Ludzie związani z lewicą uzurpowali sobie przez czas bardzo długi prawo do ostatniego słowa i racji a priori właściwie we wszystkich ideowych sporach toczonych w kraju. Ich przewaga nie wynikała jednak z rzeczywistej mocy intelektu i uczciwości argumentów, ale z tego że słowo swoje, postępowe głosili poprzez wyjątkowo wielkie i donośne tuby. Trudno było znaleźć na uniwersytetach ludzi, którzy mówiliby coś innego niż to nakazywała Gazeta Wyborcza, choć może słowo nakazywała nie jest tu najwłaściwsze, może lepiej powiedzieć – lansowała. Tylko jak tu w takim razie zaakceptować taką konstrukcję – lansowanie swojej wizji Powstania Warszawskiego? Sam nie wiem.
Dwadzieścia lat absolutnej przewagi medialnej doprowadziło do tego, że ludzie głoszący treści umownie zwane „postępowymi” stracili całkowicie kontakt ze światem realnym. Częściowo na własne życzenie, ponieważ się tego świata brzydzili, a częściowo kierując się wygodą, która gwarantowana była wysokimi słupkami sprzedaży i oglądalności, pewnością, że wszyscy ważni ludzie głoszą właściwe treści, które z kolei odbiorca przyjmuje bez szemrania. Poza tym ludzie owi, niczym mieszkańcy strzeżonego osiedla, przebywali jedynie we własnym towarzystwie i tam wzajemnie się nasładzali swoim sukcesem i przewagą. Jeśli zaś zdarzyło im się mieć jakieś wątpliwości, włączali telewizor i tam już odpowiedni człowiek, jakiś Lis czy Miecugow, opowiadał im, że świat wygląda dokładnie tak jak go sobie wyobrażają.
W warunkach stworzonych przez ostatnie dwadzieścia lat, kiedy jedyną realną wspólnotą, inną niż korporacyjne, było zgromadzenie wiernych przy parafii, utrzymanie takiego stanu wydawało się łatwe. Ludzie przez 12 godzin siedzą w pracy, przez pozostałe zaś śpią. Swoje ciężko zarobione pieniądze wydają zaś na dobra tak oczywiste i dostępne gdzie indziej, jak mieszkanie, dom, przedszkole dla dziecka, wakacje. Słowem – taki komunizm tylko, że sukcesem nie jest już kupno zielonej pasztetowej z papieru toaletowego, a Tunezja na tydzień. O jakiejkolwiek refleksji nie ma mowy, bo nie ma na nią czasu, jest za to ersatz refleksji w postaci programów telewizyjnych, w których durnie pokroju Lisa zastanawiają się „Co z tą Polską”.
Idee, te słuszne i postępowe trzeba jednak sprzedawać i brać za nie pieniądze. I tutaj zaczął się kłopot. Jeśli sprzedawać, to komu? Widzowi i czytelnikowi, to jasne. Tyle, że widz i czytelnik urobiony po łokcie ma coraz mniej czasu na wchłanianie idei, które nie kosztują wcale tak mało i po kilku latach robią się nieco nudnawe. Poza tym, żeby odbiorca kupował musi być wyedukowany, właściwie wyedukowany. Niestety kolejne reformy szkolnictwa miały tę dobrą stronę, że zniechęciły młodzież i dzieci do każdej właściwie lektury. Także tej głupiej i szkodliwej, takiej jak książka Lisa pod wymienionym wyżej tytułem. O tym, by ktoś przeczytał książkę Żakowskiego „Między panem a plebanem” nie może być już mowy od dawna. Tutaj mała dygresja – dlaczego się nie wznawia tego wiekopomnego dzieła? Uważam, że trzeba. Gdyby tak każdy Polak je przeczytał byłby to koniec Żakowskiego, Gazety Wyborczej i salonu w ogóle.
Jeśli nie można przekazywać swych mądrości młodym, jeśli nie można ich uczyć, bo oni są albo zbyt głupi, albo zbyt mądrzy – bo są tacy wierzcie mi – żeby te treści łykać, wtedy robi się ciasno i duszno. I pozostaje już tylko – jak mawiał czcigodny Jorge z powieści „Imię Róży” – wzniosła rekapitulacja. Tak więc udrapowany w szary habit Wilhelma z Hibernii Adam Michnik na naszych oczach przemienia się w czcigodnego Jorge, który, aby nie dopuścić do oświecenia ludu pożera księgę – tę najważniejszą, podpaliwszy wcześniej bibliotekę.
Nie powiodła się trwająca dwadzieścia lat próba stworzenia alternatywnego narodu, który zajmowałby się właściwie tylko kupowaniem, tak dóbr konsumpcyjnych, jak treści produkowanych przez namaszczonych mędrców i publicystów. Nie mogła się powieść, bo ludzkie życie jest za krótkie na taki projekt, czego nie przewidzieli nasi mistrzowie. Nie mogła się powieźć także z tego względu, że każdy mistrz musi sobie wychować następcę. I następca ten – co jest warunkiem koniecznym – musi być od tego mistrza lepszy i większy. A kogo wychował Michnik? Lizuta? Taki z niego Adso z Melku, jak z koziej dupy trąba.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)