Majętni ludzie lubili czasem trwonić majątki na małpy. Niektórzy na więcej niż jedną. Jednak – jak uczy historia i pitavale – małpy obdarowywano pieniędzmi, złotem i klejnotami w pewnej kolejności czasowej. No, czasem dwie małpy prawie naraz, czasem nawet trzy – ale rzadko. Małpy dostawały i odwdzięczały się swojemu dobroczyńcy. Nikt jednak nie szastał groszem na rzecz innych ludzi. Małpa bardziej upubliczniona traciła zainteresowanie darczyńcy – chyba że była szczególnie atrakcyjna, a człek sfiksowany na jej tle. Tymczasem (fantazjo a wisz, życia nie przejaskrawisz) dać komuś tak z pół miliona na kilkadziesiąt małp – to ewenement.
Podejdźmy do tematu od drugiej strony: włodarz miasta jest biedny (ma tylko 2,8 miliona zł), na małpy go nie stać, a chciałby je mieć w swoim władaniu w myśl zasady: moje małpy – mój cyrk. Utrzymać cyrk, to życiowa szansa. Małpy muszą więc mieć się dobrze. Chwila namysłu, telefon tu, telefon tam i jest... Znalazł się głupi (a może mądry), który potrafił odjąć od ust innym, a dać sporo złota na te małpy. Szafa gra, małpy tańczą... ale do czasu – tak długo jak długo tę złotodajną katarynkę nakręca korbą jedna pani o ksywie: pro-kur...
Ludzieeeee....!


Komentarze
Pokaż komentarze