Bartłomiej Radziejewski Bartłomiej Radziejewski
48
BLOG

Klonując Blaira*

Bartłomiej Radziejewski Bartłomiej Radziejewski Polityka Obserwuj notkę 1

Wszystko wskazuje na to, że David Cameron będzie wkrótce premierem Wielkiej Brytanii. Kim jest kontrowersyjny lider torysów i dokąd prowadzi swoją partię?

Od odejścia z polityki Margaret Thatcher w 1990 r. brytyjscy konserwatyści byli w defensywie. Wyborcze zwycięstwo z 1992 r. było politycznym łabędzim śpiewem. Pod przywództwem następcy „żelaznej damy”, Johna Majora, torysi pogrążyli się w rozleniwieniu i demoralizacji typowych dla partii rządzących przez długi czas. Skandale obyczajowe, wewnętrzne spory owocujące niekonsekwencją w polityce zagranicznej i zerwanie kontaktu ze zwykłymi ludźmi doprowadziły do utraty zaufania Brytyjczyków i największej od XIX wieku klęski wyborczej w 1997 r.

Jako opozycja torysi byli wyjątkowo niemrawi. Przez całą dekadę nie potrafili znaleźć sensownej odpowiedzi na doskonały pijar i złotoustość Tony’ego Blaira. W efekcie, oddali charyzmatycznemu szefowi socjalistów brytyjski „rząd dusz”, sami popadając w marazm i nijakość. Po paśmie upokarzających wyborczych porażek stało się wreszcie jasne, że tylko gwałtowna zmiana wizerunku może zmienić opinię o konserwatystach jako kostycznej partii bogaczy.


Generacja Blaira

W tę potrzebę zmiany wstrzelił się 39-letni wówczas absolwent Oxfordu David Cameron. Po niespodziewanym zwycięstwie w wyborach szefa partii w 2005 r. zapowiedział, że chce przywrócić ludziom dumę z bycia konserwatystami, a samą partię uczynić atrakcyjną dla „całego nowego pokolenia” Brytyjczyków. Jak powiedział, tak zrobił.

Tyle tylko, że owo „nowe pokolenie” to już ludzie zupełnie inni od swoich rodziców, tych, którzy tłumnie popierali Thatcher. Wychowani w Blairowskim państwie opiekuńczym, młodzi Anglicy, Walijczycy czy Szkoci nie chcą słyszeć o powrocie stworzonego przez „żelazną damę” „społeczeństwa odpowiedzialnego”, w którym każdy ręczy za siebie, dorabiając się ciężką pracą, a w chwilach słabości odnajdując ukojenie w anglikańskim kościele. Zjednoczone Królestwo zaludnia dziś generacja Blaira, w większości akceptująca zdobycze kulturowej rewolucji, którą metodą małych kroków przeprowadzili socjaliści: marginalizację religii i wszechobecne państwo prowadzące ich za rękę przez życie. Wysokie zasiłki, rozbudowane usługi publiczne, aborcja na życzenie – to dla nich rzeczy równie oczywiste, jak dla francuskich rolników unijne dopłaty. Nowobrytyjska młodzież nie uważa tego wszystkiego za przywileje, ani za rzecz podlegającą dyskusji. To dla niej „oczywista oczywistość” codziennego życia, należące się każdemu niezbywalne prawa. I basta.

Cameron o tym wie. I dlatego, zamiast moralizować i nawracać rozpuszczoną brytyjską młodzież, postanowił powiedzieć jej to, co chce usłyszeć. „Społeczeństwo odpowiedzialne” zastąpił „odpowiedzialnością społeczną”. Za tym, na pierwszy rzut oka, niewielkim przesunięciem akcentów, kryje się intelektualna rewolucja: koniec z „państwem minimum” i związaną z nim ciężką pracą - akceptujemy opiekuńczość, tyle że w „rozsądnych granicach”.


Socjaliści-bis

Głoszący „współczujący konserwatyzm” Cameron przyswoił nie tylko wiele haseł socjalnych labourzystów, ale też przejął ich program ekologiczny i obyczajowy. Opowiada się za walką z globalnym ociepleniem, ostentacyjnie jeździ do pracy na rowerze i – ku rozpaczy tradycyjnych wyborców torysów – popiera homoseksualne pseudomałżeństwa. W zeszłym roku „z radością” asystował przy gejowskim „ślubie” swojego partyjnego kolegi z Izby Gmin Alana Duncana. Tym samym dokonała się homoseksualna rewolucja w Partii Konserwatywnej, i to w zaledwie dwa lata po pierwszym gejowskim „małżeństwie” z udziałem brytyjskiego parlamentarzysty – Bena Bradshowa z Partii Pracy. Pierwszym etapem tej rewolucji było poparcie przez Camerona, wbrew tradycjonalistycznemu skrzydłu partii, ustawy o „równouprawnieniu” homoseksualistów w 2007 roku, zapewniającej im m.in. prawo do adopcji dzieci.

Tak więc pod kierownictwem Camerona torysi przepoczwarzyli się w socjalistów-bis, wysuwając się na wyraźne prowadzenie w rankingach popularności. W sprawach wewnętrznych różnią się od laburzystów jedynie rozłożeniem akcentów: chcą pewnych korekt państwa opiekuńczego (np. zwiększenia konkurencji między szkołami i szpitalami czy obniżenia niektórych podatków) ale już nie jego demontażu, jak dawniej. Za najbardziej radykalne hasło Camerona uchodzi żądanie wzmocnienia samorządu lokalnego. Jednak nie bardzo dziś wiadomo, czy to realny plan, czy też jedynie próba skonsumowania głębokiego zniechęcenia Brytyjczyków do klasy politycznej mówieniem o „oddaniu władzy” przez Westminster. I, wobec braku konkretów ze strony Opozycji Jej Królewskiej Mości, trudno traktować poważnie szumne zapowiedzi George’a Osborne’a, kanclerza skarbu w gabinecie cieni, że najbliższe wybory parlamentarne będą równie przełomowe jak te z roku 1945 (które zbudowały państwo opiekuńcze) i z 1979 r. (które uczyniły z Wielkiej Brytanii oazę wolnego rynku). Bo oznak konserwatywnej kontrrewolucji, jak na razie, nie widać.

Fałszywy jest też mit Camerona jako charyzmatycznego przywódcy i wizjonera, który dzięki osobistym talentom wydźwignął torysów z marazmu. W rzeczywistości, nie tylko upodobnił swoją partię do laburzystów, ale też sam siebie – do ich historycznego lidera Blaira. Stąd popularny żart, że konserwatystom udał się zabieg medyczny przeszczepienia Cameronowi twarzy byłego premiera. Podobieństwo między nimi jest rzeczywiście uderzające, tak pod względem programu, jak i wizerunku. Szef opozycji wyraźnie wzoruje się na słynnym socjaliście, naśladując nawet jego gesty i słowa. I to właśnie byciu „klonem Blaira” - obok uderzających w Labour kryzysu gospodarczego i całej serii afer związanych z nepotyzmem i prywatą - jak określają go złośliwi, Cameron zawdzięcza swój polityczny sukces. Bo Wielka Brytania, choć po dziesięciu latach rządów Blaira wydawała się już nim zmęczona, szybko za nim zatęskniła, gdy jego następca na stanowisku premiera okazał się politykiem mało wyrazistym i nieudolnym. Zatem paradoksalnie, najgroźniejszym konkurentem Gordona Browna stał się jego wieloletni przyjaciel i partyjny druh Blair. Tyle że wcielony w Camerona.

Wszystko to nie przeszkadza liderowi konserwatystów, od niedawna „współczujących”, określać się mianem „wielkiego fana Thatcher”. Znacznie bardziej wadzi to przywykłym do innego rozumienia roli torysów członkom partii. Dziś już byłym członkom, bo reformy Camerona skłoniły ich do zasilenia szeregów innych ugrupowań, najczęściej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP).  


Na przekór Unii

Jedyną zasadniczą różnicą między torysami a socjalistami jest dziś stosunek do integracji europejskiej. Cameron uważa, że poszła ona zbyt daleko i nawołuje do „wydarcia władzy Brukseli”. Chce referendum w sprawie Traktatu z Lizbony oraz utrzymania „Europy ojczyzn”. Dlatego występuje z Europejskiej Partii Ludowej (EPP), która stała się, jego zdaniem, ugrupowaniem euro-federalistów. I tworzy nową frakcję (MER), z udziałem m.in. polskiego PiS i czeskiego ODS. Po przyciągnięciu części deputowanych z rozpadających się frakcji eurosceptycznych, nowe stronnictwo konserwatywne będzie czwartą siłą w europarlamencie.

Nie będzie jednak w stanie zmienić układu sił. Bo dominacja sojuszu chadecko-socjalistyczo-liberalnego jest na razie niezagrożona. I jeśli MER będzie mógł mieć realny wpływ na Europę, to dopiero w następnych kadencjach, pod warunkiem, że zasilą go kolejni uciekinierzy z EPP lub przedstawiciele nowych sił eurosceptycznych. Co innego sami torysi, jeśli zdążą wygrać krajowe wybory (muszą się odbyć najpóźniej w połowie przyszłego roku) i zorganizować referendum w sprawie Traktatu Lizbońskiego przed jego ratyfikacją przez te kraje unii, które dotychczas tego nie zrobiły. Wówczas cała zabawa z nadawaniem Unii osobowości prawnej i robieniem z niej „globalnego gracza” zacznie się od nowa.


Kalkulacja, nie wizja

Ale nawet Cameronowskiej wizji Europy trudno nie zarzucić koniunkturalizmu. Bo torysom wyrósł w ostatnich latach groźny konkurent: wspomniana UKIP z charyzmatycznym Nigelem Farage’m na czele. W ostatnich eurowyborach okazała się drugą siłą w kraju, zdobywając 17% głosów. I to raczej nie polityczne wizjonerstwo, tylko chęć utrzymania wyborców i działaczy uciekających do UKIP oraz do rasistowskiej i ksenofobicznej Brytyjskiej Partii Narodowej (BNP), skłoniła Camerona do założenia MER i sprzeciwu wobec eurokonstytucji-bis, czyli Traktatu z Lizbony. Wątpliwości co do trwałości projektu opartego wyłącznie na gorliwej lekturze sondaży i chłodnej kalkulacji nasuwają się same.  

Wyczucie społecznych nastrojów, talent aktorski, umiejętność łączenia sprzecznych idei w atrakcyjny dla wyborców polityczny fast food to cechy, które niemal na pewno dadzą Cameronowi fotel premiera. Czy dadzą Wielkiej Brytanii przywódcę, jakiego potrzebuje, jest dużo bardziej wątpliwe.

 

*Tekst ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska"  nr 27/2009, w wersji zmodyfikowanej przez red. Jacka Kwiecińskiego bez mojej wiedzy i zgody.


 

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka