ochocki ochocki
267
BLOG

Smudopodobni

ochocki ochocki Rozmaitości Obserwuj notkę 4

Jeśli najlepszą w kraju posadę opisać jako przynoszącą spore pieniądze, sławę i prestiż, wymagającą natomiast niewiele poza czasem spędzonym na udawaniu, że powierzoną pracę się wykonuje, to jest nią fucha selekcjonera reprezentacji Polski w piłce nożnej. I przysięgam, że Smudę jako takiego obsmaruję tu tylko trochę, on posłuży jedynie jako przykład. Każdy z jego kilkunastu poprzedników, jeśli sięgnąć wstecz do Piechniczka z 1986 roku, jest takim samym Smudą jak sam Smuda.

Po meksykańskim mundialu Zbigniew Boniek (ksywa Murzyn) prorokował 20 lat posuchy w awansach Polaków na wielkie imprezy. Pomylił się o 4 lata - klątwę udało się przełamać Jerzemu Engelowi w 2002 roku, ale nad reprezentacją zawisła kolejna samospełniająca się przepowiednia, że Biało-Czerwoni nie wyjdą na żadnym turnieju mistrzowskim z grupy. Działalność kolegi Bońka z boiska, szefa europejskiej piłki Platiniego może wreszcie umożliwić naszym awans z 3. miejsca w grupie - będzie to wykonalne dzięki zwiększeniu liczby uczestników turnieju do 24. O ile nie powróci klątwa Bońka i uda nam się w ogóle na mistrzostwa we Francji w 2016 roku pojechać.

Kolejni trenerzy, którym po 1986 roku przyszło borykać się z niewykonalnymi zadaniami awansu na turniej albo do ćwierćfinału, zauważyli, że jeśli z góry założyć klęskę drużyny narodowej i skupić się na bieżącym udzielaniu wywiadów, ustalaniu składu na mecze i lataniem w różne ciekawe zakątki Europy, to zasobność ich kont bankowych niespecjalnie się zmniejszy. Przez określoną kontraktem kadencję zarobią tyle to, a tyle, odpoczną od ciężkiej ligowej młócki, gdzie mecze rozgrywa się co tydzień lub częściej, i robotę też można stracić z tygodnia na tydzień. Gdyby PZPN zwalniał selekcjonera po każdym przegranym meczu z Łotwą, czy inną Gruzją, naraziłby się przecież na zarzut, że jest związkiem z Trzeciego Świata - dumali kolejni dowódcy reprezentacji, spokojni o swój byt na stanowisku od jednych przegranych eliminacji do kolejnych.

Po 2002 roku wydłużyła się tylko kadencja. Ot, eliminacje zaczęły piłkarzom wychodzić nieco lepiej, więc trenerzy mogli posiedzieć na urzędzie o tych kilka miesięcy i o te 3 mecze o punkty dłużej.

Ponieważ mecze rozgrywają zawodnicy, a nie trenerzy, to zawsze można było (i wciąż można - co właśnie obserwujemy) udowodnić do trzech miejsc po przecinku, że winę za kolejną klęskę ponoszą piłkarze. Elegancja nie pozwala wytykać palcem konkretnych graczy reprezentacyjnych, więc stworzono niezwykle wygodną formułę zwalania winy na system: kuleje szkolenie, brak stadionów, zawodników trzeba importować (farbowane lisy), poziom polskiej ligi jest zatrważająco niski, więc nie dziwota, że trudno zebrać 20 facetów zdolnych do wygrania z Czechami i Grecją.

Potem zawsze zbiera się Zarząd PZPN i ustala, kto teraz weźmie najlepszą w kraju fuchę. Bardzo przebiegłym ruchem było zatrudnienie przed kilku laty Leo Beenhakkera, który osiągnął tyle co tubylcy, ale jako człowiek z zewnątrz, nie uwikłany w układy, stanowi wspaniałe alibi dla filozofujących o szwankującym systemie i braku umiejących celnie kopnąć futbolówkę piłkarzy. Skoro nie udało się nawet trenerowi klasy międzynarodowej, to znaczy, że każdemu z naszych też może się nie udać - nie jego wina.

To naprawdę jest takie prymitywne, wystarczy wsłuchać się w wypowiedzi Franciszka Smudy (nie było blamażu; wszystkie przygotowania wykonaliśmy w sposób perfekcyjny; nie zmieniłbym niczego, co zrobiłem w tych mistrzostwach; czuję też satysfakcję - sic!).

Jeśli prześledzić dokonania Engela, Janasa i Smudy na turniejach mistrzowskich, rzuca się w oczy wspólna dla wszystkich trzech selekcjonerów taktyka. Określana jest różnie - mówi się o strachliwości (niezbyt cenzuralny zwrot zawierający słowo gacie i pewną czynność fizjologiczną), kunktatorstwie, braku pomysłu na grę, bierności etc. Ja mam taki pomysł na definicję strategii naszych drużyn od 2002 roku do dziś: defetyzm.

Postać Leo Beenhakkera pasuje do oskarżeń o umyślne zaniechanie prób zapobieżenia klęsce o tyle, że był to człowiek wynajęty i wcale nie musiało mu zależeć na sukcesie. To jednak podważałoby sens jakiejkolwiek pracy w jakiejkolwiek dziedzinie, wydaje się zresztą, że defetystyczne podejście do misji trenera reprezentacji jest przypadłością, na którą ludzie z tak zwanego Zachodu są uodpornieni. Ta różnica cywilizacyjna wyraża się tym, że w większości języków świata nie istnieje odpowiednik naszego 'załatwić'.

Kiedy rozgorzeje dyskusja o personaliach następcy Smudy na najlepszej w kraju posadzie, będą przytaczane wyżej wymienione pseudo-argumenty o niemocy polskiego futbolu, której nawet Beenhakker nie potrafił przełamać. Celem tej narracji rozwijanej przez PZPN będzie usprawiedliwienie wyboru kolejnego selekcjonera z grona smudopodobnych. I jeśli wszystko się uda, to za dwa lata wszystko powtórzy się znowu tak, jak to opisałem powyżej.

Dalej macie ochotę śpiewać, że nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało?

19.06.2012

ochocki
O mnie ochocki

. . . PRECZ Z KOMUNĄ !

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Rozmaitości