124 obserwujących
836 notek
1089k odsłon
  624   0

Pracownik najemny - bez niego ani rusz

Jeszcze niedawno wydawało się, że brak rąk do pracy to ostatnia rzecz, o jaką będziemy musieli się martwić w skali mikro i makrogospodarczej. Dziś już widać, że „jedziemy na rezerwie”. I nagle uświadamiamy sobie, że dobry pracownik/pracownica to osoba wykwalifikowana, czyli znająca swoją wartość. A jego brak: to poważne problemy w funkcjonowaniu firmy.

Ze dwa lata temu, gdy rząd PiS jeszcze raczkował, znajoma, ambitna osoba na kierowniczym stanowisku w dużej firmie zajmującej się hurtową dystrybucją towarów spożywczych poinformowała mnie konfidencjonalnym tonem: „Krzysztof, my nie mamy skąd rekrutować ludzi. Bierzemy kogo popadnie, a takie osoby są zupełnie nieprzewidywalne. Potrafią nie przyjść do pracy po paru dniach”. Dodam, że zarobki dla szeregowych pracowników były tam standardowe, czyli bez szału, ale spełniano wymogi polskiego prawa pracy. Zatem jeżeli ktoś szukał etatu, to w czasach dwucyfrowego bezrobocia – a więc całkiem niedawno – brał taką pracę bez mrugnięcia okiem. Zapytałem znajomego: kończą się ręce do pracy na rynku? Odpowiedź dawała do myślenia: ręce, nogi, a przede wszystkim głowy. 

Budowlanka szuka ludzi

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zaprezentowało niedawno Barometr Zawodów 2018. Wynika z niego, że tym roku deficyt pracowników/pracownic w największym stopniu dotknie branżę budowlaną, transportowo-spedycyjną, gastronomiczną, przetwórczą i opiekę zdrowotną. Na tym nie koniec: w porównaniu do 2017 r. zdecydowanie zmniejszyła się liczba zawodów z potencjalną nadwyżką pracowników i pracownic. Firmy zmuszone są sięgać po pracowników, którzy do tej pory nie mogli znaleźć pracy w swoim wyuczonym zawodzie. Na marginesie: więcej niż pewne jest, że firmy szukają już ludzi, którzy w ogóle nie mogli znaleźć pracy w jakimkolwiek zawodzie - a co najwyżej przeczołgiwano ich przez lata w urzędach pracy w ramach kolejnych kursów obsługiwania myszy na sprzęcie pamiętającym Windowsa 95.

Więcej niż wymowne są też przyczyny, dla których firmy mają coraz większe problemy: mało atrakcyjne oferty, niskie wynagrodzenia, trudne warunki pracy, konieczność dojazdów do miejsca pracy, brak umiejętności wymaganych przez pracodawców, niewystarczające doświadczenie zawodowe, utrata kwalifikacji, przerwa w kształceniu w niektórych zawodach. A przy okazji anegdotka z ostatnich dni: w bardzo dużym mieście znajoma osoba poszła na rozmowę kwalifikacyjną, bo w ogłoszeniu „stało jak byk”, że firma szuka menadżera. Na miejscu okazało się, że niekoniecznie menadżera, i że niekoniecznie oferują menadżerskie zarobki, ale - tak po prostu - szukają ludzi do pracy, bo brakuje. Rekruter nieopatrznie się przy okazji się wygadał, że jakoś tak mało ludzi się zgłasza. No cóż, z nawykami ze starych czasów, i próbą mydlenia oczu kandydatom/kandydatkom już na wejściu, daleko łowcy głów nie zajadą. Mogę zdobyć się jedynie na jedną  darmową poradę dla firmy: zmieńcie państwo agencję rekrutacyjną, bo ta obecna wyraźnie nie spostrzegła, że coś się właśnie w Polsce mocno zmienia.

Lumpenliberalizm niszczy solidny fach

Zdradzę państwu jedną z najpilniej ukrywanych tajemnic III Rzeczpospolitej: żaden przedsiębiorca, żadna ambitna firma nie da rady bez pracowników. Pan prezes, pani szefowa, menadżer, kierownik produkcji, dział marketingu – wszyscy są jak generałowie i oficerowie armii: bez szeregowych zostaną sami na placu boju. A w bratobójczych wojnach kapitału o zyski świat pracy, czyli pracownice i pracownicy, zawsze są armią zaciężną. Nie chcecie im lepiej płacicić, nie chcecie zapewnić im lepszych warunków pracy? Zatem pójdą sobie od was, albo ograniczą współpracę. O ile wcześniej wasze punkty rekrutacyjne mogły odsyłać ich z kwitkiem, o tyle teraz gotowi jesteście przyjmować nawet kuternogów i lekkoduchów, byle chcieli dla was walczyć o zyski, byle było komu ciągnąć wasze machiny wojenne i produkować/dystrybuuować towar, lub zapewniać usługi. Ale dziś coraz częściej ryzykujcie, że pozostali na polskim rynku potencjalni pracownicy/pracownice z bardzo różnych przyczyn w najlepszym razie potrzebują dłuższego okresu przystosowawczego. A w najgorszym razie: że wasze firmy zaczną świadczyć usługi coraz gorszej jakości, lub mieć coraz większe problemy z produkcją lub wywiązywaniem się z kontraktów.

Lumpenliberalizm, pozornie stawiający na przedsiębiorczość i zaradność, w gruncie rzeczy zahamował i zabił znaczenie choćby takich słów jak „fach w ręku”. Poważnie nadwyrężono w III RP choćby stabilność zawodową, która gwarantowała, że ludzie przez dekady nabywali doświadczenie, znali fach i swoje przedsiębiorstwo, miejsce i kontekst pracy. Powszechny przekaz głosił: liczą się jedynie ciągłe zmiany, to one świadczą o tym, że jednostka jest kreatywna i zależy jej na karierze. Ale był to na ogół sprytny sposób na zakłamanie rzeczywistości: liberalne media budowały go, dając zwykłym ludziom za przykład gwiazdy show-biznesu, albo menadżerów globalnego biznesu. A to zupełnie różne światy. Zręby pod funkcjonalny i stabilny system rynkowy buduje się na dobrze wykwalifikowanych pracownikach/pracownicach, również fizycznych. Tylko że takich ludzi trzeba szanować. I oni siebie szanują. A to jest bardzo dalekie, niestety, niestety, od standardów na których budowano III RP. 

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo