0 obserwujących
1 notka
1404 odsłony
  1358   1

11 września 2001.

Wspomniane zdjęcie z albumu o NYC
Wspomniane zdjęcie z albumu o NYC

Nie będzie wstępu.

Jest lipiec 1982 roku. Komuna, szaro, buty zimowe Relax udało się kupić dwa dni temu. Jako 10-latek siedzę z rodzicami na działce pod Białymstokiem. Odwiedzamy sąsiadów. Ja się przysłuchuję. Rozmowa schodzi na tematy geopolityki. Mówią coś o USA. Ja, już wtedy zafascynowany Stanami, wtrącam się niepytany: jak będę na trzecim roku studiów, biorę urlop dziekański i polecę do Nowego Jorku. 

10 latek. W 1982 roku. O wyjeździe do Ameryki.

10 lat później, w październiku 1992 po raz pierwszy ląduję na JFK. Nie musiałem brać urlopu dziekańskiego. 

Już wtedy o NYC wiem więcej niż przeciętny Amerykanin. Jestem zafascynowany architekturą, rozwiązaniami urbanistycznymi, kolorytem, ludźmi. Wszystkim.

Wiele lat przed przylotem dostaję od Ojca kolorowy album o Big Apple „A picture book to remember Her by” (w krajach anglosaskich o czymś co szczególnie lubimy często mówi się w rodzaju żeńskim).

Przeglądam wydawnictwo z wypiekami na twarzy i nagle, wśród wielu zdjęć moją uwagę przykuwa to jedno: oświetlone bliźniacze wieże WTC uchwycone wieczorem z perspektywy skąpanej w deszczu ulicy. Nie mogę oderwać wzroku. Zdjęcie jest absolutnie hipnotyzujące. Porusza mną do głębi.

I w 1992 roku po raz pierwszy staję na dachu południowej wieży kompleksu WTC.

Podziwiam magiczne miasto, ale największą euforię czuję będąc właśnie tam. Później wielokrotnie będę odwiedzał restaurację Windows of the World w północnej wieży. Wielokrotnie będę stawał zachwycony u stóp każdej z nich i zadzierając głowę podziwiał linie elewacji.

11 września 2001 roku obudził mnie w San Francisco, gdzie akurat mieszkałem.

Przed 6 rano ja i współlokatorzy szykowaliśmy się do kolejnego dnia realizowania amerykańskiego snu. Kolega włączył telewizor i nagle krzyczy do nas: panowie, ale k…a realistyczny film, dawajcie tu. Kolega nie znał angielskiego w stopniu pozwalającym mu się zorientować, że to jednak nie jest film. 

Ja zamarłem. Ja wiedziałem, że coś jest mocno nie tak. 

Kilkanaście minut później wiedziała cała Ameryka i cały świat. 

Pół godziny później wszędzie ryczały syreny karetek, policji, również w SanFran.

Pojawiły się pierwsze pojazdy opancerzone, Gwardia Narodowa. Na ulicę wylegli chyba wszyscy mundurowi. Ulice spokojnych zazwyczaj przedmieść Bay Area zamieniły się w festiwal dezorientacji, szoku, a jednocześnie niesamowitej organizacji służb i części zwykłych ludzi.

Wyjechałem do pracy po zawaleniu się pierwszej z wież, już wtedy na wielu mijanych autach widziałem przymocowane amerykańskie flagi oraz napisy „United we stand”.

Dojechawszy do mostu Golden Gate, który musiałem przekroczyć, zauważyłem wozy opancerzone na obu jego końcach. Jako, że pierwsze informacje mówiły, że porwano również samolot Air France, który kieruje się na San Francisco, obawiano się ataków terrorystycznych na obiekty tamże, a GGB jest najlepszym i spektakularnym miejscem do przeprowadzenia kolejnego. Każde auto było kontrolowane, w kolejce do przekroczenia mostu spędziłem ze trzy godziny. 

Nie wierzyłem w to, co się dzieje, ten dzień przypominał mi jakiś ponury żart Stwórcy, kadr z kiepskiego filmu lub wizje meskalinowe Prospera Szmurły. 

Całe popołudnie oglądałem transmisje, relacje z przebiegu wydarzeń. Kiedy okazało się, że jednym z bohaterów słynnego lotu 93 był mieszkaniec Bay Area, pojechałem do Los Gatos gdzie mieszkał, chcąc uczcić jego pamięć. To, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Główny punkt miasta zamienił się w żywy ołtarz poświęcony Markowi Binghamowi, który poświęcił życie ratując setki innych osób i udaremnił plany terrorystów, doprowadzając do rozbicia samolotu na polu w Pennsylvanii.

Płakałem, nie wierzyłem w to, co się dzieje.

Płakała Ameryka, płakał świat.

Tego dnia nienawidziłem świata arabskiego. Bez wyjątku.

Co ciekawe, mój pierwotny termin powrotu do Polski przypadał na 11 września. Miałem lecieć na dobę do NYC, gdzie się zawsze zatrzymywałem choć na chwilę. Wracałbym lotem z SanFran do Newark, być może nawet tą maszyną, która spadła w Pennsylvanii, gdyż bilet był na linię United.

15 grudnia 2001 roku wracałem już na dobre. Zatrzymałem się w Nowym Jorku. 

Idąc do Strefy Zero nie wiedziałem jaki obraz zastanę. Bałem się tam iść, bałem się co zobaczę. I mimo, że życie w mieście wróciło do jako-takiej normy, już dwie przecznice przed kompleksem WTC, a raczej tym co z niego zostało, ludzie poruszali się wolniej, na twarzach malowała się powaga. Cały czas na elewacjach budynków zalegał pył, gdzieniegdzie widać było zniszczone fragmenty witryn sklepowych.

Wreszcie dotarłem. Już z kilkudziesięciu metrów dało się wyczuć odór spalenizny, topionego plastiku, śmierci. 

Zobaczyłem sterczący szkielet wieży północnej, z dwóch wielkich budynków został nadpalony fragment wielkości kilkudziesięciu metrów kwadratowych.

Rozpłakałem się, jak wielu innych. Nie wiedziałem jak to możliwe, ile trzeba było mieć w sobie nienawiści żeby zrobić coś takiego. Patrzyłem na zawieszoną w pobliżu ruin wielką amerykańską flagę, ale największe wrażenie zrobił na mnie fakt, że strażacy jeszcze to gasili.

Podszedłem do starszego wiekiem pracownika i zapytałem jak to możliwe, że jeszcze to gasicie. Odparł: „wiesz, to było Serce Ameryki. A serca wypełnionego żarem miłości do swego kraju nie tak łatwo ugasić. Ja tu pracuję od 11 września codziennie. W tych ruinach zginął mój syn, który był strażakiem”. 

Nic nie było w stanie opisać mojego szacunku do tego człowieka. Nic do dziś nie jest w stanie opisać mojego żalu po zniszczeniu tego cudu architektury, jak go na swoje potrzeby opisywałem.

Wieże WTC witały mnie zawsze jak przylatywałem do NYC, były pierwszym widokiem, jak dojeżdżałem na Manhattan kolejką NJ Transit z New Brunswick w stanie New Jersey, były ostatnim co widziałem wyjeżdżając wieczorem z tego fascynującego miasta.

Pamiętacie film „Gniew Oceanu” i ostatnią scenę? Trochę ją sparafrazuję:

„Wsiadasz do Staten Island Ferry, zajmujesz miejsce niedaleko kapitańskiego mostka. Jest ciepły, wrześniowy wieczór, prom odbija z przystani, jego pomarańczowy kolor kontrastuje z ciemną wodą zatoki Upper New York. Patrzysz przed siebie, wiatr owiewa twoją twarz. Po lewej stronie mijasz Governors Island, po prawej za chwilę Liberty Island ze słynną Statuą Wolności. I wtedy odwracasz głowę w kierunku dolnego Manhattanu i widzisz Je. Dumne i wyniosłe Bliźniaczki. Jeden z symboli Nowego Jorku. Arcydzieło architektury, oświetlone tysiącami żarówek. Dumnie połyskujące na nocnym niebie. Jesteś częścią tego miasta. Jesteś nowojorczykiem. Czy coś może się z tym równać?

Nie będzie zakończenia. Zostaje uczucie

Zobacz galerię zdjęć:

Broszura z tarasu widokowego WTC
Broszura z tarasu widokowego WTC
WTC
Lubię to! Skomentuj16 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości