Dokładnie pamiętam jakim wstydem wypełniało się moje dziecięce serce kiedy zmuszano mnie do oglądania lub uczestniczenia wręcz w akademiach ku czci. Komu poświęcone były te akademie nie miało znaczenia. Ich poziom był zwykle tak niski, a przekaz na tyle łopatologiczny, że serca siedmiolatków nie mogły tego znieść i dzieci te widząc chłopca, który udaje galopującego kawalerzystę pędzącego przed sobą Niemców, wbijały wzrok w podłogę. Wiem, że nie tylko ja miewałem podobne odczucia więc na pewno zrozumiecie o co mi chodzi.
Identyczne doznania opadły mnie kilka lat temu kiedy oglądałem w telewizji transmisję obchodów sześćdziesiątej rocznicy Powstania Warszawskiego. Program był interesujący i dramatyczny, ale na widowni, w pierwszym szeregu siedział Gerhard Pomada, który sprawiał wrażenie jakiegoś przypadkowego przechodnia, który wybierał się na striptiz, ale pomylił lokale i teraz nie wie co zrobić. Rujnowało to całkowicie zamiary organizatorów i obniżało rangę imprezy o dziesięć poziomów. Nie on był jednak najgorszy.
Na koniec wystąpił bowiem pan Bartoszewski, który wygłaszał treści na poziomie wprost knajackim usiłując się przypodobać Gerhardowi Pomadzie. Było tam o pani Walewskiej i inne, podobne kawałki. Wtedy także, chyba, bo na pewno tego nie wiem, padły słynne słowa o niepoważnej pannie, która powinna być miła. Wtedy właśnie zrozumiałem kim naprawdę jest pan Bartoszewski. Zrozumiałem i postanowiłem nigdy nie omawiać jego osoby, ani przekazywanych przezeń treści z nikim, ani też pisać czegokolwiek na jego temat. Niestety po ostatnim występie tego człowieka zmieniłem zdanie.
Wrócę do tego, kim jest ów pan. Otóż jest on parodystą. Parodyści dzielą się zaś na dwa rodzaje, na parodystów artystów i parodystów chałturników. Ci pierwsi potrafią parodiować wszystkich bez wyjątku po wysłuchaniu pięciominutowego wystąpienia osoby parodiowanej, lub skupiają się na parodiowaniu jednej tylko ale za to bardzo znanej i bezwzględnie wybitnej osoby. Ci drudzy zaś mają stały repertuar ograniczony do parodii kilku charakterystycznych osób, które sparodiować mógłby od biedy każdy, nawet ja. Żeby zilustrować o co dokładnie mi chodzi opiszę następujące wypadki, byłem kiedyś w Konstancinie w czasie festynu pod nazwą „Dni Konstancina”. Snułem się po parku i oglądałem różne imprezy. Było to dawno, kiedy żył jeszcze Edward Dziewoński i na plakatach zapowiadano jego występ. Zapowiadano także, że przybędzie on w towarzystwie Wiesława Gołasa i Wiesława Michnikowskiego. Postanowiłem odnaleźć w parku tę scenę, na której mieli wystąpić ci trzej panowie, albowiem bardzo ich sztukę lubiłem. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że miast Dziewońskiego, Michnikowskiego i Gołasa organizatorzy przysłali parodystę, który udawał wszystkich trzech. To był po prostu skandal. Jakiś czerwony na gębie, opasły chałturnik w tandetnej marynarce miotał się po scenie i naśladował skecze znane z kabaretu „Dudek”. Publiczność przysypiała by na pewno, gdyby kwas lejący się na nią z estrady nie był tak gryzący. Sądzę, że podobnie sprawy mają się z Bartoszewskim. On także ma trzy parodie do odegrania; udaje profesora, męża stanu i patriotę. Idzie mu to coraz gorzej i coraz częściej myli się w tekstach, które wygłasza z pamięci.
Teraz kilka refleksji na temat ostatniego wystąpienia pana Bartoszewskiego, tego o nekrofilii. Otóż z aluzjami i żartami na tematy okołoseksualne trzeba bardzo uważać, bo – po pierwsze – opowiadanie ich w większości przypadków nie uchodzi, a jeśli uchodzi, bo akurat towarzystwo znamy i ono nas zna, to i tak musimy uważać, by nie przekroczyć pewnej cienkiej granicy. Poza tą granicą rozciąga się galaretowaty ocean żenady. Z dowcipami tymi i aluzjami wiąże się także coś takiego, że obnażają one chętki i obsesje opowiadającego. I nie ma się tutaj co powoływać na Freuda, wystarczy posłuchać co gadają różne podekscytowane dziadki na ławkach w parku na widok ładnej dziewczyny. Pan Bartoszewski w miarę, jak się starzeje coraz częściej nawiązuje w swych wypowiedziach do seksu. To jest wbrew pozorom zrozumiałe i łatwe do rozszyfrowania, nie powinien jednak mieszać do tych swoich starczych obsesyjek osób trzecich. Nie powinien do tego mieszać Jarosława Kaczyńskiego i jego rodziny, po prostu. Nie powinien także zwierzać się z tego publicznie w zagranicznych gazetach. Polska jest krajem pełnym znakomitych psychoanalityków i nie zmieniła tego nawet śmierć Andrzeja Samsona. Warto o tym pamiętać.
Żeby dopisać tu jakąś sensowną pointę muszę rozwiać ten duszny opar, który się za sprawą ostatniego akapitu unosi nad całym tekstem i zwrócić się w kierunku spraw weselszych, również pochodzących z krainy mojego dzieciństwa. Ojciec mój miał różne dziwne nawyki i zdarzało mu się przekręcać słowa w sposób zupełnie demoniczny. Nadawało to jego, klarownym z pozoru, wypowiedziom charakter bardzo dramatyczny. Ja zaś miałem w tamtych czasach obsesję następującą; poszukiwałem w lesie i krzakach martwych ptaków, które zanosiłem ojcu i prosiłem go, by on z kolei zaniósł te truchełka do człowieka zajmującego się preparowaniem okazów. Mówiło się na to „wypychanie ptaków”. Mój tata zaś miast „wypchać ptaka” mawiał „wypchnąć ptaka”. Nie śmieszyło mnie to wtedy zupełnie. Otóż mam wrażenie, że zbliżamy się wszyscy, a mam na myśli Polaków, do momentu kiedy nie pozostanie nam już nic więcej, jak tylko wypchnąć pana Bartoszewskiego.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie.


Komentarze
Pokaż komentarze (30)