Gazeta o słusznych gabarytach i wysokiej wartości brutto, z odrębną częścią prawną i gospodarczą, pełna nazwisk wybitnych dziennikarzy i felietonistów ujawniła informację niesamowitą, a nawet wstrząsającą. Tak bardzo, że redaktorzy postanowili opatrzyć ją adekwatnym tytułem:
"Zaskakująca wersja Sobiesiaka"
Przyznam się od razu - artykuł przeczytałem dwa razy. Zrozumiałem za pierwszym - ale mając w pamięci tytuł, nie dawało mi spokoju, że coś w przeoczyłem. I rzeczywiście - "'Rz' dotarła do treści zeznań Ryszarda Sobiesiaka, biznesmena z branży hazardowej, które 6 stycznia 2010 r. złożył w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej". Ten fragment mi umknął, a wymaga postawienia pytania: w jaki sposób dziennikarze weszli w posiadanie takich zeznań? Wychodząc z założenia, że prawo polskie pozwala otrzymać z prokuratury takie dane, to ja poprosze zeznania Marcina Rosoła.
"Przeciek od Rosoła?"
To dopiero wstrząs dla czytelników! Czy do postawienia takiego pytania konieczna jest precyzyjna kwerenda w prokuraturze? Skoro dziennikarze Piotr Gursztyn (niespełniony polityk, Fronda, Dziennik) i Wojciech Wybranowski (obecnie Rzeczpospolita) mają takie zdolności pozyskiwania materiałów z prokuratury, to dla ustalenia dalszej faktologii - czy dziennikarze "Rzepy" mają również zeznania Marcina Rosoła? A może akta całej sprawy? Jeśli rozumuję poprawnie, skoro przesłuchania jednego świadka są dostępne publicznie, to każdego innego również? Co nie zmienia faktu, że taka sytuacja wydaje mi się dziwna.
Zwracam się więc z pytaniem czy "pozyskanie materiałów z prokuratury" to proces oficjalny czy trzeba mieć specjalne zdolności organizacyjne?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)