Bogusław Chrabota Bogusław Chrabota
75
BLOG

Michnik w naszych głowach, czyli o głównej determinancie debaty

Bogusław Chrabota Bogusław Chrabota Polityka Obserwuj notkę 46

Paradoksalnie spór o lustrację w Kościele stał się nagle sporem o Adama Michnika i „jego Polskę”. Wydaje się, że to sytuacja niezwyczajna, kiedy istotny przedmiot dyskusji niepostrzeżenie migruje na margines, by ustąpić pola innemu – w tym wypadku – podmiotowi.  

Piszę niezwyczajna, ale nie w Polsce. Bowiem u nas myśl toczy się zazwyczaj zadziwiająco równolegle, a nawet wielowątkowo, aż w końcu łapiemy się na tym, że już naprawdę nie wiadomo, komu i o co chodzi, tylko emocje są z każdym kolejnym głosem większe. Nie darmo Miłosz mówił o polszczyźnie, że jest jak bluszcz splątana...

Spór o Michnika. Kto go wywołał? Właściwie sam Adam Michnik, a w ostatnich dniach osobliwie Maciej Rybiński ogłaszając koniec Polski „Michnika i Kiszczaka”. Zadaję sobie pytanie, czy taka Polska kiedykolwiek istniała, czy może zrodziła się tylko jako hipostaza w głowie Macieja Rybińskiego. Takie wyjaśnienie byłoby najłatwiejsze. Ale to nieprawda. Bo mimo, że w głowie Macieja Rybińskiego z pewnością siedzi wywijając racicami Adam Michnik, to przecież nie tylko w jego głowie, ale i w głowach Lityńskiego, Romanowskiego, Ziemkiewicza, Nowakowskiego, Michalskiego i wielu, wielu innych. Nawet i Pilcha. Nawet i mojej.

 

Otóż okazuje się, że Michnik siedzi w każdej z polskich głów. I to nie cud żaden, tylko refleks obecności Redaktora GW w polskiej polityce ostatnich trzydziestu lat. Obecności ważnej, intensywnej, barwnej, ale i władczej, nie znoszącej sprzeciwu, zatem i groźnej, a na pewno solennej.

 

Ciekawe, że dzisiejszy spór o Michnika to domena uproszczeń. Rybiński pisze, że Adam Michnik jest osobiście odpowiedzialny za zdeprawowaną III RP, która zagubiła rozeznanie co do dobrego i złego. Michnik jest złośliwym gnomem, który w imię władzy (dusz przecie, a nie politycznej!) dał gwarancję i możliwości funkcjonowania w rzekomo Niepodległej ubeckiego układu, który ją znieprawia i demoralizuje. Dopiero dziś, po sprawie a-bpa Wielgusa, otrząsnąwszy się z pyłu, Polacy powstają, by sięgnąć po sztandary oczyszczenia (wybaczcie mi zbytnią podniosłość stylu, ale inaczej - relacjonując racje Rybińskiego - się nie da).

Lityński walczy z tym poglądem wołając o polityczną trzeźwość, zaś mój krajan Andrzej Romanowski pisze o Michniku, jako o gołębicy, która sfrunęła na umęczony naród, by dać mu szeroki jak Sahara dar miłosierdzia.

Schematy, bo Adam Michnik to żywy człowiek, barwny, zmienny, o niewyparzonej gębie i mocno osadzonych poglądach. Zarazem człowiek naprawdę wyjątkowego formatu. Należę do pokolenia, które wyrastało na legendzie Michnika.

 

Pamiętam pewien dzień w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, kiedy od samego rana w całym Krakowie szeptano z przejęciem, że w mieście ma się pojawić Adam. – Będzie…, będzie Michnik, o 13.00 pod Tygodnikiem Powszechnym, na Wiślnej… Wtajemniczeni pognali, by ów żywy cud obejrzeć. Byłem jednym z gapiów, którzy doświadczyli ciepłego uścisku dłoni Adama. Pamiętam swoje wzruszenie, dumę, i łagodne poczucie otarcia się o żywy mit.

 

Ów żywy mit nie chciał w tych czasach stać się żywym człowiekiem. Mimo, że pił wódkę, kopcił jakieś papierochy, klął i jąkał się zawzięcie, dla wielu ludzi (w tym dla całej redakcji Tygodnika Powszechnego in corpore) niezagrożonie tkwił na piedestale. Skąd się to wzięło? Kto mu to zrobił? Kisiel, który dla całej formacji jego rówieśników ukuł sympatyczne określenie „michniki”? Giedroyć? Turowicz? Wałęsa? Każdy po części, ale najbardziej on sam, Michnik, redaktor, lider, pisarz, więzień, człowiek o wielkim uroku osobistym, fantazji, inteligencji, erudycji, atuty Adama można mnożyć bez końca.

 

Dziś myślę, że ten kult musiał nieco zdeprawować młodego jeszcze człowieka, jakim był w latach osiemdziesiątych Adam Michnik. Musiał uznać, że jest w centrum, że jest solą ziemi, obrotowym, symbolem, Panem – Stwórcą, a jego najbliżsi, to zaciąg anielski.

 

To wtedy musiał się zacząć jego osobisty dramat. Dramat uwiedzenia własną wielkością. Był jednym z twórców „okrągłego stołu” (paradoksem jest, że komuniści długo nie chcieli go doń dopuścić) i pewnie najważniejszym z szermierzy jego kulis. Kilka miesięcy później nikt nie miał wątpliwości, że to jemu należy się stołek naczelnego ufundowanej na wybory gazety. Michnik rozdawał role. Dzielił i rządził. Miał wpływ. Przegrywał i wygrywał. Miał poczucie, że tworzy królów („Wasz prezydent, nasz premier”) i może ich obalać. Brutalny atak na Wałęsę skończył się odebraniem Wyborczej znaczka „Solidarności”, ale Michnik znowu wygrał, Gazeta nie tylko przetrwała, ale i wyrosła w imperium.Sukcesy spowodowały, że kult Adama Michnika rozlał się i na czerwonych. Również oni złożyli hołdy (mniejsza, czy szczere),a skoro złożyli, to stali się swoi. A swoich się broni. Zwłaszcza, gdy piło się z nimi wódkę i słowem gwarantowało, że jeśli podzielą się władzą, to będą mieli spokój. Do układu Michnika wchodzili kolejno Kiszczak i Rakowski (u tego ostatniego w domu Adam Michnik miał się ponoć przez chwilę ukrywać w latach osiemdziesiątych), Cimoszewicz i Urban, Miller i Kwaśniewski, starzy i młodzi.

 

Redaktor miał poczucie, że tworzy rzeczywistość. Wrogami się stawali ci, którzy nie podporządkowywali się wizji, którzy wyłamywali się z układu, choćby byli dawnymi towarzyszami z podziemia. To w nich biła pod batutą Redaktora Gazeta. To oni stawali się celem krótkich, bądź dłuższych, ale zawsze dotkliwych krucjat.

 

I ten lęk przed zbudzeniem demonów nacjonalizmu, jako paliwo, anty-motywacja, postrach dla ludu. Ale ów wątek pomińmy, opisano go już dokładnie.

 

Fascynuje jak łatwo Adam Michnik wyalienował się z tłumu, jak szybko przestał czuć ludzi. Nie wiem, czy to arogancja, czy kompletny brak wyczucia pozwalał mu myśleć, że ludzie w przeszłości uwiedzieni jego legendą wybaczą mu ostentacyjne bratanie się z komunistami, ‘misiaczki’ z dawnymi katami, wódkę z Jerzym Urbanem (pamiętam jak mną wstrząsnął materiał telewizyjny Jacka Kurskiego i Piotra Semki z Adamem Michnikiem w roli głównej, który wraca z imprezy z Urbanem na piechotę, by potem,  w swoim przekonaniu poza zasięgiem kamer, wskoczyć do Jaguara naczelnego Tygodnika NIE).

 

Adam Michnik jeszcze rządził, jeszcze układał rzeczywistość, jeszcze mógł  wiele. Jednak powoli tracił dawną bystrość, zagłębiał się w dwuznaczność chroniąc dziwne układy i znajomości (Maleszka, Rywin, etc.) i odpływał, systematycznie odpływał…

 

Traciła na tym Gazeta, bo polityczne racje, których z uporem maniaka się trzymał powoli odchodziły w mroki historii. Symbolem zjawiska był smutny los niegdysiejszej dziedziczki niepodległej RP - Unii Demokratycznej (z czasem Wolności). Z wpływowych ludzi układu Adama Michnika ostali się tylko postkomuniści. Ale ich gra z Redaktorem nie była już (o ile taką była kiedykolwiek) uczciwa. Otrzeźwienie przyniosła sprawa Rywina. Adam Michnik raz jeszcze podniósł się na wyżyny kreacji politycznej, i … obalił rząd SLD. Osobiście i na dobre. Sam przy tym poniósł iście pyrrusowe straty.

 

Po tym jak w telewizji ukazano świat jego układu odsunął się w cień. Wydaje się, że na dobre zrezygnował z pokusy kreacji polityki. Nie walczy jak dawniej. Czyżby pogodził się z rolą muzealnego eksponatu?

 

Ale przecież istniał. Pewnie głośniej i wyraźniej niż ktokolwiek w III RP. Rozdawał role i tytuły. Próbował być moralistą pouczać co dobre, a co złe. I tego mu nie chcą zapomnieć polemiści. Wiele jego wojen, wiele nie do końca przemyślanych wyroków odcisnęło się nie tylko na przeciwnikach, ale i na epoce. Stąd ma rację Rybiński pisząc o Polsce „Kiszczaka i Michnika”. Ale nie tylko on, każdy, kto wyciąga z głowy swojego Michnika i dokonuje nim osobistej miary spraw własnych  i spraw polskich. Bo każdy ma do tego prawo.

 I na koniec jeszcze jedna sprawa. Jedno jeszcze nawiązanie do głośnego tekstu Macieja Rybińskiego. Mniemam, że Rybiński, pisząc o katach i ofiarach,  moralności zdrajców i niezłomnych odnosi się do lat przed przełomem roku 1989. Czyż nie? A jeśli tak, to niech wyjaśni, czy Adama Michnika, który rzeczywiście tyle napsocił w III RP zalicza do tych pierwszych, czy drugich? To ważne pytanie w kontekście dyskusji o III RP.

Jeśli bowiem był w opinii Rybińskiego zdrajcą, to nie miał żadnej legitymacji do kreowania  rzeczywistości Polski niepodległej. Uzurpował sobie to prawo, na równi z Kiszczakiem, Jaruzelskim et consortes. Jeśli tym drugim – niezłomnym – to dlaczego nie miałby mieć prawa do obecności, kreowania swojej linii, choćby miała po latach okazać się błędna, czy wręcz szkodliwa? Niech się Rybiński wysili i odpowie.

 

Wierzę, że odpowie, choćby po to, by udowodnić, że jego krytyka Redaktora Naczelnego Wyborczej nie wynika z niskich pobudek.

 

Czas kończyć te refleksje z pogranicza krytykanctwa i panegiryzmu. Czego w nich więcej: miodu, czy dziegciu? Nie wiem, bo i postać nietuzinkowa. Wobec takich ludzi myśl się kłębi u progu. Adam Michnik. Postać niewątpliwie historyczna. A jaki pomnik mu kiedyś postawią?

 

Ktoś z państwa ma pomysł?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (46)

Inne tematy w dziale Polityka