Piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega po boisku, a na końcu i tak wygrywają Niemcy - powiedział podczas angielskiego turnieju Euro '96 Gary Lineker. Maksymę tę powtarza się przy okazji każdych mistrzostw od tamtej pory, choć ostatnie zwycięstwo w wielkim turnieju Niemcy zanotowali... właśnie w 1996 roku.
Jeśli traktować ten aforyzm dosłownie, to się nie sprawdził. Z drugiej strony Lineker miał rację nazywając Niemców po prostu bardzo dobrą drużyną, bo rzadko wraca ona z mistrzowskiej imprezy bez medalu. Podejrzewanie tego typu przepowiedni o sprawdzalność jest bez sensu, bo na tym właśnie polega sport, żeby zwycięzca był nieznany aż do chwili, kiedy wygra. Gdyby było inaczej, wszelkie rozgrywki przestałyby istnieć, a mistrz w każdej dyscyplinie byłby wybierany w głosowaniu albo mianowany na podstawie obliczeń matematycznych.
Polski Komitet Olimpijski przed każdymi igrzyskami ogłasza różne plany minimum, i zapowiada, że tyle a tyle medali reprezentacja Polski - we wszystkim, od baseballu po pływanie synchroniczne - powinna zdobyć, by potwierdzić swoją pozycję w świecie, a przynajmniej w sporcie. Potem mówi się, na przykład po udanych dla kajakarzy igrzyskach, że Polska jest potęgą w kajakarstwie, a to przecież bzdura; potężni są co najwyżej ci polscy kajakarze, którzy w danych zawodach wyprzedzili rywali.
Nazywanie kajakarzy Polską, albo obchodzenie się z reprezentacją seniorów PZPN jak ze skarbem narodowym ma na celu pobudzenie stadnego instynktu kibicowania, z którego wynika radość w przypadku większości sportów indywidualnych, gdzie sukces tego kajakarza czy tamtego judoki jest osiągalny, jeśli zaś chodzi o gry zespołowe, to najczęściej występuje rozczarowanie. Wynika to oczywiście z liczby rozdawanych medali - konkurencji kajakarskich i kategorii wagowych w judo jest na Igrzyskach Olimpijskich więcej niż wszystkich gier zespołowych kobiet i mężczyzn, stadionowych i halowych.
Polska na Euro 2012 była jednym z 16 startujących zawodników, jeśli liczyć jedną drużynę jak jednego kajakarza. Entuzjazm po dwóch remisach w grupie i oczekiwanie na epokowy triumf, tj. występ w ćwierćfinale, przypominał trzymanie 40 milionów par kciuków za jednego Roberta Mateję albo Grzegorza Filipowskiego.
Przyznaję, że też dałem się ponieść emocjom, i to nawet nie teraz, kiedy miałem uzasadnienie: grała chyba nasza najlepsza w XXI wieku reprezentacja i od biedy można było trzymać za nią kciuki. Rzecz w tym, że już w latach 90-tych, czyli w najciemniejszej dla polskiego futbolu erze, rzucałem w prywatnych rozmowach pogróżki, że nie obejrzę występu polskich piłkarzy, dopóki nie przeczytam w gazecie, że właśnie wygrali z Niemcami, Brazylią, Anglią albo FC Barceloną. Dawane słowo złamałem wielokrotnie, bo jednak każdy, kto wie co to spalony, odruchowo śledzi mecze reprezentacji. Być może nawet mój słaby charakter oznacza, że jestem prawdziwym kibicem.
Ale taki najprawdziwszy kibic płacze po porażce, a mnie jest bardziej do śmiechu. Cała zresztą pokazywana w telewizorach Polska jeżdżąca samochodami ozdobionymi szmatkami w barwach narodowych uznała nie bez racji, że klęska piłkarzy nie jest jednak tragedią narodową. Daleko nam w plemiennej solidarności do Brazylijczyków, którzy zwykli tłuc odbiorniki po porażkach reprezentacji na MŚ. I to chyba dobrze, bo jakkolwiek popieram ideę kibicowania i nie brzydzę się biało-czerwonej flagi, to uważam zastępcze życie uzależnione od tego, kto w jakim kierunku i z jaką siłą kopnie piłkę, za dewiację.
Komu jednak kibicować, kiedy naszych zlali tacy, co zaraz potem też dostali od innych? Z kim sympatyzować, kiedy swoich nie widać, a walczy ktoś z Jamajki z kimś z Nowej Zelandii?
Osobiście mam słabość do koszulek reprezentacji Włoch, i to nie za względu na kolor. Po prostu został mi w pamięci z MŚ Italia'90 wyjątkowo szpanerski krój i styl, z jakim nosili się ówcześni gospodarze turnieju. Do tego kibicowanie Włochom raz na jakiś czas opłaca się, bo miewają drużyny wspaniałe, jak ta z 2006 roku.
Natomiast wygrywanie Mistrzostw Europy niekoniecznie musi się opłacić - w 2004 roku wygrali Grecy i od paru lat trapi ich kryzys gospodarczy. Przed czterema laty triumfowali Hiszpanie i też tam dziś niewesoło. Wygląda na to, że samosprawdzająca się przepowiednia o zielonej wyspie nad Wisłą kazała naszym najszczęśliwiej w świecie odpaść z rozgrywek, co tylko pozornie wyglądało na zdarzenie smutne.
28.06.2012
340
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)