Pan Osiejuk pisząc o życiu w PRL opisywał różne ciekawostki komunistyczne, a także o telefonach. No to ja też napiszę „coś o naszym telefonie”.
W pierwszych latach po wojnie mieszkałem w Poznaniu „na pokoju” u teściów w porządnej kamienicy. Kamienica nieduża. Wszyscy lokatorzy się znali z czasów przedwojennych. Rodzina administrująca domem miała telefon – jeden na całą kamienicę. Jednak panowała jakaś solidarność korzystania z niego. Telefon był zainstalowany w korytarzu i wszyscy – cała kamienica – z niego korzystała. Chodziło się do nich swobodnie z 50 gr w ręku i telefonowało bez skrępowania. Do nas też ludzie dzwonili i „telefoniczni sąsiedzi” spokojnie nam to awizowali. Oczywiście sami próbowaliśmy założyć sobie telefon, co nie było łatwe. Prywatnie – żadnych szans. Nazbierałem dokumentów, że potrzebny jest mi do celów służbowych. Poparcie było mocne – na podanie odpowiedź: brak wolnej linii, wpisano w kolejkę czekających. Co roku powtarzałem zgłoszenie i tak 6 lat czekałem bezskutecznie. Jednak los potrafi czasami spłatać figla. Miałem zaprzyjaźnionego kolegę gimnazjalnego, który pracował w dyrekcji lasów państwowych. Miał on inne perypetie, bo był notowany za udział w strajku studenckim w 46 roku. Kolega, Zbyszek – jak wszyscy leśnicy – lubił wypić, co było dla niego bardzo korzystne, bo szef kadr – bardzo ustosunkowany partyjnik (w kontrli partyjnej KW PZPR) – a nałogowy alkoholik, polubił z nim picie i stał się jego promotorem – opiekunem politycznym. Dalszą igraszką było poznanie na imieninach u Zbyszka tego protektora. Tak się w moim życiu składało, że bardzo często różne wywłoki lub wątpliwego autoramentu osobnicy obdarzali mnie niczym nie uzasadnioną sympatią (może dlatego, że zawsze bywałem grzeczny ?) Ów protektor też zapałał do mnie sympatią, co przeniosło się również na moją żonę. Gwałtownie zażądał podania numeru telefonu (bo w pijanym widzie lubił sobie podzwonić po znajomych). Żona mówi:– my nie mamy telefonu. Próbowaliśmy założyć, ale na naszej ulicy brak jest wolnej linii i od 5 czy 6 lat stale nam odmawiają. To go rozśmieszyło i zadeklarował:– jutro będziecie mieli telefon. To z kolei nas rozśmieszyło, bo starania były różne i zawsze bezskuteczne. A on powtarza:– Jutro będziecie mieli telefon, ale warunek – jak sobie popiję to będę mógł do was dzwonić na pogaduszki. To było tak nierealne, że się nieopatrznie zgodziliśmy. Następnego dnia dzwonek do drzwi – dwóch ludzi starszy (mistrz telekomunikacji) i młodszy – jego pomocnik. I zaczęło się instalowanie na zewnątrz mieszkania odpowiednich urządzeń, ciągnięcie drutów przez korytarz i wszystkie pokoje, przewiercanie się przez półmetrowej grubości ściany i w końcu po kilku godzinach intensywnej pracy zainstalowanie w naszym (ostatnim) pokoju pięknego, nowego telefonu, który natychmiast zadziałał. Byliśmy oszołomieni. Wiesia zrobiła „dla panów” zakąskę. Ja wyciągnąłem nalewkę (miałem dużo służbowego spirytusu) i mistrz zaczął biesiadować. Temat wykonanej pracy instalacyjnej był skrupulatnie omijany. Oni – pewnie z obawy „co my za jedni”, a my też ich niepewni. Mistrz popił i musiałem wysilić swoją inteligencję, aby się ich pozbyć (żadnej gratyfikacji pieniężnej nie chcieli i nie wzięli by z powodów – jak wyżej). Od tej pory zaczęliśmy cierpieć nocne męki, gdy pijak dzwonił i tylko mówił – halloooo, halloooo. W końcu ryzykując obrazę lub coś gorszego zacząłem wyłączać wtyczkę telefonu. Czasem jednak po kilku godzinach, po ponownym włączeniu, w słuchawce było – halloooo, halloooo.
To był taki przykład pomyślnej igraszki losu. Telefon jednak bardzo się nam przydał. Był bardzo przydatny. Najwięcej cieszyła się nasza ukochana córeczka, która godzinami wisiała przy słuchawce gaworząc ze swoją koleżanką klasową.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)