67 obserwujących
69 notek
440k odsłon
  870   0

Apologia i moralna ślepota - w naukowym nimbie

 


            Czasami staram się czytać lub przynajmniej wertować prace z medycyny, biologii, fizyki, czy nauk komputerowych. Przekaz podawany przez autorów jest zwykle bardzo chłodny, często pozbawiony jakichkolwiek sądów moralnych. Trudno się zresztą spodziewać emocji czy ocen w wykładzie o geografii cyberprzestrzeni. Trochę innych reakcji możemy się spodziewać w pracach historyków, których zadaniem przecież powinno być nie tylko odtworzenie  stanu „jak naprawdę było,” ale również odniesienie się do tego co się stało. Naturalnie opis sam bez jakiejkolwiek oceny też jest ważnym sygnałem implikującym postawę dziejopisa.
 
            Wyobraźmy sobie na przykład lekarza opisującego ucztę kanibali; skupił by się on przypuszczalnie na sprawach technicznych, sposobie uśmiercenia ofiar, metodzie sekcji ciał, czy opisie zawartości proteiny w dymiącym na talerzu mózgu. Opis kliniczny byłby zrozumiały, chociaż naturalnie jakieś słowa potępienia tej patologii kulinarnej byłyby mile widziane. Gdyby to samo zjawisko opisywała osoba zajmująca się historią, bylibyśmy bardzo zaniepokojeni czy nawet oburzeni, gdybyśmy nie znaleźli ani śladu moralnej odrazy nad morderczym menu. A tak właśnie sprawa ma się do pewnego stopnia z pracą Marcii Shore pt.: Kawior i Popiół: Warszawskiego pokolenia życie i śmierć w marksizmie (Caviar and Ashes: A Warsaw Generation’s Life and Death in Marxism, 1918-1968 (New Haven and London: Yale University Press, 2006).
 
            Oprócz ślepoty na kwestie etyczne, autorka stosuje znaną metodę odwoływania się do życzliwych sobie lewicowych „autorytetów moralnych.” U badaczki takimi są przede wszystkim post-moderniści: Jacques Derrida oraz Michel Foucault. Modniacka teoria literacka przeplata się z badziewiem psychoanalizy. Tym sposobem nie trzeba nic udowadniać i nie za wiele badać. Dlatego straszą dziury wiedzy historycznej. Po prostu Shore powiela to, co „wszyscy” już wiedzą i z czym „wszyscy” się zgadzają. Dlatego z czystym sumieniem odcina się od „moralizatorstwa” i „świętoszkowatości” (moralizing and self-righteousness). A za to jest pełna „empatii dla tych, o których piszę” (s. 7). Opisuje swoich ulubieńców jako znudzonych, zbuntowanych, opozycyjnych, ale zawsze bliskich władzy, zarówno sanacji, jak i potem komuny (s. 58, 66).
 
Kawior i Popiół to „bibliografia środowiska” (s. 5). To praca o nieszczęśliwych, zakompleksionych, zagubionych i wyalienowanych, o neurotykach, histerykach i frustratach, pijakach, samobójcach, homoseksualistach (s. 328, 342, 368). Jednym słowem o kawiarnianych intelektualistach, ergo kawiarnistach.
Wielu z nich, jak podkreśla dziejopisarka, było „pochodzenia żydowskiego.” Ale Shore zastrzega się – stosując typologię trockistowskiego intelektualisty Izaaka Deutschera – że byli to „nie-żydowscy Żydzi.” Jednocześnie uważali się też za „Polaków,” u których „żydowska świadomość była sprawą płynną” (s. 5). Wszyscy oni dokonali wyboru. „Dla tych intelektualistów paradoks wybrania marksizmu oznaczał sposób w jaki doszli do wypełniania kreatywnej roli w świadomej likwidacji swojej własnej subiektywności, której się pozbyli w hołdzie Historii” (s. 9). Ten bełkot oznacza, że „bohaterowie” zachłysnęli się rzekomą „prawdą” dialektycznego rozumienia dziejów; dziejów, które – według „naukowej” wykładni marksistowskiej – miały zakończyć się zwycięstwem komunizmu.
Czyli motylkowaci kawiarniści bohatersko wybrali przejście na stronę zwycięzców dziejowych zmagań walki klas.
 
W każdym razie bohaterowie Shore w większości ewoluowali od lewacko-liberalnego radykalnego nihilizmu i szyderstwa lat 20dziestych minionego wieku do ludobójczo-apologetycznego zachwytu marksistowskim totalitaryzmem później. Kociokwik inżynierii dusz przerwał im dopiero dialektyczny prysznic antyżydowskiej nagonki zorganizowanej przez tubylczą chamokomunę w takt kremlowskiego dyktatu w 1968 r. I dlatego „w pewnym sensie cała książka jest o... stosunkach polsko-żydowskich... [oraz] o kwestii żydowskiej w Polsce” (s. 5).
 
            Aby oddać sprawiedliwość tej pracy należałoby polemizować chyba z każdym jej zdaniem. Oto próbka tezy Marcii Shore ze wstępu: autorka twierdzi, że gdy kawiarnistas zachwycali się Sowietami „był to czas kiedy granice między marksizmem w teorii, a komunizmem w praktyce nie były jasne, gdy oba oznaczały rewolucję, a rewolucja oznaczała spełnienie, ucieczkę z nicości. Obleśni aparatczykowie – łysiejący i owłosieni – nie pojawili się jeszcze na scenie. Nikt też nie dostrzegł złowrogiego cienia procesów pokazowych; dla wielu młodych polskich literatów w latach dwudziestych komunizm był kosmoplityczny, awangardowy, sexy.”
 
Po pierwsze, po rewolucji bolszewickiej i wojnie z Sowietami niewielu było w Polsce, którzy uznawali czy to teorię, czy praktykę komunizmu za sexy.
Po drugie, obleśni aparatczycy rządzili Rosją już od listopada 1917, kiedy Lenin wprowadził w życie pierwsze ustawy o nomenklaturze.
Po trzecie, procesy pokazowe zaczęły się już niemal początkach rządów bolszewii  – choćby procesy kleru katolickiego czy monarchistów. A co z „Czerwonym Terrorem”? A co z „trójkami” Czeka?
Widocznie ulubieńcy Shore byli zbyt wybiórczo wrażliwi, aby zwracać uwagę na takie szczegóły.
A może Shore nie nauczono kontekstu historycznego ani na studiach zasadniczych w University of Toronto, ani na studiach doktoranckich w Stanford? Autorka myli przecież Komunistyczną Partię Robotniczą Polski z KPP (s. 12); Brześć z Berezą Kartuską (s. 97). Manifest PKWN ogłoszono według niej w Moskwie, a nie w Lublinie (ani nie w Chełmie Lubelskim, jak chciałaby tego propaganda komunistyczna), a rząd w Lublinie nie powstał 22 lipca bowiem Sowieci tego miasta jeszcze nie zdobyli (s. 249); prawnuk Norwida por. Jerzy Kozarzewski („Konrad”) był z NSZ a nie z AK (s. 284),  Wanda Wasilewska została obywatelką sowiecką jesienią 1939 r., a nie latem 1946 r. (s. 286), Jakub Berman był nie tylko „powojennym dyktatorem polityki kulturalnej,” ale również szefował aparatowi terroru koministycznego (s. 267).
 
Dalej Shore nie rozumie, że to Stalin rozkazał zakładać struktury komunistyczne, a w tym Polską Partię Robotniczą i Związek Patriotów Polskich. Pisze wręcz, że polscy komuniści „powiedzieli mu” – sowieckiemu dyktatorowi, że konieczna jest „jakiegoś rodzaju centralna organizacja, aby koordynować polskie sprawy w Związku Sowieckim” (s. 228). Powiedzieli mu? Ze swojej własnej inicjatywy? Przecież to z rozkazu Stalina zastosowano słowo „patriotyczny” w nazwie ZPP. Komuniści z Polski zgłosili co do tego zastrzeżenia, bowiem brzmiało to według nich zbyt „nacjonalistycznie.”
Tymczasem według  Shore komuniści „wiosną 1943 r. dyskutowali możliwość stworzenia dywizji armii polskiej, aby walczyć przy boku Armii Czerwonej” (s. 238). A dlaczego nie dyskutowali na ten temat choćby zaraz po czerwcu 1941 r.? Przecież żadnych dyskusji nie było. Stalin dawał sygnał, a jego psy Pawłowa szczekały jak należało. Na przykład Janina Broniewska pisała, że atakując Niemców żołnierze berlingowcy rzekomo mieli krzyczeć „Za Katyń!” (s. 249) – co Shore naturalnie pozostawia bez komentarza. Innym razem z podobnie rozbrajającą naiwnością historyczka uznała, że w prasie polskojęzycznej w Sowietach było „więcej wolności słowa” niż w prasie rosyjskojęzycznej (s. 230). Poziom jej naiwności poraża. Najwyraćniej nie wie, że cała prasa była sterowana przez cenzurę. Aż wstyd, że profesorka (!) z Yale powtarza tak bezmyślnie komunistyczną propagandę.
 
Jest to zresztą nagminne. I tak Shore pisze o „nowo wyzwolony terenach polskich,” zamiast o drugiej sowieckiej okupacji (s. 252); czy o „wyzwoleniu Warszawy przez Armię Czerwoną,” gdy ma na myśli zajęcie ruin stolicy przez Sowietów (s. 255); o okresie 1945-1948 mówi, że wtedy „istniało jakieś miejsce na lewicowy pluralizm” i że „era stalinowskiego teroru nastąpiła potem” (s. 258-259). Przedtem miała miejsce tylko „łagodna rewolucja,” powtarza po Jerzym Borejszy Shore (s. 269, 296). Czyli terroru nie było? Jeśli wywózki, tortury, więzienia i śmierć nie dotykają komunistów to nie jest to terror? Autorka zupełnie nie chwyta wewnętrznej dynamiki polityki komunistycznej. Na przykład uważa, że po śmierci Stalina wódz socjalistycznego realizmu Adam Ważyk samorzutnie „rozpoczął rewoltę przeciwko swojej własnej władzy z gorzką pasją” (s. 306). Chodzi o tak zwaną „odwilż,” która przecież Ważykowi nie wykluła się spontanicznie, tylko ten komunista – na pośrednią czy bezpośrednią komendę z moskiewskiego centrum – rozpoczął typowy rytuał marksistowsko-leninowski składając  mianowicie samokrytykę. Krytykował ostro swoje własne poglądy, jak przecież było w zwyczaju. Shore takich spraw nie zgłębiła, chociaż zauważa, że Ważyk i inni szybko przerzucili się na nową lewacką modę: „egzystencjalizm” (s. 309).
 
Niebawem nadszedł rok 1966. Dla Shore naważniejszym wydarzeniem był proces marksistowskich rewizjonistów Karola Modzelewskiego i Jacka Kuronia. A Millenium? A prześladowanie Kościoła i wielkie demonstracje wiernych? Takie szczegóły uciekły autorce. Naturalnie dla Shore najważniejszy był 1968 r. To czas, gdy „zlał się weltanschauung [sic Weltanschauung] antysemickiej Prawicy z partią komunistyczną i popularyzacją teorii spisku nazistowsko-syjonistycznego” (s. 356). Tym sposobem autorka powiela stereotypy propagandowe dysydentów komunistycznych, którzy potem tworzyli KOR. Podobnego kalibru wiarygodności jest jej opinia, że pro-komunistyczny poeta Antoni „Słonimski stał się wielkim seniorem opozycji politycznej” po 1968 r. (s. 362). Chyba chodzi tu o post-trockistów, którzy przecież byli malutką garstką. U niepodległościowców autorytetami byli bezsprzecznie generałowie Roman Abraham i Mieczysław Boruta-Spiechowicz oraz mecenas Leon Mirecki.
 
Zresztą autorka nie tylko mało zna się na historii Polski, ale czasami też Shore stoi bezsilna przed subtelnościami językowymi. Na przykład, wątpliwe, że zrozumiała (bo nie tłumaczy anglojęzycznemu czytelnikowi ani w tekście ani w przypisach), że frustracja Władysława Broniewskiego z powodu swojej kochanki („ta kobieta stale straszy, że nie pojedzie do Poronina”) nie miała nic wspólnego z turystyką, a z aborcją (s. 44).
Shore odgraża się natomiast, że marksizm nie jest „passe,” twierdzi, że „Wat i jego przyjaciele byli bliżej leninizmu niż budzącego się stalinizmu” (s. 81). Autorka cieszy się, że „dyskurs” w „stale obecnym dialogu z sowiecką literaturą był polski” (s. 81). Ale przecież wcześniej pisała, że ta cała awangarda kawiarnistyczna oparta była na buncie przeciw wszystkiemu, co stanowiło o polskości. Chodziło kawiarnistom o tworzenie nowego przez zerwanie ze starym, a nawet o zniszczenie starego – „pogarda przeszłości” (s. 20). Bez kontynuacji historycznej nie można mówić przecież o polskości. Więc jaki to „polski” dyskurs? Był to najwyżej dyskurs „nie-żydowskich Żydów” – wyalienowanych zarówno z własnej społeczności jak i z polskiej większości - z sowietyzmem. Przecież to jasne. Ani Polak ani Żyd z prawdziwego zdarzenia nie mógł się ekscytować komunizmem, bowiem komunizm był antynarodowy, był negacją świadomości etno-kulturowej poszczególnych nacji. Starał się ją zastąpić świadomością ponadnarodową, wyłącznie kosmopolityczną, utopijną i totalitarną. W komuniźmie nie było kompromisu na zachowanie autonomii kulturowej przez poddającą mu się jednostkę. Taka jest przeciew natura totalizmu.
 
Shore tego nie rozumie oczywiście. Bije natomiast ukłony w stronę Hominformu, cała podekscytowana choćby paradą męskich kochanków Jarosława Iwaszkiewicza. Podnieca się też Wandą Wasilewską, szczególnie jej spisanymi w dziennikach „fantazjami masochistycznymi, gdy leżała u stóp [swego kochanka Janka] i zlizywała kurz z jego butów, a ostrogi jego wżynały się jej w skórę aż do krwi” (s. 123). Naturalnie Wasilewskiej należały się też oklaski za to, że stwierdziła, że „szlachetniej było być kochanką niż żoną faceta” (s. 124).  Jednak najbardziej Shore podziwia Janinę Broniewską, która „zaprosiła swego byłego męża jego nową żonę i pasierbicę aby wprowadzili się do jej żoliborskiego domu” (s. 150). I tak cieszy autorkę każda patologia– podobnie, jak jej bohaterów-kawiarnistów.
 
Shore nie bardzo wyczuwa poczucie humoru „nie-żydowskich Żydów.” Nie bardzo rozumie, że ich antysemityzm był próbą wyempacypowania się z mentalności grupy etno-religijnej, z której sami się wywodzili. Zupełnie nie pojmuje na przykład ataku futurystów na syjonistów, gdzie ci pierwsi „recytowali karykaturalnie antyżydowskie mowy” (s. 19) lub, gdy Andrzej Stawar oskarżył Stanisława Ryszarda Standego o „talmudyczną polemikę z marksistowskim krytykiem” (s. 82).
Przy okazji ataku Aleksandra Wata i Anatola Sterna na Juliana Tuwima w pamflecie na Żydka-literata (s. 24), Shore kuriozalnie uznała ten pamflet za „parodię polskiego antysemityzmu” zamiast za typowe grubiaństwo wewnątrzśrodowiskowe, gdzie nagminnie wytykano żydowskość osobom nie dość wyemancypowanym z getta. Nota bene Wandurski miał jakąś obsesję antyżydowską. Oskarżył Sowieta Ilię Ehrenburga nie tylko za „perwersyjną nekrofilię,” ale również wytknął mu, że był „synem żydowskiego kupca” (s. 55). Raz nawet Wandurski ucieszył się, że w Teatrze Robotniczym na 23 aktorów „tylko trzech czy czterech to Żydzi” (s. 50).
 
Podobnie brakuje w pracy Shore komentarza po tym, gdy Wandurski nazwał Mieczysława Grydzewskiego-Grycendlera nie tylko „żydłakiem” (kike) ale również „arcy-Polakiem” (s. 49). Kawiarnistas bowiem mieli też pretensje do swoich współziomków za asymilację w ramach polskiego tradycyjnego paradygmatu patriotycznego, nawet w liberalnym sosie á la Grydzewski. W tym kontekście właśnie Wat bardziej subtelnie porównał Antoniego Słonimskiego do kupca żydowskiego, na co ten przypisał Wata do „współczesnych żydowskich szowinistów” (s. 72). Sam Słonimski nawoływał do „akcji antysemickiej” przeciw Chasydom (s. 131), których „cheder, Talmud i rabinów” uznał za „wroga bardziej niebezpiecznego dla nich samych niż Hitler” (s. 132). Shore właściwie tego nie komentuje.
 
Podobnie autorka przechodzi do porządku dziennego nad indyferencją Broniewskiego w stosunku do masowego głodu na Ukrainie, który jej zdaniem miał być winą „kułaków” (s. 118). Jednocześnie podkreśla szok Janiny Broniewskiej na widok obozu niemieckiego w Majdanku, chociaż milczy na temat jej stosunku do Gułagu. Autorka ma z Broniewskim kłopoty; uważa, że w bolszewickim więzieniu przestał być komunistą, ale został anty-anty-komunistą w armii Andersa (s. 192, 222). A Wasilewska nagle stała się polską nacjonalistką: „koniec nazistowsko-sowieckiej kolaboracji umożliwił jej odzyskanier polskiego patriotyzmu” (s. 200). O jak wygodnie! Nie przeszkadzało jej to paradować w „mundurze pułkownika Armii Czerwonej” (s. 223). Boki można zrywać nad następującym wynurzeniem Shore o Wasilewskiej: „Nigdy nie wierzyła, że jej lojalność w stosunku do Związku Sowieckiego mogła skompromitować jej polski patriotyzm” (s. 239). A potem następuje następujące wyznanie o „patriotyźmie” Wasilewskiej z 1944 r.: „powiedziała mu [Nikicie Chruszczowowi], że na stałe przeprowadzi się do Warszawy tylko wtedy, gdy Polska zostanie sowiecką republiką. Ponieważ tak się nie stało, nie ma tu ona nic do roboty” (s. 252). Bardzo to specyficzny patriotyzm – sowiecki, a nie polski.
 
 
Podobnie Tuwim, który bezpiecznie znalazł się na Zachodzie, wyznawał Sowietom „swoją przyjaźń, miłość, wiarę” (s. 201). No i naturalnie unikał „polskich faszystów.” Zadawał się natomiast nagminnie z sowieckim agentem Oskarem Lange, choć autorka naturalnie milczy o tajnym obliczu tego ekonomisty (s. 234, 251). Tradycyjnie już Shore nie potępia milczenia Tuwima nad losem bundystów zabitych przez Sowietów --Wiktora Altera i Henryka Erlicha (s. 233). Uważa, że „mord na polskim Żydostwie zrobił z Tuwima Żyda... Wielki polski poeta Julian Tuwim, którego za młodu odrzucał ‘czarny chasydzki motłoch’, jednocześnie doszedł do komunizmu i żydowskości” (s. 237). Dlatego Tuwim powiedział krwawemu UBekowi Jackowi Różańskiemu: „w tobie widzę mściciela mojej matki” (s. 268). Kto ukrywał matkę Tuwima? Polacy, a nawet gorzej, bo narodowcy. Kto ją zamordował? Niemieccy narodowi socjaliści. A na kim Różański się mścił? Na Niemcach? Różański był przecież głównym oprawcą polskich patriotów.
 
Tuwimowi zupełnie rozmyła się rzeczywistość. Winni jego nieszczęść byli rzekomo „polscy antysemici.” Komunizm był jedynym lekarstwem na taką ohydę. Literat musiał zostać „inżynierem ludzkich dusz”, aby wykuć nowego, nie skażonego antysemityzmem człowieka. Shore uważa, że to wszystko za sprawą Holocaustu (s. 271, 283). Podobnie Ważyk został „terroretykiem” (sic!) realizmu socjalistycznego (s. 277). Tymczasem Grydzewski pisał Tuwimowi: „przecież endecy giną jak wszyscy inni w walce przeciw Niemcom, giną jak inni na polskich polach bitwy... Czy to naprawdę nie ma znaczenia?” (s. 210). Dla Tuwima, Słonimskiego, Ważyka i innych podobnych im nie miało to znaczenia. Miliony istnień ludzkich wymordowanych przez komunistów nie wzruszyły bohaterów Shore (ani jej samej, a przynajmniej nie dała tego po sobie poznać). Dziarsko utrwalali władzę ludową w kulturze, aż dotknęła ich kampania antyżydowska rozpętana przez ich PZPR w 1968 r. (s. 359).

 

Lubię to! Skomentuj17 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale