„Cała” Polska cieszy się z wejścia Polski do strefy Schengen. Cieszą się (choć osobno) prezydent i premier. Cieszy się uchwałą Sejm RP. Cieszą się wykształceni i wykształciuchy. Cieszy się lud pracujący miast i wsi. Cieszą się: Warszawa, Kraków, Lublin i Gdańsk. Cieszy się Barwinek i cieszy się Cieszyn, a rzeka Hołnianka cieszy się, ze cieszący się kajakarze ciesząc się przepłynęli ją, żeby pokazać jak bardzo się cieszą.
Tylko Ukraińcom i Białorusinom niespecjalnie do śmiechu. Dla nich Schengen to wizy shengeńskie, od dzisiaj płatne, i konieczność wykupu polisy medycznej. Pracownicy ze Wschodu poniosą przy tym znacznie wyższe koszty niż turyści. To dłuższe oczekiwanie na decyzję w konsulacie. To bardziej obcesowe traktowanie przez celników – teraz przecież prawdziwych Europejczyków, w przeciwieństwie do nich - „ruskich”.
Mnie też to nie cieszy. Polska, która tonąc w zachwytach z powodu postępu integracji z Zachodem zapomina całkowicie o Wschodzie, nie jest Polską Piłsudskiego, Dmowskiego ani Cata – Mackiewicza. Ci mężowie stanu rozumieli, odwołując się do różnych ideologii i argumentacji, że racja stanu Rzeczypospolitej wymaga aktywności w obydwu kierunkach. Naród średniej wielkości może bowiem neutralizować potęgę potężnych sąsiadów dopóty, dopóki jednoczy pobliskie, mniejsze narody pod swoim przywództwem. Jeśli jest narodem Giedrojcia i Karpia. Także moim.
Współczesna polska elita ma jednak inną wizję. To obraz polityki zagranicznej miłości. W jej ramach kanclerz Niemiec uzgadnia z prezydentem Rosji zniesienie embarga na nasze mięso. Przy takim akcie internacjonalnego braterstwa bledną drobnostki, do których uporczywie wracają niereformowalni reprezentanci wstecznickiego polactwa. Takie, jak Rurociąg Północny, „Widoczny znak” czy interpretacja wydarzenia katyńskiego. I wschodnia strona shengeńskiego medalu.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)