12 czerwca 1998 roku pierwszy raz wyjechałem za granicę do pracy. Londyn wspominam z mieszanymi uczuciami. Nie podnieca mnie tak, jak byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Może dlatego, że pracowałem w nieco innej części miasta niż Londyńskie City, które mijałem dreptając na piechotę z pracy do wynajmowanego mieszkania w drugiej strefie. Zresztą, miałem tylko 17 lat. Czego można było oczekiwać? I tak byłem przeszczęśliwy, że zasuwam we włoskiej restauracji, kierowanej przez...Turka za angielskie pieniądze. Moim bezpośrednim zwierzchnikiem był Polak, który nie zamienił ze mną ani słowa po polsku. Więc przynajmniej językowo odciąłem się na dwa miesiące od ojczyzny. Mentalność Polaka za granicą dała mi się we znaki.
Cieszyłem się jak głupi. Pierwsze poważne pieniądze. Szlifowanie języka. Premiera Notting Hill na Leceister Square. Byłem w centrum Europy. Tylko co z tego? Zarobione pieniądze bardzo szybko wydałem - narty, kurs językowy i inne gadżety. Doświadczenie? Owszem, potrafiłem sobie poradzić z międzynarodowym towarzystwem, byłem na gejowskiej imprezie, w połowie której musiałem się ulotnić, bo kończyła się w dwuosobowych pokojach, wyleczyłem kiepski stan uzębienia (jako niepełnoletni miałem to za darmo), zwiedziłem ważne miejsca w Londynie, zawiązałem przelotne znajomości z ludźmi z całego świata, sprawdziłem siebie i przyjaciół ze szkolnej ławki. Czy to wpłynęło na moje dalsze życie studenckie i zawodowe. Nie. Nawet nie umieszczam tego w CV. Bo po cholerę?
Dzisiaj czytam w "Dzienniku" dane z raportu Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych "Lewiatan" na temat emigracji Polaków do innych krajów UE. Tytuł dużego artykułu brzmi: "Zawodowa klęska emigracji". Główna teza artykułu jest taka, że znaczna część emigracji o średnim lub wyższym wykształceniu pracuje poniżej swoich możliwości i aspiracji. Co więcej, pracując głównie w zawodach fizycznych - prawie zawsze niezgodnych z kierunkowym wykształceniem - przez kilka lat, czasowi lub okresowi emigranci pozbawiają się szans na miękkie lądowanie na polskim rynku pracy. Jak powiedział jeden z pracodawców: "Wolę przyjąć kogoś po studiach, niż kogoś, kto był parę lat poza obiegiem zawodowym za granicą". Zatem, jeżeli nie wykonuje się pracy zgodnie z własnym wykształceniem, predyspozycjami i kompetencjami, marne są szanse na dobre warunki pracy w Polsce. Niestety.
Zbijanie kapitału finansowego poza Polską nie przechodzi w akumulację kapitału społecznego i kulturowego, potrzebnego do tego, aby w Polsce przeżyć godnie (przynajmniej dłużej niż parę lat, zanim nie stopnieją zarobione funty i euro).
Przeglądałem szybko ten raport PKPP "Lewiatan". Nie da się tam wyczytać, że to taki dramat i klęska, jak przedstawia "Dziennik". Ale jest coś na rzeczy. Zresztą komentarz obok artykułu wygłasza Henryka Bochniarz. Więc widocznie mam słaby wzrok.
Jestem raczej skazany na prace w tym kraju. Moja narzeczona już nie. Za rok będzie dyplomowaną śpiewaczką operową. I pozostanie jej albo chałturzenie, albo zaciskanie zębów i wojaże po całym kraju - od Opery Bałtyckiej do, jeszcze niewykończonej, Opery Krakowskiej. Jednym słowem, życie na walizkach. Albo wreszcie, wyjazd do Włoch lub Niemiec, gdzie artyści (niekoniecznie soliści) są wynagradzani po ludzku. Na szczęście język muzyki nie zna granic. Język polski, który jest materią mojej pracy oraz polska rzeczywistość są ze sobą ściśle związane. Znam więc swoje ograniczenia. Życie na walizkach raczej mi nie grozi. Co najwyżej zasyśnięcie przez Warszawę - największy polski zakład pracy.
Czy wielka emigracja unijna to rozdmuchany mit o Eldorado, który okazuje się być przekleństwem? Trudno to jednoznacznie przesądzać. Ale w dłuższej perspektywie, możliwe, że tak. Dlatego zamiast zasuwać na zmywaku i kląć po polsku, wolę zacisnąć zęby i zasuwać tutaj. Też mogę pokląć - ktoś nawet zareaguje - a poza tym, mimo wszystko, ja ten kraj czuję i nawet rozumiem absurdy rządzące jego rzeczywistością. Przynajmniej się staram. I nie jestem tym zmęczony. A bezpieczeństwo egzystencjalne w najgłębszym sensie tego słowa to dla mnie realne dobro, którego nie mam poza granicami naszego kraju.
Mimo wszystko, zostaję.



Komentarze
Pokaż komentarze (19)