Sam byłem w Baudienstcie i wiem co mówię i piszę. Przedstawiam prawdę, jaka była i nie mam żadnego interesu aby zmyślać lub ją ubarwiać. Rzeczywistość była wystarczająco groźna i uporczywa (rozciągnięta w czasie), aby była do wytrzymania, dla anemicznego chłopaka „z gimnazjum” (po II klasie przed wojną), bez ojca (zmobilizowanego lekarza weterynaryjnego i zaginionego w czasie działań), z matką pogrążoną w ciężkiej depresji po śmierci 17-letniej utalentowanej córki (z winy lekarza) i śmierci 17-letniego syna (ochotnika z PW broniącego w wojsku Lublina – w dniu 17 września!). Znaleźliśmy się z matką w obcym mieście – Częstochowie, po przeniesieniu się rodziców kilka dni przed wojną z Kielc.
Niemcy, zgodnie z międzynarodowymi przepisami, nie mogli zarządzać poboru do wojska w okupowanym kraju (a taki status miała „Generalna Gubernia”) . Polacy byli jednak drugim narodem po Żydach do wyniszczenia, z czym niemieckie władze się nie kryły. Z powodu potrzeb wojennych i braku własnej siły roboczej wykorzystywali oni Polaków w różnych formach niewolniczej pracy na rzecz Niemiec. Ponadto obawiali się bardzo polskiej patriotycznej młodzieży i stąd największe ich starania były, aby tę młodzież wpierw okiełzać, potem roboczo wykorzystać i wreszcie usunąć. Początkiem dyskryminacji był obowiązek pracy od 16-tego roku życia, z tym że liczyła się tylko praca „na rzecz Rzeszy Niemieckiej”. Po skończeniu 16 lat od 1940 zacząłem pracować fikcyjnie jako pomocnik dentystyczny (bez wynagrodzenia), co dosyć iluzorycznie miało mnie chronić przed wywózką do Niemiec lub pracą w zakładach zbrojeniowych Rzeszy, np. „Hasag” w Częstochowie. W każdej chwili, w przypadku zatrzymania w łapance ulicznej (a były one częste i najbardziej wyłapywano młodzież), mogłem przez ten częstochowski zakład trafić do jeszcze gorszych zakładów w samej Rzeszy.
Dodatkowym zabezpieczeniem miała być (również fikcyjna) choroba płucna. Moja matka trafiła do specjalisty chorób płucnych dr Stanisława Szwedowskiego, który sam chory na gruźlicę z poświęceniem prowadził Ośrodek Przeciwgruźliczy. Niemcy panicznie bali się tyfusu plamistego i gruźlicy, więc papiery o zarejestrowaniu się w Ośrodku i trwaniu kuracji były pewnego rodzaju zabezpieczeniem (które mogło się jednak skończyć tragicznie – usunięciem choroby wraz z osobnikiem – tego jednak już nie zdążyli). W 1941 udało mi się zacząć pracę jako robotnik w Biurze Pomiarów Zarządu Miejskiego, co było znacznie lepszą ochroną przed wywózką (lecz nie kompletną). W łapankach ulicznych łapacze z Arbeitsamtu, żandarmi niemieccy lub żołnierze potrafili podrzeć dokumenty pracy i szybko wywieźć do Niemiec lub ulokować w niesławnym „Hasagu”. Udało mi się uchronić od wywózki, lecz stale nade mną wisiała groźba poboru do Baudienstu.
Baudienst czyli służba budowlana, była obejściem przez Niemców zakazu poboru do wojska. Pobór odbywał się jak do wojska. Dyscyplina i organizacja jak w wojsku. Do tego przymusowa bezpłatna służba w zamkniętej organizacji prowadzonej w drylu wojskowo-obozowym. Krótko mówiąc, był to obóz koncentracyjny o jeszcze nie do końca doprowadzonym zestawem represji: baraki drewniane, prycze piętrowe, plac „apelowy”, jedzenie obozowe składające się z pajdy czarnego zakalcowego chleba, czarnej kawy z żołędzi, zupy z brukwi, zgniłych kartofli i czasem innych, nadgniłych warzyw. Bajanie niektórych obecnych „opisywaczy” Baudienstu o pijanych junakach, jest tak samo prawdopodobne jak dawanie wódki więźniom w Dachau czy Auschwitz. Przymusowa, bardzo ciężka praca trwała 12 godzin (od 6-18) przed nią 1 godzina apelu na placu (nieustanne liczenie i stale coś się nie zgadzało), i po pracy – taki sam godzinny apel. Kierownikiem, a właściwie panem naszego życia i śmierci był młody (trochę powyżej 20 lat) niby Polak – Dębski. Pewnie volksdeusch. Pięknie ubrany, w elegancko wypastowanych butach „oficerkach” , wyposażony w lornetkę, trzcinę i rower. Objeżdżał on odcinki robót, z daleka wpierw sprawdzając, kto się słabo przykłada do pracy i potem katując go trzciną. Bali się go nawet niemieccy nadzorcy budowlani (mógł donosem na nich spowodować wysłanie ich na front lub do obozu).
Moje papiery chorobowe (otwarta gruźlica) powodowały kilkakrotne odroczenie „służby”. Później jednak mnie dopadli, dzięki bezwzględności na poborze lekarza, Ukraińca. Rozpocząłem służbę z łopatą zamiast karabinu i w drewniakach jako jedyne wyposażenie ubraniowe. Można było dostać jakieś pożydowskie odpady ubraniowe, lecz nikt z nas ich nie chciał brać (i nie było przymusu). Obóz Baudienstu w Częstochowie był w trakcie organizacji. Jakkolwiek były już baraki i otoczony był drutem kolczastym, jednak na noc wypuszczano nas jeszcze do domów. Było to dobre, bo mogłem w domu coś zjeść (o ile matka o coś się wystarała). Ponadto byłem w trakcie tajnej nauki gimnazjalnej i wieczorem chodziłem na lekcje (gdzie zresztą zdarzało mi się zasypiać). Miało też złe strony, bo musiałem o godzinę wcześniej wstawać (przed 4-tą rano) i potem w drewniakach wędrować kilka kilometrów przez miasto do obozu. O niestawieniu się lub spóźnieniu nie było mowy, groził bezwzględnie obóz koncentracyjny lub tzw. „Zawodzie” (więzienie, z którego wychodziło się do „koncentraka” lub umieszczano na liście „zakładników”, których po 10-u lub 20-u sukcesywnie rozstrzeliwano w represji za ataki na Niemców – co publikowano na tzw. czerwonych plakatach. Niestawienie traktowano jak dezercję z wojska w czasie wojny .
Aby mnie obudzić rano, matka musiała mnie ciągnąć za włosy, inaczej się nie dało przywrócić mnie do świadomości. Potem był godzinny apel, podział na komanda robocze i wyjście z obozu do pracy. Ja pracowałem na „kipie” czyli budowanym nasypie kolejowym. Nasza drużyna rozładowywała pociągi wywrotek nadjeżdżające na skraj kipy po prowizorycznym wąskim torze. W określonym czasie każdy musiał opróżnić motyką zbryloną, mokrą glinę z przydzielonej mu wywrotki.
Były to wywrotki dużego formatu, a mokra, tłusta glina przylegała do ścian i samoistnie nie wypadała z wywrotki. Wbijało się motykę w glinę i wisząc nad samym skrajem kipy, własnym ciężarem oraz tą niewielką, posiadaną siłą (anemiczny nastolatek!), przy stałym ponaglającym wrzasku nadzorcy niemieckiego, starałem się wyrwać to cholerne ciężkie ciasto z wagonu. Wagony był ładowane gdzieś kilka kilometrów dalej, za pomocą koparki mechanicznej. Koparka miała większą wydajność od naszych możliwości wyładowczych. Następny pociąg już czekał na bocznym torze. Niemiec dostawał furii, Dębski nas z odległości podglądał, a my opadaliśmy ze sił. Na szczęście nie było między nami szczególnych siłaczy, którzy by podpędzali robotę. Pracowaliśmy względnie równo, z równie nadmiernym wysiłkiem. Jedynym plusem tej roboty było, że unikaliśmy zimna (był to okres około marcowy i wilgotno z temperaturą około zera i stałym wiatrem) nasze ubrania były całkowicie niedostosowane do warunków i pogodowych i pracy (np. drewniaki powodowały własne „wywrotki” na mokrej glinie). Warunki pracy i bytowania były nie do wytrzymania. To, że mogliśmy wychodzić z obozu, dawało pewną swobodę. Zapowiedziałem matce, że dłużej jak miesiąc nie wytrzymam i nie czekając aż nas zamkną, pójdę „do lasu” (oczywiście, jak znakomita większość młodzieży „gimnazjalnej”, byłem w AK.). Matka czyniła starania i wielce tu pomagał pan doktor Szwedowski, który uratował wielu młodych ludzi dobrą opieką lekarską a także zaangażowaniem w obronie przed Niemcami i wojną. (Ofiarnie również pracowały panie w laboratorium lekarskim). Praca na kipie po pewnym czasie się nieco poprawiła, bo nieznani koledzy z AK pracujący w ekipie naładunkowej systematycznie uszkadzali koparki i wówczas ich ręczny naładunek odpowiadał w czasie naszemu rozładunkowi. Wtedy (nie pamiętam powodu – może byłem dobry lub za słaby?) zostałem przeniesiony do pracy „wajchowego” na kipie. Moim zadaniem było przekładać zwrotnicę przy manewrowaniu pociągów: nadjeżdżającego z ładunkiem i opróżnionego po rozładunku. Wspomniane sabotaże kolegów przy naładunku, zmniejszyły znacznie częstotliwość kursowania pociągów i moja praca wajchowego stała się raczej synekurą: więcej siedziałem (a raczej stałem podparty) niż pracowałem. Nawet zacząłem przynosić książki i z nudów próbowałem się uczyć. W dalszym jednak ciągu pogoda była „pod psem” i teraz bez fizycznego wysiłku, na wietrze, w cienkim płaszczyku i sweterku było mi niesamowicie zimno. Jedyną, dosyć niewystarczającą ochronę stanowiły warstwy gazety odnawiane codziennie pod płaszczem na piersiach i na plecach.
Nieco później, już przy lepszej pogodzie, przeniesiono naszą brygadę na tory normalnej kolei do rozładunku otwartych wagonów z szynami kolejowymi i podkładami. Szyny lubiliśmy wyładowywać, bo majster niemiecki był lepszy i przekupywał nas skróceniem czasu pracy po terminowym rozładowaniu wagonów. Była wojna! Każdy wagon był bardzo potrzebny i kolej dawała krótki czas na rozładunek. Wojenne hasło na plakatach: „Alle Räder müssen rollen für den Sieg”. To były okolicznościowe rozładunki i czasowo daliśmy się przekupić. Ponadto ta praca nas bawiła, choć była bardzo ciężka i niebezpieczna. Najpierw z każdego końca wagonu spuszczano jedną szynę, jednym końcem. Tworzyła się równia pochyła, po której następnie spuszczano szyny na dół, już obu końcami. Szło to szybko i cały wysiłek był w podniesieniu szyny i załadowaniu jej na równię. Na komendę, równocześnie, puszczano oba końce i szyna jechała w dół. Pięknie. Cała sprawa zamykała się w jednym: należało absolutnie równo, w jednym czasie puścić oba końce szyny. Małe opóźnienie o drobny ułamek sekundy powodowało, że szyna zaczęła zjeżdżać jednym końcem, a drugi się unosił i uderzał niefortunnych spóźnialskich, co kończyło się groźnymi obrażeniami, a nawet śmiercią.
Nam się udawało, choć były chwile grozy i tylko odskok ratował przed wypadkiem. (Ostrożność i uwaga obniżała się wraz ze zmęczeniem). Natomiast brygada zajęta rozładunkiem podkładów miała mniej szczęścia: majster, Niemiec, był bardzo bezwzględny, o zapędach sadystycznych. Do przeniesienia ciężkiego drewnianego podkładu wyznaczał tylko dwóch chłopaków, co znacznie przekraczało rozsądne normy dźwigania ciężarów, i do tego zmuszał ich do biegu, popychając podkład od tyłu. Majstra tego nazywano: „Babka”. Potrafił mówić po polsku tylko kilka słów: „robić jak stara babka”. Stale wrzeszczał i poganiał, wprost znęcając się. Przy jego nadzorze, w czasie rozładunku szyn, dochodziło do wypadków. W końcu zdesperowani koledzy puścili mu szynę na nogi, w chwili, gdy się obrócił i stał zbyt blisko. Z połamanymi nogami poszedł na długi czas do szpitala. Podobno kiedyś wrócił, ale był to już całkiem inny człowiek. Załamał się!
Ratowała nas stała akcja sabotażowa oraz czynna samoobrona. W tej dopomogła odpowiednia komórka AK. Gdy już po skomplikowanych staraniach mojej matki przedostałem się do izby chorych, a potem na wolność, działy się „w naszym Baudienstcie” różne rzeczy. Wpierw zamknięto obóz, a kat Dębski stworzył warunki nie do wytrzymania, ustalono wtedy jego miejsce zamieszkania, pobito w nocy, tak ciężko, że został kaleką i wypadł z obiegu. Później były podobno dalsze interwencje w samym obozie i podpalenie lub spalenie baraków, ale mnie już wtedy Baudienst nie interesował i miałem inne zajęcia (tajna matura, tajna politechnika, podchorążówka AK i praca zarobkowa – jako zastępcza głowa rodziny).


Komentarze
Pokaż komentarze (5)