Prof. Jan Hartman, który za 10 lat będzie pełnoetatowym Kołakowskim, pisze o in vitro w Polityce: Skoro rodzą się dzieci „w szkle”, znaczy to, że Bóg zaakceptował możliwość stwarzania duszy ludzkiej w ten sposób, gdyż dusze te faktycznie stwarza. Co więcej, procedura in vitro teoretycznie umożliwia wydanie na świat potomstwa dziewicy, a przecież w świetle kultu chrześcijańskiego dziewica będąca matką zasługuje na szczególną cześć. Wreszcie kwestia grzechu pierworodnego. Jeśli obcowanie płciowe rodziców uczestniczy w przekazywaniu grzechu pierworodnego potomstwu, to osoby poczęte in vitro zdają się być nim obciążone w mniejszym stopniu niż spłodzone w sposób naturalny. Boża nieskończoność objawia się w religii tym, że nieskończona jest w niej liczba absurdów do wyśmiania, z czego korzysta m.in. prof. Hartman.
Mnie, skromnego magistra, przy okazji zaadoptowanych do potrzeb chrześcijaństwa pogańskich Dziadów, zastanowiła koncepcja tak zwanego ciała zmartwychwstania. Oto po sądzie ostatecznym zmartwychwstaje cała wymarła ludzkość. Spora ta gromada będzie wszak musiała coś jeść i pić, i oto mamy prawdziwe przeludnienie Ziemi, a nie jakiś tam XXI wiek. Chyba, że nastąpi znane już z literatury cudowne rozmnożenie pokarmów. Wtedy trzeba jeszcze tylko rozwiązać kwestię utylizacji substancji wydalonych przez zmartwychwstałe ciała, i już mamy żywot wieczny, amen.
Bóg jako wszechmogący, nie takie problemy rozwiązuje pstryknięciem palców. Albo raczej: nie takie głupie pytania zadawano bez powodzenia teologom i katechetom, którzy na nieograniczony kredyt mogli wszystko tłumaczyć rzekomą bożą wszechmocą. Póki lud był prosty i niegramotny, te oszustwa przychodziły bez trudu i uchodziły płazem. Niestety, szatan wynalazł szkolnictwo i internet. Dziś najpopularniejszym unikiem Kościoła jest teza o tym, że Biblia to parabola.
Jeden z poprzedników Dziwisza, bp krakowski Andrzej Zebrzydowski już w XVI wieku mawiał: A wierz sobie i w kozła, byleś dziesięcinę płacił. Bon mot ów wyraża dość trafnie istotę Kościoła, i to zarówno w wymiarze organizacyjnym, jak i doktrynalnym. Płodzenie tysięcy stron encyklik jest rodzajem alibi dla magicznej ideologii Kościoła, z założenia dostępnej przecież prostaczkom. Jeśli ktoś podważa sens chrześcijaństwa, należy nazwać go ignorantem, i odesłać do katechizmu, encyklik, wysłać zaś do diabła.
Urażonych chrześcijan pocieszę, że ten sam mechanizm działa w islamie i innych żywych mitologiach. W pełni zaś zacznie działać, kiedy miliard Arabów i Azjatów dostąpi takiego poziomu cywilizacyjnego, jak dzisiejsza Europa, co zdaniem ekonomistów ma nastąpić za jakieś trzy do pięciu lat.
Religie, wynalezione przez spryciarzy żądnych władzy nad wspólnotą plemienną, od dłuższego czasu nie są w stanie dorównać spójnością i fabularną atrakcyjnością literaturze fantasy, wystarczy przewertować Tolkiena. Przykład mormonów i scjentologów daje pojęcie z kolei, w jakie to absurdy jest w stanie uwierzyć człowiek, jeśli zapakować je i podać w odpowiedni sposób. Kościół katolicki liczy wiernych na mszy i biadoli, że mu frekwencja spada, ale jak tu arce Noego konkurować z Drużyną Pierścienia?
Dawno już urodził się taki cwaniak, który obserwuje ludzką skłonność do wiary w koniec świata w 2012 roku, przepowiednie Nostradamusa, baśń o globalnym ociepleniu, spiskową teorię wszystkiego przedstawianą w filmach typu Zeitgeist, akupunkturę, horoskopy i tym podobne iluzje. Wiara w takie rzeczy była powszechna zawsze, ale dopiero w erze internetu iluzjami można kupczyć na skalę globalną, czego dowodem sukces twórców Facebooka. Cwaniak czeka na swoje pięć minut, na moment najodpowiedniejszy do ogłoszenia jakiejś nowej prawdy wiekuistej, która pociągnie za sobą miliony i miliardy skłonnych uwierzyć, i oddać na zbożny cel swoje miliony euro, dolarów i juanów.
Vaclav Havel, słusznie odżegnujący się od filozofii komentator minionej epoki, wygłosił niedawno przemówienie podczas otwarcia konferencji Forum 2000: Żyjemy w pierwszej cywilizacji ateistycznej, czyli w cywilizacji, która utraciła związek z nieskończonością i wiecznością. Dlatego przeważa w niej zawsze korzyść krótkotrwała nad długotrwałą. Ważne jest, czy jakaś inwestycja zwróci się w ciągu dziesięciu albo piętnastu lat, a mniej ważne, jak wpłynie na życie naszych potomków za lat sto. Czy aby jednak kiedykolwiek cywilizacyjne mity powstawały po to, by troszczyć się o życie potomków? I czy na pewno niemożliwym jest, aby nowa religia, która wyłoni się z postmodernistycznego marazmu ideowego, była ateistyczna?
Przywołany na początku tekst prof. Hartmana na przykładzie sporu o in vitro obnaża (po raz kolejny w ciągu ostatniego stulecia) niemoc tradycyjnych doktryn religijnych wobec postępu nauki i rozwoju światopoglądowego wiernych. Sukces na wolnym rynku dusz, których coraz więcej jest do wzięcia, odniesie taki system wierzeń, który pogodzi wolny umysł z potrzebami duchowymi człowieka XXI wieku. Ponieważ jedno i drugie u tego człowieka jest upośledzone uzależnieniem od obrazkowej rozrywki telewizyjnej, poziom nowej religii nie odbiegnie znacząco od tych, które dzisiaj znamy. Zresztą, i tak chodzi jedynie o to, aby dać masom złudzenie, że coś je czeka po śmierci. Reszta to kwestia scenografii i marketingu.
Obiecuję, że ręki nie przyłożę do reklamowania tej nowej religii, jaka by ona nie była. Nie przepadam bowiem za żadną fantastyką, poza naukową, a Tolkiena to już mam za gorszego nawet od Sienkiewicza. Z uwagą i zniecierpliwieniem czekam natomiast na jej ogłoszenie, bo ileż można szydzić z czegoś, co ma 2 tysiące lat, i dostosowane jest do moralnych potrzeb społeczeństwa rzymskiego z okresu wczesnego cesarstwa.
3.11.2010
444
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (8)