Alan Turing zaproponował w 1950 roku test, który miał pozwolić określić zdolność maszyny do posługiwania się językiem i ocenić czy i w jakim stopniu maszyna samodzielnie myśli. Generalnie test wygląda tak: niezależny arbiter przysłuchując się rozmowie ma za zadanie stwierdzić, która ze stron dialogu jest maszyną. Jeśli nie stwierdzi albo się pomyli - maszyna przeszła test i tym samym można ją sprzedawać w kioskach jako Homo Sapiens Ferbie. Popyt gwarantowany, ale dzisiejsze wydarzenia w komisji hazardowej mogą poważnie wpłynąć na metodologię testu Turinga.
Po pierwsze, jak odróżnić człowieka z głęboko posuniętym zespołem niepamięci od maszyny powtarzającej "nie pamiętam" we wszystkich odmianach i synonimach dostępnych w słowniku wyrazów bliskoznacznych? Trudno będzie zbudować odpowiedni algorytm który z takim wyzwaniem się upora. Łatwiej będzie założyć, że Ryszard Sobiesiak jest maszyną. O co, przypominam, nikt z posłów świadka nie zapytał! Podejrzewam nawet, że nasi światli posłowie i Beata Kempa o Turingu nawet nie słyszeli, i nie zdają sobie sprawy, że gadają w sumie do ściany. Co po tylu godzinach gadania jest na tyle irracjonalne, że sugeruje konieczność zadania ważkiego pytania:
Czy posłowie komisji śledczej zdali dziś test Turinga?
Pytanie z jednej strony ważne i doniosłe, z drugiej odpowiedź nie pociągnie za sobą żadnych konsekwencji, bo i kogo to obchodzi? A ważne, gdyż jak dotąd jedyną znaną mi postacią która testu Turinga nie zdała jest szpiczastowłosy szef z komiksu o Dilbercie ;p
ps. słowo w sprawie Iranu pod wpływem 20%.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)