Kibicuje Ukrainie od dawna, podobnie jak Białorusi zresztą. Żyjąc przekonaniami Giedroycia jestem zwolennikiem tezy wg. której w im większym stopniu naszymi przyjaciółmi są silne państwa pomiędzy nami a Rosją tym lepiej dla nas.
W czasie pomarańczowej rewolucji byłem na wszystkich demonstarcjach w Warszawie, jestem również członkiem zalożycielem Związku na Rzecz Demokracji na Białorusi. Popieram raczej wschodnią politykę Pana prezydenta niż brak polityki w tym zakresie rządu.
Oczywiście jestem świadom degradacji idei pomarańczowej rewolucji. Jej przywódcy w zakresie umiejętności destrukcji, prywaty i kłótliwości przerośli nawet naszych mistrzów. Jestem jednak przekonany, że naród ukraiński dzięki wydarzeniom sprzed paru lat uwierzył we własną podmiotowość i wolności z tymi politykami czy z innymi oddać już nie zechce.
Z Ukraińcami łączy nas wiele rachunków krzywd. Tu Wołyń, tam akcja "Wisła", tu UPA tam AK. O ofiarach trzeba pamiętać, historia jest taka jaka jest i znać ją trzeba choćby poprzez szacunek dla dziaqdków i ojców. Czy jednak warto czynić z niej clou naszej sąsiedzkiej polityki? O jakiegoś czasu politycy obydwu krajów starali się raczej szukać punktów wspólnych niż zapalnych. niestety za ich plecami są grupy suflerów podpowiadające: nie dawajmy Juszczence honoris causa, nie pozwólmy Polakom restaurować cmentarza Orląt itd. Jakże łatwo zbić na tym polityczny kapitalik, jakże łatwo zepsuć kruchy sojusz i jakże trudno będzie znów cokolwiek odbudować.
A Rosja z pewnościa się z naszych niesnasek cieszy. Moim politycznym adwersarzom zdarzało się mnie nazywać za klasykiem "pożytecznym idiotą". Jak nazwać tych, którzy chcąc nie chcąc dmąc w patriotyczne trąby grają w gruncie rzeczy do tej samej bramki co Rosja?
Inne tematy w dziale Polityka