredzą, kłamią a potem się wyciąga wniosek, że pośrodku jest prawda.

      Otóż, czyżby było tak źle? Na zakończenie trzeba by  powiedzieć, że zupełnie nie jest tak źle! Proszę Państwa, w czasie pierwszej wojny światowej w ogóle nie było pewne, że powstanie państwo polskie. Nie było wcale pewne! Do chwili deklaracji celów wojny Willsona, a to jest ostatni okres wojny, nie było w żadnej polityce zagranicznej w żadnym z krajów uczestniczących w wojnie jasno sprecyzowanego celu odbudowy suwerennego, niepodległego państwa polskiego! Była mowa o autonomii, były różne koncepcje. A w drugiej wojnie światowej, po niespełna dwudziestu latach naszej smutnej, trudnej, ale jednak owocnej, niepodległości, nikt na świecie nie wątpił, że Polska jest podmiotem, że jest uczestnikiem wojny, że jest sojusznikiem Commonwealth. Można to było różnie interpretować praktycznie, ale nikt nie negował potrzeby istnienia Polski. Nawet Stalin twierdził, że chce wolnej i demokratycznej Polski. Nigdy nie powiedział do Churchilla i Roosvelta, że Polski nie chce, że Polska jest zbyteczna. Tego nie powiedział nawet Stalin, niezależnie od tego, co robił! Było to po prostu faktem. Wielka zmiana nastąpiła kosztem ofiar, cierpień, myśli, pracy tysięcy mądrych, zacnych ludzi. A Polska po drugiej wojnie - jakakolwiek by nie była, jakkolwiek by nie była manipulowana, jakkolwiek by nie była częścią polityki zagranicznej i obronnej Moskwy - była jednak w świecie uważana za kraj odrębny. Polska, która potrafiła bez przelewu krwi w roku 1989 wybić się po kilku latach ogromnie trudnych prób na jakąś formę suwerenności (pełnię odzyskała po wycofaniu Armii Czerwonej) ta Polska, którą znacie wszyscy drodzy słuchacze, która istnieje kilkanaście już lat jest normalnym demokratycznym krajem ze wszystkimi normalnymi  - jeśli nawet wydają się nienormalne - szaleństwami, głupstwami, idiotyzmami. Ale i z przejawami ludzkiego trudu, inicjatywy, ofiarności, udziału w akcjach społecznych - co budzi szacunek. To nie jest tylko tak, że to jest Polska, w której się biją po meczach. To jest Polska tych, którzy pielgrzymują do Lednicy i  Częstochowy i do Santiago de Compostella i na pogrzeb Ojca świętego do Rzymu. To jest Polska milionów różnych ludzi, jak w demokracji być powinno. Jaka ta Polska będzie dalej? Ile my zrobimy wysiłku dla wydobycia się z syndromu „homo sovieticus" to w dużej mierze będzie zależeć od każdego z nas. Od nas samych i nikogo innego. Nikt nam na świecie nie wybierze sejmu, senatu, prezydenta. Nikt nam na świecie lepiej nie ustanowi systemu gospodarczego, produkcyjnego czy handlowego. I nie można odwoływać się do Moskwy. A ludzie myślący w kategoriach „homo sovieticus" mówią, że wszystkiemu jest winna Bruksela. Teraz jest nowa forma, aby spędzić odpowiedzialność z siebie i aby nie myśleć, tylko posługiwać się schematami. I darmo przeciwstawiać się temu i mówić i tłumaczyć - co robią rożni ludzie - fachowcy, ekonomiści, politycy i biskupi. Nie! Ponieważ szuka się jakichś recept prostych, że jacyś „oni" decydują o nas i dlatego nie decydujemy o nas sami. Zakończę w ten sposób: w moim życiu, które było dość skomplikowane, wielokrotnie musiałem stawać wobec wyborów, które musiałem podejmować zaraz, w których nie mogłem się nikogo poradzić. Może bym postąpił mądrzej, ale nie było jak. Zawsze zastanawiałem się nad tym, dlaczego też tak jest, że jeżeli jest pożar albo komuś dom się pali, to na ogół budzi to ogólne poruszenie: „Mój Boże to okropne, ktoś musi coś z tym zrobić!" Ano właśnie! Jeżeli ktoś musi coś, to dlaczego nie ja?! Dlaczego nie ja?! Dlaczego tak mało ufamy sobie? Dlaczego mając wolność i nie będąc dyrygowani z Moskwy w połowie czy w 60% wykazujemy obojętność, kto będzie nami rządził? Czy to oznacza, że później będziemy się wstrzymywali od krytyki i że nie będziemy mieli za złe rządzącym? Nie! Bynajmniej. Ci, którzy w tym nie uczestniczą, będą najprawdopodobniej krytykować najgłośniej! A ponoszą za to w ogromnym procencie odpowiedzialność. Trzeba widzieć, patrząc w wiek XXI, w którym przyszłość dalsza oczywiście nie jest wiadoma, że jest to wiek pełnej konkurencji, dynamizmu, energii i - przynajmniej w Europie - nie stawiającej przeszkód w działaniu, dobrym inicjatywom, umiejętnościom jednostki, zespołu ludzi, grupy, stowarzyszenia czy regionu. Przed nami są zadania ogromne. Doświadczenia mamy wszelkie. A na ile będziemy chcieli z tych doświadczeń korzystać to znowu zamknie się w naszej odpowiedzialności i w naszych sumieniach. Dziękuję za cierpliwość.

© "Znak"


[1] Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, Kraków 2005, s. 22-23.

 

 

Artur Bazak
O mnie Artur Bazak

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (22)

Inne tematy w dziale Polityka