coryllus coryllus
191
BLOG

Oszukani albo jak utożsamiłem się z prezesem Kaczyńskim

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 23

Z pogodnym zdumieniem obserwuję jak blogerzy deklarujący na co dzień poglądy lewicowe lub – o zgrozo – centrowe, piszą zdystansowane, zrównoważone i ciepłe listy do Jarosława Kaczyńskiego. W listach tych proponują prezesowi PiS, by zrezygnował z kandydowania, bo może to źle wpłynąć na jego samopoczucie. Piszą także, że nie będą na niego głosować, choć oczywiście mogliby, gdyby tylko przestał być Jarosławem Kaczyńskim, a zamienił się w kogoś bardziej dla nich odpowiedniego. Czy ja wiem w kogo? Może w Sikorskiego, a może w samego Tuska. Wielu z nich poucza wręcz prezesa, jak powinien prowadzić kampanię wyborczą, żeby przebiegała ona zgodnie z zasadami przyjętymi w cywilizowanych społecznościach, żeby nie było w niej trumien, krwi i katastrof. Lęk o to co zrobi i jak się zachowa Jarosław Kaczyński jest zrozumiały, w końcu ludzie Ci już wiedzą, że to właśnie on będzie prezydentem Polski i dlatego to wszystko piszą. Muszę się przyznać, że ja ich, dzięki tej niezwykłej postawie podziwiam, bo sam wcale takiej pewności nie mam, a nawet gdybym ją miał i  moje sympatie polityczne lokowałbym po przeciwnej stronie, to nie przyznawałbym tak łatwo racji przeciwnikowi. No, ale ja jestem patologicznie zawzięty i niczego sobie wytłumaczyć nie dam. Co innego lewica i centrum, gdzie kwitnie zgoda i mowa wulgarna się nie panoszy. Tam takie numery są na porządku dziennym.

 
Patrzę na to wszystko i zastanawiam się co skłania tych ludzi do wysmarowywania takich przemądrych elaboratów. Wymyśliłem, że nie może to być nic innego, jak tylko świadomość, że zostali oni oszukani. Że wmanewrowano ich w coś z czego nie potrafią wybrnąć, z czego nie ma żadnego wyjścia pozwalającego zachować twarz. Stąd jedni drapują na sobie szaty mędrców i przemawiają do prezesa z pozycji rzymskiego senatora, który chce ocalić republikę, a inni zaś uciekają w pogardę i nazywają ludzi stojących w kolejkach przed Pałacem Prezydencki „gminem” i „ludźmi prostymi”. Swego czasu słów podobnych używał Alfred Miodowicz wobec swoich przeciwników politycznych. Im więcej takich głosów tym większa pewność, że koniec jest bliski. Niedługo, gdy okaże się, że na te opowieści nie ma innego odzewu niż analogiczny to tego co ja tutaj piszę, że prezes i jego partia nie zmienią się, że staną się bardziej „europejscy”, w sercach tych ludzi pojawi się prawdziwa groza. I wtedy puszczą ostatnie hamulce i zacznie się plucie. Ale jakie! Napisałem hamulce? Przepraszam, chciałem napisać zwieracze. Ale z czegóż ten strach? Nie będzie to przecież nic ponad zwyczajną klęskę wyborczą, którą przecież w następnych wyborach można przekuć w sukces. O co więc chodzi? Otóż wysoce prawdopodobne jest, że kiedy prezes wygra, czego ja wcale nie jestem pewien, choć na niego właśnie będę głosował, nikt nie włączy już tego głupiego radia, by posłuchać co mówi Wojewódzki z Figurskim. Nikt tego nie zrobi, bo słuchanie tych baranów stanie się ogólnopolskim wyznacznikiem obciachu, kaszanki, wiochy i tandety. Ci zaś, którzy do tej pory uważani byli za mędrców i wyrocznie będą mogli co najwyżej ustawić się w kolejce do pośredniaka.
 
Czytając to wszystko i myśląc o tym utożsamiłem się nagle z Jarosławem Kaczyńskim Tak, tak, choć w niczym, ale to w niczym nie przypominam prezesa Kaczyńskiego poczułem się przez moment zupełnie, tak jak on się czuje czekając na ten swój sukces. Trwało to tylko kilka chwil, ale dało mi bardzo wiele. Okazało się bowiem, że tak jak lewicowe i centrowe – o zgrozo – tuzy blogosfery troszczą się o prezesa tak lewicowy i centrowy – o zgrozo – plankton blogosfery troszczy się o mnie. Doprawdy nie zasłużyłem na te słowa. Dziękuję z serca. Oto martwią się ludzie, czy aby nie rozmieniam się na drobne, czy potrzebnie zająłem się tym komentowaniem polityczny, kiedy tak ładnie szło mi opisywanie historii z PRL i innych pitavali, czy ja aby sobie z tym natłokiem tematów, z tą bieżączką poradzę, a także czy moje pisanie nie ucierpi na tym i będę potrafił utrzymać poziom. Wśród tych słów pełnych troski i ciepła pojawiły się także inne, wprost obelżywe i oskarżające mnie o grafomanię. Słowa te ostatecznie utwierdziły mnie w przekonaniu, że czynię właściwie i idę dobrą drogą. Tak jak zapowiadałem bowiem na początku zamierzam wydać książkę. Ba! Co tam książkę! Ja zamierzam wydać trzy książki, a pierwszą już w maju lub na początku czerwca. Po to właśnie była owa niezrozumiała dla wielu technika pisania równolegle kilku cyklicznych opowieści. Zaczniemy od „Pitavala prowincjonalnego”. Potem przyjedzie kolej na „Dzieci peerelu” , a jeszcze później na opowieść „O moim domu”. Projekt książki, sposób dystrybucji i inne szczegóły zostaną wcześniej przeze mnie omówione w specjalnym wpisie dotyczącym rynku wydawniczego, być może wpis ten ukaże się już na mojej stronie, ale tego nie obiecuję. No i jeszcze jedno – najważniejsze dla mnie – ujawnię się.
 
coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (23)

Inne tematy w dziale Polityka