Na temat Katastrofy Smoleńskiej zabierało głos już setki ludzi w tysiącach wypowiedzi o charakterze informacyjnym, opiniującym, oceniającym, komentującym, oskarżającym, obronnym, wyjaśniającym itd. itp.
W zależności od kondycji intelektualnej, posiadanego wykształcenia, wiedzy ogólnej oraz specjalnej a także intencji, poziom tych wypowiedzi oraz ich wartość merytoryczna jest bardzo rozbieżna. Ta rozbieżność jest pogłębiona przez animozje osobiste uczestników dyskusji oraz – co bardzo ważne – przez ich poglądy polityczne lub kulturowe. Na tej ostatniej podstawie nastąpił podział i automatyczna, głoszona przez dyskutantów, klasyfikacja: głosy krytyczne dotyczące oficjalnych tez i ustaleń podawanych przez czynniki państwowe Rosji i Polski – to PISOWCY, natomiast popierające – to zwolennicy obecnego rządu czyli PO-powcy lub przeciwnicy ideologiczni i organizacyjni PiS-u w postaci pozostałych frakcji opozycji parlamentarnej oraz osobiście Kaczyńskiemu. Podział po obu stronach jest tak wielki, że wzajemne odsądzanie się od czci i wiary oraz wiedzy i kompetencji podpierane jest często najbardziej ostrymi lub wulgarnymi epitetami. Kwestionuje się wszystko i dochodzi do tego, że nawet taki – zdawałoby się niezaprzeczalny sam fakt katastrofy – jest negowany.
Doszło już do tego, że każda próba obiektywnej (zdawałoby się) oceny staje się niebezpieczna, a jej głosiciel obrzucany pomówieniami i kalumniami. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że w wydarzeniu, w którym jest wiele wątków niejasnych i elementów wątpliwych oraz przyczyn być może ukrytych, doszło do wielu zaniedbań ustalających i dochodzeniowych oraz wręcz kompromitujących tzw. „komisje” oraz czynniki oficjalne.
W tym miejscu, przez zwarty front części czytających, zostaję zakwalifikowany do jednej z opisanych powyżej grup. Jednak, na przekór rozsądkowi (i głosom rodziny: daj spokój) brnę dalej.
Podstawowe, nienaruszalne zasady dochodzeń w sprawach wypadków losowych i działań szkodliwych:
- ustalić dokładny czas i miejsce wydarzenia oraz jego uczestników, a także świadków;
- ocenić podstawowe skutki wydarzenia oraz akcje zmierzające do ich zminimalizowania (akcja ratunkowa, pożarnicza, ochronna);
- ująć i zabezpieczyć wszystkie elementy rejestrujące wydarzenie, jego miejsce i uczestniczące składniki materialne i osobowe;
- wprowadzić do działań powydarzeniowych i oceny przyczyn oraz skutków wszelkie możliwe (nawet mało prawdopodobne) przyczyny (zarówno losowe, naturalne i osobowe – przestępcze);
- zastanowić się nad tym, kto mógłby skorzystać lub kogo można by podejrzewać o pomoc sprawczą lub współdziałanie;
- w przypadku możliwości konfliktu interesów powiadomić wszystkie zainteresowane strony i z nimi współdziałać;
- prowadzić dochodzenie bez pochopnych eliminacji niektórych przyczyn lub skutków, a także bez ulegania zbyt widocznym sugestiom;
- uwzględniać inne, nie opisane powyżej okoliczności oraz nasuwające się podczas prowadzenia dochodzeń.
(Uwaga: są to moje osobiste przemyślenia oraz działania wynikające z wielu dziesiątków lat strawionych na badaniach analitycznych i ekspertyz – w tym sądowych. Kryminolodzy mogą je uznać za zbyt naiwne i niedoskonałe, ale chyba nie błędne.)
Wracając do głównego tematu Katastrofy Smoleńskiej, zajmę się ważnością i wartością szybkiego ustalenia dokładnego czasu. W moich wystąpieniach blogowych, szereg komentatorów w wielu wypowiedziach próbowało ten element zbagatelizować, a mnie uznać albo za matoła, albo za nadmiernie czepialskiego (vide: Cheshire Cat, lub pośrednio Barbie, Salmonidae, Nudna Teoria w: http://barbarus.salon24.pl/458219,smolensk-i-nauka-polska#comment_6780792) za zwrócenie uwagi na błędne podanie czasu na posiedzeniu pierwszej komisji z udziałem Putina. Informator Putina był bardzo odpowiedzialnym członkiem tej podstawowej komisji, z której ustaleń wynikły następujące po sobie działania począwszy od oddania do MAK monopolu na dochodzenia podstawowe.
Aby nie być gołosłowny o wartości dokładnego ustalenia czasu podam przykład:
W latach PRL na obiekt o ściśle wojskowym wykorzystywaniu nadeszła uszkodzona cysterna z lekkim, benzynowym paliwem. Podczas przepompowywania zawartości nastąpił zapłon par benzyny nad otwartym włazem cysterny. (Możliwe konsekwencje: po kilku minutach początkowy kilkunastometrowy słup ognia doprowadzi do zagrzania płaszcza cysterny, a ten do zagotowania zawartości (temp. wrzenia ok.50 stopni) i nagłego wzrostu ciśnienia benzyny w cysternie. Wytryskujący strumień gazu zaczyna wtedy działać jak rakieta odrzutowa – cysterna zaczyna się chwiać, potem się przewraca i teraz już i gaz i oswobodzona ciecz wywołują ogromny pożar. W pobliżu są dziesiątki zbiorników z najlżejszą benzyną. Zaczynają one po kolei wybuchać. Obok obiektu w odległości kilkudziesięciu metrów znajduje się silnie zamieszkałe skupisko domów – dzielnica robotnicza, a nieco dalej dworzec kolejowy na głównej trasie osobowej i towarowej. Pożar nie do opanowania, straty również.) Sytuację uratował doświadczony pracownik ekspedycyjny, przeszkolony dobrze na wewnętrznych kursie, który akurat znajdował się na cysternie i dokonywał pomiaru. Wiedząc, że całe źródło ognia znajduje się nad cysterną próbował zamknąć pokrywę włazu, ale przeszkadzał temu włożony przez właz rurociąg ssący. Wrzasnął głośno „pożar” a do ubezpieczającego operację strażaka (taki zaspany i małorozgarnięty „chłopo-robotnik” ) z gaśnicą śniegową: „wejdź na górę i w szparę gaś” . Słup ognia znacznie się zmniejszył, więc ratownik wyrwał wąż, wyrzucił na rampę i zatrzasnął wieko. Cysterna przestała się palić, ale resztki płonącej benzyny z węża podpaliły drewnianą rampę magazynu. Wtedy wspólnymi siłami nabiegających pracowników magazynu, którzy wpierw wdusili przycisk alarmowy do zawodowej straży pożarnej, za pomocą agregatu gaśniczego zaczęli lokalizować pożar rampy, a przybyła po 2 minutach straż zawodowa dokonała reszty. Wszystkie dane z przesłuchań, wizji lokalnej, sprawozdań przekazano do władz naczelnych w Warszawie. Epilog: ostateczny werdykt o pożarze wydała warszawska komisja złożona z wybitnych naukowców z najwyższych instytutów naukowych, który brzmiał – pożar powstał w wyniku zaiskrzenia wywołanego elektrycznością statyczną, a szybkie i sprawne działanie zawodowej straży pożarnej zapobiegło rozprzestrzenianiu ognia i zagasiło pożar. Dodatkowo, na mój uporczywy wniosek, przyznano pracownikowi (głównemu bohaterowi wydarzenia) 500 zł nagrody (taka niezaduża część miesięcznych poborów). Komisja, a jakże, dojrzała związek „przyczynowo-skutkowy” czasu reakcji zawodowej straży pożarnej (2 minuty od zgłoszenia!). Czas ten potwierdzali pracownicy magazynu wg zanotowanego czasu wezwania i przybycia straży (portiernia). Dokładność pomiaru sprawdzona. Jednak wraz kapitanem zakładowej straży pożarnej zastanawialiśmy się, że przez 2 minuty nawet najsprawniejsza jednostka nie jest w stanie po alarmie wyjechać i dotrzeć na miejsce odległe niewiele, ale jednak chyba powyżej 2 km. Drugie zastrzeżenie: cysterna była uziemniona jak najbardziej prawidłowo i skuteczność uziemnienia komisyjnie sprawdzono po pożarze. Wszystkie urządzenia rozładowcze (silnik, pompa, rurociągi) były również prawidłowo uziemnione i bezpieczne wybuchowo. Wiadomo, że przemieszczanie płynów obojętnych elektrycznie powoduje powstawanie ładunków elektrycznych na ściankach naczyń i dlatego te ładunki odprowadza się w sposób beziskrowy do ziemi przez odpowiednią instalację. Werdykt wysokiej komisji uznaliśmy obaj za absurdalny (ja przede wszystkim w ocenie wybuchu, on przede wszystkim w ocenie czasu). Zajrzeliśmy na miejsce zdarzenia i sprawdziliśmy, że napowietrzne przewody wezwania straży pożarnej biegły dokładnie nad miejscem postoju cysterny. Druty były nieizolowane. Pracownik dokonujący pomiaru poziomu płynu w cysternie, wyciągając aluminiową listwę pomiarową z cysterny, dotknął nią drutu i spowodował przepływ prądu w instalacji zgłoszeniowej i tym samym alarm w straży pożarnej. A następnie podnosząc ją wyżej rozwarł połączenie między kołnierzem cysterny i przewodem alarmowym powodując przeskok iskry połączeniowej (a nie żadnej elektrostatycznej). Wtórny epilog: spowodowaliśmy skablowanie przewodów wezwania straży pożarnej na całym terenie zakładu i w innych.
Smoleńsk: Takie opóźnienie czasu wydarzenia o ok. 15 minut mogło mieć swoje uzasadnienie bardzo doraźne: ukrycie opóźnionego działania ratunkowego, pożarniczego i alarmowego (a także odpowiedzialności za to). Jakie były inne przesłanki takiej „zmyłki” nawet w informacji dla najwyższego zwierzchnika rządu Rosji, nie będę dochodził, bo jednak skuteczne działanie szerokiej opinii przywróciło właściwą ocenę czasu.
I to był tylko jeden aspekt niedokładności i zaniedbań (?) już na progu działalności wszelkiego rodzaju komisji. Potem potoczyło się tak wiele...


Komentarze
Pokaż komentarze (13)