coryllus coryllus
398
BLOG

Dzieci peerelu (16) Pijaństwo

coryllus coryllus Rozmaitości Obserwuj notkę 8

Alkoholizm był u nas zawsze przedstawiany, jako coś niesłychanie zabawnego, z czego można się pośmiać nie urażając niczyjej dumy. Alkoholik przecież dumy nie ma, jest śmieciem i szmatą. No chyba, że jest agresywnym alkoholikiem wtedy trzeba ze śmiechem uważać. W innych wypadkach można śmiać się do woli. Literatura polska pełna jest opisów pijaństwa, które kończy się mordobiciem, zabójstwem, gwałtem zbiorowym lub jakimiś mniej drastycznymi, ale i tak okropnymi wydarzeniami. Wszystkie owe straszliwości spisywane są po to, by czytelnika rozbawić i pocieszyć go, że dwa piwa i ćwiartka, którą wypija codziennie on sam, to nie jest żaden alkoholizm tylko kulturalna rozrywka sympatycznych ludzi. To jest właśnie charakterystyczne  dla polskich pisarzy moralistów. Opisy owe zwykle pochodzą od ludzi, którzy z pijaństwem nie mieli wiele wspólnego, a jeśli mieli to zostali zeń wyciągnięci przez życzliwe i bliskie im osoby. Co prawda są także opisy pijaństwa w książkach autorów zagranicznych, ale tam nie chodzi zwykle o prawdziwe pijaństwo tak, jak my to rozumiemy tylko o jakieś niedzielne wprawki. 

Alkoholizm w Polsce Ludowej był czymś tak oczywistym, jak wschód słońca. Jego źródło zaś nie leżało w żadnych rzekomych skłonnościach narodowych tylko w tragedii naszego kraju. Wiem o tym bo miałem starego ojca, który urodził się kawałek przed wojną i zdążył jeszcze polatać po polu z karabinem w dłoniach. Alkoholizm brał się początkowo z frustracji politycznej. Ludzie pili co prawda już wcześniej, ale nie pili tak tragicznie i tak zabójczo, jak po wojnie. Ci, którzy pamiętali wolną Polskę, którzy pamiętali ile ta kosztował chleb, ile było rodzajów tego chleba, a także po ile była bułka w spółdzielni, a po ile u Żyda, ludzie którzy pamiętali po ile kupowało się podroby, kiełbasę i co to była za kiełbasa, oni właśnie pili najmocniej. Kolejne pokolenia zaś były już przez nich wychowywane i nie miały one w sobie tej tragicznej rysy. Ich alkoholizm był kabotyński i durnowaty.
 
Wróćmy jednak do pokolenia, które zaczęło dorosłe życie, życie w pokoju, w odrodzonej ojczyźnie, tuż po wojnie. Ludzie ci, bardzo młodzi przecież, nie mieli żadnych życiowych drogowskazów, tak jak to rozumiemy dziś. Więzi społeczne były zerwane, wszędzie dookoła rozciągał się jeden wielki cmentarz, państwo kierowane przez ewidentnych zdrajców nie oferowało zaś im niczego poza pracą ponad siły, bez realnego wynagrodzenia. Do tego rachunku dochodziło powszechne donosicielstwo i terror. W takich warunkach trudno było zachowywać się godnie. Ludzi ci zakładali rodziny nie zdając sobie zupełnie sprawy jaka jest funkcja takiej rodziny. Coś tam pieprzyli w urzędzie o podstawowej komórce społecznej, ale kto by ich słuchał, zaprzańców. Były więc powojenne rodziny budowane tak, jak to nakazywała chłopska przeważnie tradycja. Z mężem na czele i posłuszną żoną wychowującą gromadkę dziatek. Tyle, że w warunkach PRL taki model nie sprawdzał się zupełnie, a i państwu komunistycznemu nie był on wcale potrzebny. Chłop utrzymywał się z ziemi przecież i z tego brała się jego siła. Najemny robotnik zarabiający w latach pięćdziesiątych 150 złotych miesięcznie nie miał nawet jednej dziesiątej tego autorytetu u bliskich, którym cieszył się ów chłop. Pił więc, żeby nie myśleć. Czasem bił wszystkich którzy byli dookoła, ale głównie pił. Pił strasznie i nie było dla niego znikąd ratunku, bo z wódką nie wygra nikt, jeśli nie ma mocnego wsparcia, a takowego w czasach powojennych i późniejszych nie było.
 
Pokolenie alkoholików wychowywało więc pokolenia następnych alkoholików przekonując wszystkich dookoła, że to nie żadne pijaństwo tylko towarzyski obowiązek, tradycja i takie tam bzdury. W ten sposób wyrosły w Polsce miliony ludzi, którzy wolno, bardzo wolno zaczęli przychodzić do przytomności. Proces ten trwa do dziś.
 
Kiedy dziś myślę o swoim domu, w którym nie ma alkoholu w ogóle jeśli nie liczyć okazyjnej butelki pilznera, która się tu czasem pojawia nie mogę zrozumieć, jak było to możliwe, że te zastawione flaszkami stoły traktowaliśmy, jako coś naturalnego i normalnego. Uważaliśmy je za stały i ważny element życia, a dorosłość kojarzyliśmy z wypiciem alkoholu właśnie. Nie z zarobieniem pieniędzy, nawet nie z seksem, ale z wódką. Myślę o tym coraz rzadziej i mam nadzieje, że ten widok zastawionego zakąskami i butelkami stołu wkrótce całkowicie mnie opuści.
 
Prócz pijaństw w których sam uczestniczyłem najbardziej wbiły mi się w pamięć ekscesy Jurka. Jurek był sąsiadem, który mieszkał kilka domów dalej, w jakiejś budzie zbitej z płyt pilśniowych. Nie wiem czy pracował, czy robił w ogóle cokolwiek poza piciem. Wyglądał tak, jakby przed chwilą wygrzebał się cudem ze zbiorowej mogiły, w której zakopano go żywcem przez pomyłkę. Mały, chudy przeraźliwie, łysa czaszka obwiedziona rzadkimi włoskami przypominającymi pióra dorastających pisklaków. Kiedy zasiadałem do lekcji w tak zwanym dużym pokoju, który pełnił funkcję salonu i sypialni dla mnie i mojej siostry, patrzyłem zawsze w okno wychodzące na ulicę, patrzyłem na słup  energetyczny który stał po drugiej stronie ulicy – latarni jeszcze wówczas tam nie było – i widziałem Jurka. Zbliżał się najpierw charakterystycznym dla skończonych degeneratów tanecznym krokiem, cofając się co jakiś czas o krok lub dwa. Rzucało nim na wszystkie strony, a on próbował złapać równowagę balansując ciałem i wyciągające ręce na boki. Nie było niebezpieczeństwa, że wpadnie pod samochód, bo samochody wówczas prawie wcale nie pokazywały się na naszej ulicy. Szedł więc Jurek tym swoim krokiem tak, jakby odprawiał jakiś tajemniczy obrządek polegający na wykonywaniu serii zaskakujących i niezrozumiałych dla postronnego obserwatora, ale piekielnie ważnych gestów i kroków. Szedł i za wszelką cenę chciał dojść do słupa stojącego naprzeciwko mojego okna, a ja obserwowałem go znad zeszytu z ułamkami. Kiedy już Jurek osiągał cel, próbował złapać równowagę przy słupie, rozpinał rozporek i sikał. Odbywało się to codziennie zawsze w tym samym czasie, kiedy ja siadałem do lekcji. Jurek rzecz jasna nie mógł utrzymać się na nogach, więc kiedy tylko jego ręce próbowały jakoś zapanować nad tym nieszczęsnym narządem ich właściciel tracił równowagę i walił się, jak długi na chodnik rozbijając sobie przy tym głowę lub obcierając ramiona go krwi. Narząd w tym czasie robił co chciał, był więc do tego Jurek jeszcze przemoczony w różnych miejscach, ale najwyraźniej było mu to obojętne.
 
Kiedy zdarzało się, że miast nasikać na słup, płyty chodnikowe lub kawałek trawnika, który wyzierał gdzieś spomiędzy betonu, Jurek obsikiwał podmurówkę ogrodzenia sąsiadki mieszkającej naprzeciwko, ta wybiegała z domu i zachowując bezpieczną odległość wrzeszczała – ty skurwysynu, kary na ciebie nie ma! Bodajbyś zdechł, żeby cię pociąg przejechał albo samochód. Jurek nie reagował na to wcale, wiedział bowiem dobrze i było to w jego mózgu wyryte tak głęboko, ze nie zniszczył tej informacji alkohol, że sąsiadka, ani nawet jej mąż, ani syn, ani ktokolwiek nie zrobią Jurkowi nic, mogą tylko krzyczeć. Wiedział Jurek o sobie to co wiedzieli wszyscy inni na naszej ulicy, wiedział, że był kiedyś bokserem. W dodatku utytułowanym. Pamiętał swoje sukcesy, medale i mimo że wyglądał jak chory na chorobę popromienną kurczak czuł w sobie siłę. Nikt, pomimo że Jurek był kompletnym ochlapusem nie odważył się go zaczepiać. Na ulicy nie pamiętano w jakich okolicznościach zniszczona została kariera Jurka, kto zaprzepaścił jego talent i pracowitość, pamięć jednak o tym, że Jurek to zdolny sportowiec żyła i nie pozwalała ludziom szydzić z niego tak, jak szydzili z innych pijaków. Jurek żył stanowczo za długo, jak na człowieka który wlewa w siebie codziennie tyle alkoholu, w dodatku nie zawsze nadającego się do spożycia. Towarzyszył mi przez całą podstawówkę, a zmarł dopiero kiedy byłem w szkole średniej. Nie wiem czy ktoś tam jeszcze prócz mnie go pamięta.
Nie był jednak Jurek najstraszliwszym pijakiem na naszej ulicy. Tym był dla mnie zawsze człowiek, którego mój tata nazywał panem Janem. Ludzie! Cóż to było za monstrum!. Facet pochował chyba z pięć żon, a trzy wypędził pozbawiając je wcześniej majątku, który te naiwne kobiety przepisywały na niego. Robiły to ponieważ pan Jan, mimo wieku, potrafił je jeszcze zaspokoić seksualnie i dla tej chwili przyjemności panie owe – także niemłode – gotowe były wyrzec się oszczędności całego życia. Opowieść o Janie zacznę od końca. Od jego śmierci. Krótko przed tym zgonem, całkiem zwyczajnym i, że się tak wyrażę łóżkowym, widziałem go jak biegł po wódkę. Biegł! A na informujących o zgonie nekrologach wyraźnie było napisane, że zmarły miał 97 lat.
O człowieku tym opowiadano różne rzeczy, mówiono na przykład, że w czasie wojny był partyzantem. Co bardziej doświadczeni uśmiechali się jednak i mruczeli pod nosem, że żaden był z niego partyzant, skłaniał się raczej do rabunku niż do wyzwalania ojczyzny z rąk okupanta. Nie wiem, jak to było dokładnie. Wiem tylko, że był człowiekiem bardzo towarzyskim i nieprzeniknionym. Był także niesłychanie oszczędny. Pamiętam, jak kiedyś mój tata wybrał się do niego celem konsumpcji alkoholu i wrócił jakoś tak niespodziewanie szybko. Zwierzał się potem mamie, że Jan chciał ugościć go zupą ugotowaną na kości. Gnat ten leżał w lodówce, które nie była podłączona do prądu - trzeba było oszczędzać. Tak więc okazało się, że w tym gnacie znalazły sobie siedzibę larwy much plujek zwane u nas pospolicie dzikunami. Jan na oczach ojca wyjął ten ruszający się kawałek kości z ciepłego zamrażalnika, oczyścił szybciutko z robaków i zamierzał wrzucić do garnka. Tato jednak nie czekał na ten wspaniałomyślny gest, zabrał szybciutko swoją czapkę, palto i wrócił do domu.
 
Nigdy już potem nie zachodził do Jana. Chociaż wyrażał się o nim zawsze z pewnym szacunkiem. Nie wiem skąd się to brało, bo dla mnie pan Jan był po prostu przerażający. Kiedyś, w wakacje ojciec pozwolił mu skosić trawę na naszym podwórku, żeby miał trochę paszy dla królików. Nic mi o tym nie powiedział, a byłem dzieckiem nieco bardziej niż inne przywiązanym do swojej własności i swojego terytorium. Obudziłem się rano i zobaczyłem, że jakiś facet, wielki jak byk, kosi trawę. Wyszedłem przed dom i powiedziałem – dzień dobry – nie odpowiedział, bo taki już był. Uznał pewnie, że nie ma co ze mną gadać, z takim szczylem. Zapytałem kto mu tę trawę pozwolił kosić, ale on milczał. Miałem ochotę się rozpłakać, bo przecież to monstrum łaziło po moim podwórku, ale powstrzymałem się. Wróciłem do domu i siedziałem tam dopóki sobie nie poszedł.
 
Jan miał obsesję na punkcie kobiet, wiek mu w tym w ogóle nie przeszkadzał, podobnie jak okropna powierzchowność, brak zębów i niechlujstwo. Właściwie lepiej byłoby określić tę przypadłość obsesją na punkcie majątków kobiet, bo one same średnio go interesowały. Tłukł je zwykle czym popadło, a one – starsze już przecież panie – błagały tego bezzębnego satyra na kolanach, by kochał je mocno. O wszystkim tym mówiło się dosyć otwarcie na ulicy, ale nikt Jana nie oceniał, a przynajmniej nie robił tego głośno. Przypuszczam, że ludzie bali się jego reakcji. Znany był bowiem ze swoich nieobliczalnych posunięć.
 
Jan mieszkał, jak my wszyscy w nędznej ceglanej chałupinie, która mogłaby służyć za przedsionek jakiegoś znakomitszego domostwa. Poruszał się zawsze po tym swoim podwórku tak, by jak najmniej kroków zrobić, chodził utartymi ścieżkami, a w niektóre kąty nie zaglądał nigdy. Mieszkał w tym podwórku chyba z pięćdziesiąt lat, ale dopiero po jego śmierci, ludzie którzy wynajęli ten domek z przerażeniem zauważyli, że w niesprzątanym nigdy kącie placu leży sobie spokojnie i rdzewieje bomba lotnicza produkcji niemieckiej. Skąd się tam wzięła i kiedy spadła nie wiedział nikt. Podejrzewam, że nie miał o tym pojęcia nawet sam Jan, bo wprowadził się do tego domeczku i na to podwórko już po II wojnie światowej, a do tego kąta nie zaglądał nigdy bo nie miał po prostu takiej potrzeby.
CDN
coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Rozmaitości