Wybory to nie tylko czas podsumowań dononań i niedokonań, nie tylko czas rozliczania z obietnic.
Wybory to także czas spojrzenia za siebie, czas wspomnień i refleksji, szczególnie jesienne wybory, kiedy w długie wieczory bohaterski wskrzeszamy czas a Czesław opowiada nam dawne dzieje.
Albowiem do moich wspomnień zainspirował mnie nie kto inny jak sam kandydat na Prezydenta Warszawy Pan Czesław Bielecki.
Zapłodnił mnie swym wspomnieniem, wiec może ja tez kogoś zainspiruję.
http://bielecki.salon24.pl/247553,wspomnienie-o-ksieciu-redaktorze-czyli-dlaczego-kandyduje
Kiedy Czesław wspomniał że "Myśl o Jerzym Giedroyciu wraca dziś do mnie nie tylko z powodu wręczanie nagrody jego imienia. Lata temu, przy pierwszych wyborach samorządowych Giedroyc widząc jak dalece niedoskonale jego wizja Rzeczpospolitej wcielana jest w życie i znając moje zmiłowanie do konkretnej pracy, przekonywał mnie, że powinienem zostać prezydentem Warszawy. Że będę drugim Starzyńskim."
iskra jego wspomnień spadła na pogorzelisko mej pamięci, wzbudziła burzę myśli. Ta iskierka i ten wiatr rozpaliły we mnie na nowo płomień w jego blasku stanał mi przed oczami obraz sprzed wielu wielu lat, jakże świetlisty.
Otóż lata temu, bodajże przy pierwszych wyborach prezydenckich, Czapski (ale nie ten Czapski z którym umówić chciał się Minister Kultury Pan Podkański - jego Czapski to niejaki Leszek Czapski z Krakowa) a mój Czapski to Józef Czapski, tak tak, sam Józef Czapski - dopprecyzuję żebby byłło jassne Hutten-Czapski Hrabia herbu Leliwa, co rozwiewa wszelkie wątpliwości kto mnie kusił.
Otóż czasu onego wyborczego mój Czapski, niezadowolony z planów NASA i znając moje zamiłowanie do podróży oraz horoskopów przekonywał mnie że powinienem lecieć na Księżyc. Że będę drugim Armstrongiem. Oponowałem ...
Oponowałem, bo szczerze mówiąc wolałem być drugim Luisem Armstrongiem lub co najmniej Lancem Armstrongiem, ale Czapski nalegał abym był Neilem Armstrongiem i leciał na Księżyc.
Ponieważ szanowałem i kochałem staruszka trudno mi było odmówić, dopiero Manuela zauważyła ze bycie drugim Armstrongiem to bycie Aldrinem - a kto pamięta dziś o Aldrinie.
Ja jednak dzięki Czesławowi (dzięki Ci Czesławie) przypomniałem sobie o tym do czego namawiał mnie Czapski, i kto wie może zejdę do piwnicy po starą zardzewiałą motykę i przez długie jesienne wieczory będę ją polerował. I za dwa tygodnie rzucę sie naprzód by wykrzyknąć jak Armstrong "Orzeł wylądował".



Komentarze
Pokaż komentarze (3)