Bilbo... Bilbo... to nie był żaden rycerz z głupim pierścieniem na palcu! To był pies! Zwykły, normalny, dorodny, fotogeniczny pies z długimi opadającymi uszami i smutnym pyskiem, który jednak potrafił pokazać wesołość. Przyjazny światu, ludziom i kotom, pies z obrożą na szyi. Pies – z wyglądu Beagle (i jakoby rodowodu), który przez calę swoje życie nie mógł ani razu wypełnić przyrodzonego mu zadania wytropienia po świeżych śladach sarny, jelenia, dzika czy nawet tylko zająca. A mógłby! Śladów miał pełno na pobliskich ląkach i nos pełem gonionych zapachów. Obroża oraz smycz trzymała go na dystans od jego największych pragnień. Pan nie dał mu tych szans, a on mimo to swojego Pana szanował i uwielbiał. Trzeba by psiego filozofa by rozszyfrował psią naturę. Jego natura – objawiana natura – była prosta i nieskomplikowana: pilnować domu, obszekać wałesające się indywidua, przywitać z entuzjazmem domowników i zaprzyjaźnione osoby, pożegnać hałaśliwie wybywających. Do tego przykładała się się dziedziczna, rasowa żarłoczność. Przez tę przypadłość cierpiał przez całe życie. Marzył o tym by mieć pełen żołądek – nie ważne jak wartościowym pokarmem napełniony. Zamiast tego otrzymywał racjonalny, suchy, kosmiczny pokarm, którego drobna ilość szybko znikała w przepastych zakamarkach wnętrzności i powracał GŁÓD, przejmujący głód, który męczył i dręczył. Dręczony niewolnik nie myśli o niczym, tylko o swojej udręce. Bilbo myślał... Wysilił całą swoją inteligencję, aby choć na chwilę czuć się spełnionym. Wpierw drobne korzyści: chcesz „łapę” daj mieso lub bułkę. Cieszy cię jak skaczę przez grabie, laskę lub nogę – proszę bardzo... zatańczyć na dwóch łapach – OK... Potem doszły większe działania, bardzo dobrze przygotowane: zostawiasz coś żernego w zasięgu skoku lub pyska... odchodzisz na moment od obiadu... i... nie miej pretensji – sorry... taki mamy apetyt...
Nie było w nim ani trochę nienawiści czy nieuzasadnionej – a nawet uzasadnionej złości (jakby się to przydało takim ludzkim herosom jak Putin lub drobny Tusk – też żarłocznym – tylko inaczej). Swojej zdobyczy w pysku bronił, zaciskając szczęki (a miał te szczęki potężne i nadzwyczaj silne). Jednak doceniał prawo do działania przeciwko przywłaszczeniu zdobytego lub znalezionego kawałka kości lub innego smakołyku. Jeżeli udało ci się rozewrzeć mu szczęki (zadanie niezwykle trudne), nie mścił się nie gryzł po rękach – tylko dalej walczył o przechwycenie kąska. Porażkę (definitywne odebranie) znosił z godnością: „nic się nie stało...trudno...”
Dziś... nie ma już Bilba... pozostały tylko wspomnienia.... i fotografie... i płacz Szymona po jego odejściu....


Komentarze
Pokaż komentarze (3)