402 obserwujących
2903 notki
12203k odsłony
823 odsłony

Przyjaciel esesmana Landaua

Wykop Skomentuj15

19 listopada 1941 roku, Drohobycz. Od rana trwa obława na Żydów. W Niemców jakby piekło wstąpiło. Biegali za ludźmi, zapędzając ich do klatek schodowych, na podwórka i tam zabijali. Landau siedzi w domu, jest trochę wczorajszy, pił z kolegami do późna. Przyszedł do niego Żyd Schwarz, który miał kończyć robotę. Landau zdziwił się, że jest tylko jeden drapie się w głowę – o coś miał go zapytać – aha, już wie – Wo ist der Bruno? Tak właśnie zapytał esesman Landau o polskiego pisarza Brunona Schulza –gdzie jest Bruno. Ach ten Bruno, znów się gdzieś zapodział!

 
Kiedy Schulz miał już wszystkiego dosyć, dosyć chamowatych uczniów, tej wrzeszczącej gromady, dosyć rady pedagogicznej, dosyć rysunków i robót ręcznych, kiedy już mu to wszystko obrzydło, szedł Bruno Schulz przy księżycu do burdelu na ulicy Krokodyli, która to w rzeczywistości nosiła ponoć nazwę ulicy Stryjskiej, ale co do tego pewności nie ma. Szedł więc tam, gdzie czekały na niego długonogie nimfy odziane w najtańsze perkale kupowane pewnie jeszcze w sklepie jego ojca, kiedy tamten żył.
 
Nimfy patrzyły długo zza półprzymkniętych drzwi na tego, który przychodził tu jak po nagrodę albo jak pijak po wódkę, by w końcu wpuścić go do ośrodka i pokazywać palcami jedna drugiej, kiedy szedł na górę i nie mógł tych drwin widzieć. Potem któraś, całkiem już znudzona, krępowała go sznurem od kotary albo czymś innym, co tam akurat było pod ręką, za każdym razem obiecując sobie, ze teraz to już stłucze go porządnie, ale wychodziło jak zwykle, bo nie było takiej kobiety, której by się serce nie ścisnęło na widok nauczyciela rysunku z miasta Drohobycz, o którym to mówiło się po cichu, że ponoć się przechrzcił. Bić takiego?! Zgroza.
 
O tych wycieczkach pana profesora wiedziało całe miasto, ale ludzie są już tacy, że jak zdarza się obok coś, co dalece wyrasta ponad ich wyobraźnię, to choćby to stało na środku rynku, ot nawet takiego, jak ten w mieście Drohobycz, widzieć tego nie będą. Schulz miał więc swoje nimfy dla siebie.
 
Tuż przed wojną mówiło się, że „Sklepy Cynamonowe” i „Sanatorium pod Klepsydrą” to nie wszystko, że Schulz pisze powieść zatytułowaną „Mesjasz”, że to ma być coś naprawdę wielkiego. „Mesjasz przyszedł, jest już w Samborze” – tak brzmiały pierwsze słowa tej powieści. Sam Schulz zaprzeczał i mówił ludziom, że to już nieważne, że bez wartości. Rękopisu nigdy nie odnaleziono. Ponoć spalił go już za okupacji, ale na pewno nic nie wiadomo. Wiadomo za to, że zamiast Mesjasza od Sambora nadjechali na motocyklach hitlerowcy.
 
Wcześniej za Sowietów, Schulz próbował trochę zarabiać w wydawanych przez nich pismach. Nie szło mu. W skierowanym do niego piśmie z redakcji „Nowych widnokręgów”, kierowanej przez Wandę Wasilewską i Adama Ważyka napisano: nam Proustów nie potrzeba!
Trochę tym sowietom malował, ponoć nawet portret Stalina namalował i napisy na 1 maja. Ale jak było naprawdę, kto tego dziś dojdzie.
 
Za Niemców, kiedy znowu przyszli, bo w 1939 do Drohobycza najpierw weszli Niemcy, ale oddali miasto Sowietom. No więc w 41, jak drugi raz przyszli, Schulz zaznajomił się z Feliksem Landauem, a właściwie odwrotnie Landau zaznajomił się z Schulzem. Ten Landau to nie był żaden Niemiec, tylko kundel taki, mieszaniec, ojciec z Austrii, a matka z Serbii albo odwrotnie. Bandyta okropny. Zabijał za byle co, ale Schulz mu się spodobał, bo ładnie malował. Tak naprawdę to Bruno Schulz był marnym malarzem, to był doskonały rysownik, ale malarz był z niego słaby. Tylko co to miało za znaczenie dla takiego Landaua, kiedy on chciał mieć pokój dziecka jakimiś obrazkami przyozdobiony? Jak pytał Żydów, kto maluje, to mu powiedzieli, że Schulz, nauczyciel rysunku z gimnazjum.
 
Ciężko dziś wyobrazić sobie stosunki panujące w armii Hitlera i jego policji. Coś pomiędzy krańcowym służalstwem a chęcią mordu na najbliższym towarzyszu. To wszystko byli bardzo młodzi mężczyźni, zepsuci przez wojnę i kryzys, często kryminaliści lub po prostu patologiczni zbrodniarze z zamiłowania. Mieli jakieś ambicje, rywalizowali ze sobą, traktowali się raczej serio i żaden nie liczył na poczucie humoru drugiego. Mieli jakieś kobiety, chcieli im imponować, bali się o życie, donosili na siebie nawzajem. Próbowali różnych interesów, żeby dorobić.
 
Taki na przykład esesman Gunther miał Żyda Hauptamana. Ten Żyd to był tylko stolarz, rzemieślnik, ale on robił takie meble i takie intarsje, że w Vaterlandzie nikt takich nie widział. On to robił dla Gunthera, żeby ten mógł to wysłać do domu i żeby to tam sprzedali za duże pieniądze. To się wcale nie podobało komendantowi Landauowi, który z kolei miał Żyda Schulza, nauczyciela rysunku.
 
Kiedy komendant Feliks Landau dowiedział się o tym, jak Gunther przy pomocy stolarza Hauptmana reperuje swój budżet, zdenerwował się mocno, bo nie lubił, jak coś działo się bez jego kontroli. Zawołał raz tego Hauptamana, kazał mu stanąć tyłem i strzelił mu w kark. Podobno. Też nie wiadomo do końca, czy Gunther wściekł się o tego stolarza czy o co innego. Oni rywalizowali ze sobą mocno, potem śmiali się i pili, ale na służbie ścierali się ostro.
 
Ponoć poszło nie o stolarza, ale o coś innego. O to, że Ghunter przebudowywał ulicę św. Jana, robił tam takie Gartenerei, to znaczy Żydzi robili, a on był odpowiedzialny. No i zostawił tych Żydów i gdzieś polazł. A budowa była tuż obok willi komendanta, który opalał się ze swoją kobietą na tarasie. Kiedy Żydzi zwolnili tempo, Landau przyniósł karabin i strzelał do nich, raz za razem. Dużo ludzi wtedy zabił, a śmiał się! Taką szkodę Guntherowi zrobił!
Tak więc w czwartek 19 listopada 1942 roku miał esesman Gunther kilka powodów do tego, żeby biegać po mieście Drohobycz i szukać nauczyciela rysunku z gimnazjum im. Władysława Jagiełły Brunona Schulza. W końcu go znalazł.
 
W ten feralny czwartek Schulz był już właściwie gotowy do wyjazdu do Warszawy. Miał fałszywe papiery, które dostarczyła mu AK, w Warszawie czekała na niego Zofia Nałkowska. Miał jechać. Dostał nawet z Judenratu przydział chleba na drogę. Bał się wyjazdu i mówił o tym. On się w ogóle bał miasta. To dziś nie do uwierzenia, ale Warszawa sprzed wojny, to było dla niego wielkie miasto. Najchętniej zostałby w Drohobyczu, ale zostać nie mógł, bo robiło się bardzo niebezpiecznie.
 
Tak więc szedł Bruno Schulz w listopadowy dzień do swego mieszkania, szedł jak duch poprzez miasto, gdzie na ulicach leżały trupy i mijał Niemców, Ukraińców i Litwinów w mundurach, którzy na wyprzódki zabijali drohobyckich Żydów. I nikt nie wie, jak to było, że znalazł go ten Gunther. Ponoć powiedział do niego – panie profesorze, niech się pan odwróci – ale kto tam wie, jak było naprawdę. Ponoć przytrzymał go za kołnierz i strzelił z bardzo bliska. Ale czy taki Gunther, co lubił intarsje, ryzykowałby zachlapanie munduru mózgiem i krwią polskiego pisarza? Zostawił go na ulicy, w rynsztoku i od razu poleciał szukać Landaua.
- Zastrzeliłem twojego Żyda – wrzeszczał już od progu – zastrzeliłem twojego przyjaciela Brunona! Landau zmartwił się. Kto mu teraz dokończy malunki na ścianach?
 
Gdzie jest pochowany Bruno Schulz tego nikt nie wie. Podobno zawleczono nocą ciało na Drohobycki cmentarz i zakopano w jakimś grobie, ale nikt nie pamiętał, który to grób. Po wojnie, kiedy znów przyszli Sowieci, wszystko się na tym cmentarzu zmieniło.
 
Wykop Skomentuj15
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura