Radek Sikorski zarekomendował rządowi uznanie niepodległości Kosowa. Uzasadnił to potrzebą bycia „w głównym nurcie” polityki europejskiej. Co to za nurt i w jakiej roli Polska zamierza w nim uczestniczyć?
Na szczytach polskiej władzy ścierają się dwie przeciwstawne wizje polityki zagranicznej.
Pierwsza, reprezentowana przez rząd, jest kontynuacją dyplomatycznego kursu Bronisława Geremka i Aleksandra Kwaśniewskiego. Polska jest w niej traktowana jako odbiorca płynących z Zachodu pomysłów organizacji ładu międzynarodowego. Swoją pozycję budować ma poprzez możliwie najżarliwsze wykonywanie poleceń brukselskiej lub waszyngtońskiej centrali.
Wizja druga, której orędownikiem jest prezydent, sięga do polskiej myśli geopolitycznej, zwłaszcza do piłsudczykowskiego federalizmu środkowoeuropejskiego. Polskę postrzega jako podmiot stosunków międzynarodowych, zdolny do prowadzenia polityki samodzielnej. Jej podstawą ma być równoprawny sojusz z państwami regionu, wsparty polskim przywództwem, wynikającym jednak - w sposób naturalny - z różnicy wielkości, a więc potencjalnej siły oddziaływania, a nie – imperializmu.
Rząd, wyrażając wolę uznania niepodległości Kosowa, wyraźnie realizuje pierwszą koncepcję polityki zagranicznej. Jakkolwiek, pod naciskiem prezydenta i opozycji parlamentarnej, zajęcie oficjalnego stanowiska w tej sprawie zostało odsunięte w czasie, wszystko wskazuje na to, że – prędzej czy później – nastąpi. Czy słusznie?
Odcięty korzeń
Kosowo jest kolebką państwowości serbskiej. Znajdują się tam najważniejsze dla Serbów ośrodki kultu prawosławnego - siedziba patriarchy w Peciu, kościół w Gracanicy, monastyr w Visoki Decani i obiekty narodowej pamięci historycznej, jak Kosowe Pole – miejsce serbskiego oporu zbrojnego przeciwko inwazji tureckiej. Kosowo stanowi 15 % terytorium Serbii i jest zamieszkiwane przez piątą część ludności tego kraju.
Nie mogą więc dziwić ostatnie wypowiedzi serbskich przywódców. - Serbia nigdy nie uzna niepodległości Kosowa – zapowiada prezydent Boris Tadić. Jeszcze dalej idzie premier Vojislav Kostunica, oskarżając USA i UE o stawianie siły ponad prawem i opisując ich obecną politykę jako kontynuację agresji militarnej sprzed dziewięciu lat. Serbia zapowiedziała zerwanie współpracy z misją Unii w Kosowie i zaapelowała do sekretarza generalnego ONZ Ban Ki Muna o unieważnienie kosowskiej deklaracji niepodległości.
Anatomia niezgody
Status Kosowa jest przedmiotem kontrowersji zupełnie fundamentalnych. Prowincja ta była do roku 1999 częścią Serbii. Obustronnie krwawe czystki etniczne legły u podstaw interwencji NATO. W jej konsekwencji Kosowo stało się protektoratem ONZ. Jego dalszy los miał zostać rozstrzygnięty na drodze międzynarodowego konsensu. Ostatnia propozycja negocjatora UE Martiego Athisaariego nadania Kosowu „kontrolowanej niepodległości” została jednak odrzucona przez Serbię, Rosję i Chiny. Główne zadanie misji ONZ, NATO i UE w Kosowie – wypracowanie kompromisu, który byłby do zaakceptowania dla obydwu stron sporu – nie został więc wykonany.
Poparcie dla jednostronnego proklamowania niepodległości przez serbską prowincję rodzi zasadnicze problemy prawne i polityczne. Przypomnijmy, że w praktyce prawa międzynarodowego obowiązuje zasada, zgodnie z którą państwo może powstać wyłącznie wtedy, gdy uzna je społeczność międzynarodowa. Tymczasem, znaczna część tej społeczności Kosowa nie uznała. Postąpiły tak dwa mocarstwa – stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ: Rosja i Chiny. W ich ślady poszły niektóre państwa UE: Hiszpania, Cypr, Grecja, Bułgaria i Rumunia. Wydarzenie to grozi głębokim podziałem społeczności międzynarodowej, w tym samej Unii, i poważnym osłabieniem autorytetu ONZ i samego prawa międzynarodowego. Określenie Kosowa mianem bałkańskiego Tajwanu byłoby zbyt łagodne – co do Tajwanu panuje względna światowa zgoda. Mimo tego jest on kością niezgody między mocarstwami.
Imperium Europa
Popierając Kosowo, Zachód (jego część) realizuje swoje imperialne interesy. Istnienie „kotła bałkańskiego” umożliwia rozgrywanie przez mocarstwa występujących między państwami tego regionu konfliktów do własnych celów.
„Twarde jądro” Unii Europejskiej, czyli Niemcy, Francja oraz - w mniejszym stopniu – Włochy i Wielka Brytania, jest żywotnie zainteresowane bałaganem na Bałkanach. Aspiracje unijne państw tego regionu w połączeniu z niezgodą między nimi, to sytuacja optymalna z perspektywy Brukseli. Umożliwia zastępowanie potencjalnych – i naturalnych - powiązań regionalnych zależnością od unijnej centrali.
Polityka ta jest zgodna z zachodnią tradycją myślenia o krajach położonych między Adriatykiem, Morzem Czarnym i Bałtykiem. W doktrynie żadnego z wyżej wymienionych mocarstw Europa Środkowowschodnia ani Europa Południowo – Wschodnia (wielu środkowoeuropejskich myślicieli traktuje tą drugą jako część tej pierwszej) nie funkcjonują jako samodzielne byty. Przynajmniej od XIX wieku są one postrzegane wyłącznie jako obiekty uzależniania i dominacji.
Animatorami tego sposobu myślenia byli i są Niemcy. Ich koncepcja Mittleuropy zakładała podporządkowanie im wszystkich państw tego regionu, przy utrzymaniu ich formalnej niezależności. Ponieważ legła u podstaw krwawych wojen, została powszechnie potępiona i oficjalnie pogrzebana. Odżywa jednak, choć skorygowana i „ugrzeczniona”, w formule niemieckiego przywództwa w zjednoczonej Europie. Jakkolwiek niemieccy politolodzy używają dziś raczej pojęcia Zentraleuropy, jest ono równie sprzeczne z polską wyobraźnią geopolityczną, jak dawna Mittleuropa. Obejmuje bowiem terytorium od Francji po Rosję i umiejscawia Niemcy w roli organizatora tej olbrzymiej przestrzeni.
Niemcy są dziś, rzecz jasna, zupełnie innym państwem. Realizują swoje hegemoniczne aspiracje na drodze pokojowej, we współpracy z innymi mocarstwami zachodnimi, oferują krajom podporządkowywanym znacznie więcej korzyści niż kiedyś. Nie zmienia to faktu, że ich imperialne dążenia stoją w zasadniczej sprzeczności z ambicjami Polski, o ile zamierza ona odgrywać w regionie rolę większą od – nie przymierzając - Łotwy.
Polska - między klakierem a liderem
No właśnie, czy zamierza? Dążenie do uznania niepodległości Kosowa wskazuje, że nie. Skoro rząd włącza się w destabilizację Bałkanów i dzielenie społeczności międzynarodowej, to z pewnością nie w celu realizacji polskiego przywództwa w Europie Środkowowschodniej. Od lidera regionu należałoby oczekiwać odegrania roli adwokata Serbii w Unii, a nie - jej przeciwnika. Izolacja tego kraju w Europie wpycha go przecież w objęcia Rosji.
Polska nie jest oczywiście na tyle silna, by prowadzić całkowicie samodzielną politykę przywództwa w regionie. Mogłaby się jednak pokusić przynajmniej o skorzystanie z okazji, by milczeć i nie zrażać do siebie potencjalnego sojusznika. Z pewnością bylibyśmy w stanie posunąć się o krok dalej i nie uznać niepodległości Kosowa. Pokazalibyśmy dobrą wolę nie tylko bałkańskim przyjaciołom: Serbii, Grecji, Bułgarii, Rumunii, Chorwacji oraz Bośni i Hercegowinie, które tak właśnie postąpiły, ale też innym naszym sojusznikom w Europie Środkowowschodniej i na Kaukazie. Przecież Kosowa nie uznała Słowacja, a Czechy wyraziły daleko idący sceptycyzm, uzależniając swoje poparcie od udowodnienia przez władze nowego państwa swojej wiarygodności. Z bardziej odległych, ale ważnych dla nas państw, nie uznały go również Gruzja i Azerbejdżan. Polska, ze względu na swoją wielkość, historię i położenie powinna być najbardziej donośnym głosem w tym chórze.
Zamiarem Sikorskiego i Tuska jest jednak widocznie wystąpienie w roli unijnych klakierów w nadziei, że spotka ich za to nagroda ze strony państw, których interesy zabezpieczają. Tak należy rozumieć wypowiedź o potrzebie bycia w „głównym nurcie polityki europejskiej” w sytuacji sprzeczności celów tej polityki z polską racją stanu.
Stwierdzenie premiera, że Polska nie podziela stanowiska krajów, które „albo ze względu na bardzo bliskie związki z Rosją (…), albo ze względu na własne problemy etniczne, są zdystansowane do projektu niepodległości Kosowa” jest tego dobitnym przykładem. Sprowadzenie całej argumentacji Gruzji czy Azerbejdżanu w tej sprawie do poziomu serwilizmu wobec Rosji i prostej ochrony swojej integralności terytorialnej jest przejawem niebywałej pogardy dla krajów, z którymi do niedawna aktywnie współpracowaliśmy, m.in. w sprawie bezpieczeństwa energetycznego. Analogiczna interpretacja postawy Czech i Słowacji potwierdza wolę rezygnacji polskiego rządu z jakichkolwiek ambicji przywódczych w regionie.
Wpisuje się to zresztą w wizję polityki zagranicznej realizowaną przez Donalda Tuska. Już podczas wizyty w Moskwie poważnie nadwerężył on sojusz polsko – ukraiński, wymieniając przyjazne gesty z prezydentem Rosji w momencie, gdy ten upokarzał Juszczenkę i Tymoszenko brutalnym szantażem energetycznym. W dyplomacji, jak wiadomo, nic nie dzieje się przypadkowo.
Teraz premier zdaje się wbijać gwoździe do trumny polityki regionalnej swoich poprzedników, która zmierzała do odzyskania dla Rzeczypospolitej jej tradycyjnej pozycji międzynarodowej i budowy koalicji oporu wobec rosyjskiej presji wojskowo - surowcowej. Propagandziści Platformy Obywatelskiej zwykli nazywać to „normalizacją”. Jeśli za sytuację normalną uznamy bezrefleksyjny serwilizm wobec Zachodu, asertywna postawa Polski z czasu rządów braci Kaczyńskich jawi się rzeczywiście jako aberracja i wynaturzenie.
Teatr geopolitycznego absurdu
Niepodległe Kosowo będzie pacynką Zachodu. Nie może być inaczej w państwie bez żadnej tradycji politycznej, ani jakiejkolwiek innej, przeżartym przez korupcję i quasi – mafijne układy. Bezrobocie wynosi tam – według różnych danych - od 40 do 50 procent, powszechna jest bieda, z którą wielu zmaga się zarabiając na handlu narkotykami i żywym towarem – najbardziej rozwiniętych gałęziach „gospodarki”. Elementarny porządek są w stanie utrzymać tylko oddziały zachodnie, których teraz potrzeba będzie znacznie więcej. Pompowane w prowincję od lat ogromne pieniądze z Zachodu były w wielkim stopniu przejadane. Nic nie wskazuje na jakąkolwiek poprawę w tym zakresie, tym bardziej, że Serbia zapowiedziała objęcie nowego państwa embargiem.
Istnienie takiego geopolitycznego kikuta będzie na rękę, obok wspomnianych mocarstw zachodnich, przede wszystkim Albanii i Turcji. Pierwsza może teraz z powodzeniem wracać do koncepcji „wielkiej Albanii” z czasów brutalnych czystek etnicznych na Bałkanach. W świętującym Kosowie powiewają dziś masowo właśnie flagi albańskie. Turcja już cieszy się ze wzmocnienia żywiołu muzułmańskiego w regionie. Odżywające w tym kraju aspiracje mocarstwowe zostaną z pewnością wzmocnione przez „prezent” w postaci nowego, finansowanego z Zachodu, islamskiego państwa. Turcja będzie mogła je z powodzeniem wykorzystywać do własnych celów.
Skorzysta na tym również Rosja. Stanie się naturalnym liderem drugiej strony głęboko od teraz podzielonej społeczności międzynarodowej. W najbliższym czasie będzie mogła z powodzeniem występować w roli obrońcy porządku i prawa międzynarodowego. Unia daje jej świetny pretekst do odwrócenia uwagi od łamania praw człowieka w związku z wyborami prezydenckimi. Na dłuższą metę, Federacja Rosyjska będzie mogła wspierać rozpad niepokornych sąsiadów, takich jak Gruzja czy Mołdawia, powołując się na casus Kosowa.
Powołują się już na niego Abchazja i Osetia Południowa – zbuntowane, spenetrowane przez Rosję prowincje gruzińskie oraz kraj Basków. Chętnych do zinterpretowania tego wydarzenia jako precedensu będzie z pewnością coraz więcej. Mętne tłumaczenia zachodnioeuropejskich dyplomatów, że przypadek Kosowa jest jedyny swoim rodzaju i nie będzie mógł być podstawą żadnych roszczeń - można włożyć między bajki.
O ile mocarstwa zachodnie, w imię swoich imperialnych interesów, są gotowe zapłacić globalną cenę za Kosowo, doprawdy trudno zrozumieć chęć dołożenia do tego „interesu” przez Polskę. Osłabienie pozycji w regionie, utrata zaufania południowych i wschodnich przyjaciół, wspieranie dezintegracji terytorialnej obecnych i potencjalnych sojuszników – to najbardziej oczywiste konsekwencje decyzji o uznaniu niepodległości Kosowa. Co w zamian – dotychczas nie wiadomo. Wygląda na to, że propagandowe slogany o „normalizacji” i „powrocie do Europy”. Nasuwa się tylko pytanie: do jakich norm i jakiej Europy chcemy wracać?


Komentarze
Pokaż komentarze (12)