coryllus coryllus
343
BLOG

Zuzanna i starcy

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 81

Jestem człowiekiem, który zawodowo opisuje różne historie. Wymyślam je lub wygrzebuję gdzieś w papierach, a czasem one po prostu do mnie przychodzą, albo znajduje je na ulicy, kiedy odprowadzam dziecko do szkoły. Tak to sobie kiedyś, dawno temu wymyśliłem i, jak pisał nieodżałowany Marek Hłasko – oto sny moje stały się prawdą. Łatwość z jaką przychodzi mi to pisanie, to wymyślanie, wyszukiwanie i znajdowanie przeraża często moją żonę, a nawet mnie samego. Wszystko przez to, że czasem opowiadam coś w czym nie uczestniczyłem, co sobie tylko wyobrażałem lub co mi się śniło, a ludzie – moja żona na przykład – są przekonani, że to najświętsza prawda. Tak było kiedyś z sową śnieżną. Nie wiem, co mnie podkusiło, że opowiedzieć żonie, że widziałem kiedyś sowę śnieżną. Nigdy jej nie widziałem, a jedynie bardzo chciałem zobaczyć, jak wygląda ten piękny i niesamowity ptak. No i opowiedziałem o tym mojej żonie. Ona zaś po wielu latach, a dokładnie dziś po południu zażądała bym jej jeszcze raz o tej sowie opowiedział. Kurcze – pomyślałem – o jakiej znowu sowie, bo przecież nikt normalny nie pamięta o wszystkich swoich konfabulacjach. Jak to – ona na to – to nie widziałeś sowy śnieżnej?! No i się zaczęło.

 
Czynię ten wstęp po to, by przekonać czytelników do tego, że mogę mieć jakieś tam pretensje do oceniania cudzych narracji, w końcu sam z tworzenia tych narracji się utrzymuję. Nie robię tego jednak zbyt często – chodzi mi o ocenianie -  bo wiem jak nerwowo ludzie reagują na takie oceny. Kiedy jednak za narrację biorą się fachowcy, którzy są sowicie opłacani to można im trochę po grzbietach pojeździć, bo co w końcu, kurcze blade…
 
Zastanawiało mnie zawsze to, dlaczego od roku 2007, od pamiętnego expose premiera, te okołoplatformerskie narracje są tak beznadziejnie nędzne. Jak to jest – myślałem – partia, która odwołuje się do inteligencji swojego elektoratu, do tych wszystkich młodych wykształconych z dużych miast, do tych pajaców z agencji reklamowych, do tych dziennikarzy lifestyle’owych, do tego całego światka z przerośniętym ego, ta partia potrafi jednocześnie wystawić zawodnika, który w studio telewizyjnym opowiada o cenach jabłek.
 
To jest po prostu niemożliwe – myślałem – to musi być pomyłka. No i okazało się, że jest. Niestety w miarę, jak PO nabierało rozmachu w udawaniu rządzenia, towarzyszące temu narracje robiły się coraz bardziej pokraczne. Szczyt osiągnęło to wszystko w kwietniu 2010 roku po katastrofie prezydenckiego samolotu. Nie ma sensu opisywać tych durnowatych newsów, tych zapewnień, tych pogaduszek, bo wszyscy mamy to świeżo w pamięci. Ujawniło się w tych dniach to, co większość z nas wiedziała już od dawna – PO bazuje na niechęci do prezydenta i jego brata. No i tyle. Nic poza tą niechęcią nie napędza tej partii, nawet rządza zysku i użycia nie jest u tych panów tak silna, jak niechęć do nazwiska Kaczyński. Kiedy zabrakło prezydenta i okazało się, że trzeba powiedzieć coś innego niż dotychczas narracje się skończyły. Nie ma ich. Mistewicz z Łaszynem czytają pewnie teraz braci Strugackich, żeby zapłodnić sobie wyobraźnię, bo nic sami z siebie wymyślić nie zdołają. Zanim jednak coś wymyślą na pierwszą linię walki z milczącym Jarosławem Kaczyńskim ruszają trzej niezawodni tetrycy; Bartoszewski, Niesiołowski i Kuc.
 
Widząc ich od razu pomyślałem o tym co jest w tytule tej notki, to znaczy o Marcie Kaczyńskiej. Wierzcie mi, że niełatwo mnie wzruszyć i nie ulegam jakimś gwałtownym emocjom związanym z widokiem żałoby czy ludzkiego cierpienia. Kiedy jednak zobaczyłem Martę i Jarosława nad trumną prezydenta, a potem Wiktora Juszczenkę, jak całował w dłoń małą Ewę zrobiło mi się bardzo smutno. Tak bardzo, że nawet sobie tego nie wyobrażacie. No, a potem ogłosili, że Marta Kaczyńska będzie wspierać swojego stryja w kampanii wyborczej. Uznałem, że to znakomita wiadomość. Może przemawia przeze mnie cynizm, albo taki pismaczy spryt, ale uznałem, że Marta Kaczyńska – lady in black – mogłaby rozłożyć na łopatki tych dziadów. Sam fakt, że pojawiła się publicznie, że milczała, że jest tak bardzo poza tym całym światkiem, w którym bryluje Ola Kwaśniewska i Monika Jaruzelska byłby wystarczająco silną bronią, żeby uchronić Jarosława przed idiotycznymi atakami istot takich, jak posłanka Senyszyn czy Monika Olejnik. Mogę się mylić, ale coś mi mówi, że akurat jej te dwie panie nie mogłyby zaatakować. A jeśliby to zrobiły oznaczałoby to, że oto na naszych oczach zamieniły się, przepraszam za kolokwializm – w gówno.
 
Tak sobie myślałem, kiedy dotarło do mnie, że oto trzej tetrycy atakując Jarosława atakują także Martę. Że za nic mają ten wielki smutek, którego wszyscy doświadczaliśmy, bo przecież żałoba się skończyła i nie ma się czym przejmować. I wtedy przyszło mi do głowy, że to jak oni tak plują, jak się tak tym interesują szczegółowo, jak dociekają, że to znakomita narracja. W dodatku można ją jeszcze podrasować historią biblijną. Trzech starych, niezdrowo podnieconych dziadów, dopytuje się o młodą kobietę i jej uczucia względem stryja, własnego dziecka i zmarłych rodziców. Już sam fakt, że oni skierowali na nią swój mętny wzrok jest wystarczająco obrzydliwy, a słowa ich starczą za całą kampanię PiS, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Możecie powtarzać tę narracje gdzie chcecie i komu chcecie, wielu ludzi chętnie ją przyjmie, nie jest taka najgorsza, a jeśli przyczyni się do zwycięstwa Jarosława Kaczyńskiego, będę bardzo zadowolony.
coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (81)

Inne tematy w dziale Polityka